Kill of, czyli po co komu kochać kino

Był czas w Polsce, kiedy festiwale i przeglądy kina niezależnego wszelkiego formatu mnożyły się jak grzyby po deszczu. I z całą mocą trzeba zaznaczyć – proces ten pobrzmiewał silnym akcentem zielonogórskim.

Dla Zielonej Góry okazał się ten okres na tyle płodny, że mogły tu powstać dwa, podobnej klasy, zbliżonego charakteru, równolegle odbywające się festiwale filmowe. Oba zresztą, z czasem zostały wpisane na listę elitarnych festiwali, mających prawo do wskazywania spośród swoich twórców konkursowych tych najlepszych w Polsce. Tych, godnych najwyższego trofeum polskiego kina niezależnego, tzw. OFFSKARÓW, czyli Nagród im. Juliusza Machulskiego. Oczywiście takie uhonorowanie kosztowało organizatorów tychże festiwali kilka lat wytężonej pracy i dynamicznego rozwoju. Przez ten czas oba festiwale niestrudzenie zapełniały Zieloną Górę bogactwem filmowych wydarzeń przez całe wakacje. Nietrudno się domyśleć, że między innymi dzięki temu, również rok szkolny w Zielonej Górze obfitował w różnego rodzaju retrospekcje festiwalowe i pokazy filmowe. Nie mniej ciekawe, acz bardziej kameralne.
 
Myli się jednak ten, kto sądzi, że mam zamiar Filmową Górę i Quest Europe (bo o tych festiwalach kina niezależnego mowa) kłaść na szalę sędziowskiej wagi Katosa. Z całą pewnością nie. Co więcej uważam, że nikt nie ma prawa osądzać, które z tych wydarzeń jest lepsze i ważniejsze dla zielonogórzan. Wprost przeciwnie. Uważam, że oba mają na tyle bogaty potencjał, że gdyby nie uparcie prowadzony przez szefostwo obu festiwali specyficzny, no... powiedzmy artystyczny (czy kulturalny?) wyścig zbrojeń, to wspólnie mogłyby stać się festiwalową dubeltówką o potężnym, eurpejskim zasięgu. Tak, na prawdę powyższa refleksja na temat dwóch lustrzanie podobnych eventów kulturalnych, odbywających się w tym samym czasie i miejscu, ma posłużyć do tego, by podkreślić wyjątkową specyfikę filmowego charakteru Winnego Grodu. I, by jeszcze bardziej zaznaczyć tę wyjątkowość, zanim przejdę do meritum mojej wypowiedzi, mogę śmiało powiedzieć, że po powyższym przykładzie mogę sobie nawet pozwolić na pominięcie lokalnych, bardzo licznych twórców kina niezależnego sławiących imię Zielonej Góry w Polsce i za granicą. Bo, i tak, już wyraźnie widać jak zielonogórzanie kochają kino. Filmowców pominę tym bardziej, że charakter niniejszego numeru „Pro Libris” obliguje mnie do skupienia się na wydarzeniach festiwalowych i im pokrewnych.

Wracając zatem do tematu; chyba śmiało i krótko można stwierdzić, że ZIELONA GÓRA FILMEM STOI. Tak? Na pewno!? Mimo wszystko mam wątpliwości i wykorzystując ten sam zastrzyk śmiałości (wszak sam niejednokrotnie głosiłem, wszem i wobec, powyższe hasło) mówię – nie przez przypadek cytując Ferdynanda Kiepskiego – A dupa, dupa, dupa...

Skąd ta nagła negacja? Cierpliwości.

Wszyscy chyba się ze mną zgodzą, że aby mógł zaistnieć jakikolwiek festiwal czy pokaz fil- mowy potrzebne są trzy aktywne podmioty: twórca, organizator imprezy i widz. Twórców pominę po raz wtóry, bo większość pokazywanych na naszych rodzimych festiwalach filmowych i tak powstaje poza Zieloną Górą. Pominę również niekończącą się opowieść o organizatorach festiwali, bardziej lub mniej sfrustrowanych wsparciem władz lokalnych, bardziej lub mniej adekwatnymdo wymogów wydarzenia. Pozostaje nam widz. Ostatni i najważniejszy element. Nadający w końcu sens zjawisku jakim jest kino. A interesuje nas widz, który (ponoć) kocha kino. Widz, który swoją obecnością i reakcją określa właściwą wartość prezentowanego publicznie filmu. Widz, który nas interesuje, to nie ten, który w przerwach wakacyjnych wojaży, wybiera na chybił trafił jeden z punktów bogatego programu festiwalowego, tworząc ułudę dobrej frekwencji. Widz, który nas interesuje, to prawdziwy smakosz kina. Jest obecny podczas dużych wydarzeń festiwalowych, choć trudno go wówczas zauważyć. Jest cichy, skromny i cierpliwy. Jednak inaczej wygląda w trakcie kameralnych, klubowych pokazów filmowych. Tu wyraźnie zaznacza swą obecność. Taki, widz jest świadom swego wyboru. On chce smakować kino w każdym, choćby najbardziej „szarym” dniu swojego życia. To taki właśnie, wiecznie głodny filmowych przeżyć widz, swoją obecnością na tych małych pokazach nadaje sens również festiwalom i pokazuje po co, komu, kochać kino. To wytrawny filmożerca.

Niestety, w moich oczach zielonogórscy filmożercy stają się wymierającym gatunkiem. Przez wiele lat uczestniczyłem i współorganizowałem niezliczoną ilość pokazów filmowych o charakterze kameralnym. Myślę zatem, że mam odpowiednią świadomość i oczywiste prawo do wyrażenia opinii w tej kwestii. Może warto tu zaznaczyć niewtajemniczonym, że takie, nazwijmy je klubowymi, pokazy nie wymagają tłumów, by uznać je za udane. Oczywiście, każdy widz, jest widzem najważniejszym. Bo, świadomie poświęca półtorej godziny swojego życia na przeżycia filmowe, jakie proponuje mu organizator.

Wracając do druzgoczącego, mnie samego przede wszystkim, wniosku, który wyłonia się po moich wieloletnich obserwacjach aktywności zielonogórskich filmożerców... Twierdzę, że niestety ZIELONOGÓRZANIE NIE CHCĄ JUŻ MAŁEGO KINA. Piszę niestety, bo frekwencja na zielonogórskich pokazach filmowych w ostatnich latach (coraz bardziej uwidoczniona w ostatnich miesiącach) jest przerażająco spadkowa. Opieram się tu oczywiście na spostrzeżeniach podczas pokazów cyklicznych, czyli tych, do których widz teoretycznie się przyzwyczaja i nie oczekuje dodatkowego zaproszenia reklamowego oraz darmowych, co jest moim zdaniem nie do końca właściwe, ale na pewno daje możliwość uczestniczenia w takiej projekcji każdemu.

Aby potwierdzić moje niezbyt optymistyczne obserwacje podam dwa przykłady krótkich historii zbliżonych do siebie klimatem projekcji klubowych.

Do niedawna: cykl „Filmożarcie”, organizowany jest od kilku lat w jednym z klubów. Na początku swej aktywności, przez wiele miesięcy przyciągał każdorazowo od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Oczywiście zdarzały się też, dla nikogo niezrozumiałe, wpadki frekwencyjne. Jednak nawet wówczas, gdy ilość widzów na tym czy innym pokazie spadała, to na kolejnym wracała do normy – minimum kilkanaście osób na sali. Należy dodać, że filmy prezentowane podczas „Filmożarcia” prezentowały najczęściej retrospekcje polskich, najlepszych festiwali kina niezależnego oraz jego wybranych, uznanych w Polsce twórców. Teraz z innego ogródka – jakieś dwa lata temu na przeglądzie Nowej Fali Kina Rumuńskiego (teoretycznie niezbyt ciekawym) widzowie zawsze zapełniali salę, zaskakując samych organizatorów.

Dziś: w tym samym klubie, od początku roku, niemal nieprzerwanie, aż do chwili pisania tego tekstu, prezentowane były dwa cykle filmowe. Jeden poświęcony najlepszym i najświeższym filmom prestiżowego festiwalu OFF CINEMA. Drugi prezentujące filmy niezależne poświęcone muzyce z wykonawcami na poziomie HEY czy Tymańskiego w roli głównej. Niestety. Poza pierwszymi pokazami, które naturalnie zwiastowały konsumentom zielonogórskiej kultury coś nowego, zanotowałem porażająco spadkową frekwencję. Podobnie ma się rzecz w dalszym ciągu prezentacji ze wspomnianego cyklu „Filmożarcie”.

Mocno zaniepokojony tą swoistą posuchą publiki podczas pokazów klubowych, poprosiłem moich przyjaciół z popularnego portalu społecznościowego, skupiającego zazwyczaj ludzi aktywnych kulturalnie, o odpowiedź na kilka cierpkich pytań.

1. Komu potrzebne są festiwale filmowe. Kogo obchodzi „małe kino”?
Ktoś odpowiedział, że „tym co poszukują inspiracji, chcą czegoś innego, chcą odpocząć od zalewającej komercji...”.
No dobrze, banalne pytanie – prosta odpowiedź. Jedźmy dalej.

2. Czy kinomani to gatunek zagrożony?
Jedna (!) osoba odpisała: „daleko nam do wyginięcia, spokojnie nie jesteśmy dinozaurami”.
„Nie jesteśmy” – odpisała śmiało jedna osoba, podkreślam ponownie.

3. Czy internet zabija miłość do małego (kameralnego) kina?
Tu, niestety, było najwięcej wypowiedzi potwierdzających moje obawy, które podkreślały niszczycielską moc zalewającego nas śmietnika informacyjnego. Być może w tym właśnie tkwi przyczyna obecnego stanu rzeczy. A, do tego ktoś dorzucił, że „obecnie każdy ma dostęp nie tylko do internetu, ale i dużego plazmowego ekranu z możliwością wyszukania od kilkunastu do kilkuset programów telewizyjnych”. Nie sposób więc nie ulec pokusie znalezienia czegoś dla siebie bez konieczności opuszczania własnej kanapy. W tym wypadku ekran o rozmiarach 5 na 7 metrów nie jest żadną atrakcją dla kogoś, kto nawet rezygnując z telewizyjnych programów ma jeszcze do dyspozycji kilka wypożyczalni wideo z tysiącami filmów w każdej. Ale, czy o tego rodzaju magii ekranu mówimy?

4. Czy popularne hasło „Kocham Kino” staje się wyświechtanym frazesem?
Oczywiście, jak można się było spodziewać, usłyszałem same zaprzeczenia. Tylko, że frekwencja podczas prezentacji dobrego kina na małym ekranie mówi coś zupełnie innego.
 
Pojawiły się też opinie niezależne. Pewna osoba zwróciła mi uwagę na moc reklamy. Ale umówmy się, że w naszym mieście największą moc reklamy posiada poczta pantoflowa. Oczywiście, jakieś przyzwoite minimum informacyjne musi być zachowane. Poza tym uważam, że co najmniej równie ważne, jak reklama jest przyzwyczajanie widza do projekcji poprzez bezwzględne utrzymanie ich cykliczności. A ta, w omawianych przeze mnie wypadkach jest zachowana w 90 procentach. Ktoś inny na moje pytania odpowiedział przewrotnie „a może to kino niezależne oddala się od widza? Jeszcze kilka lat temu pojawiały się produkcje, które wciskały w fotel, opowiadały o nas, o naszych lękach, nadziejach, a dziś troszkę tego brakuje... poziom i warsztat jest coraz wyższy, ale miodność, soczystość, świeżość gdzieś niknie...” Ja do końca bym się z tym nie zgodził. Bo, jak autor wypowiedzi zauważył, poziom produkcji kina niezależnego jest smacznie zwyżkowy.

I pozostało ostatnie pytanie.

5. Czego więc potrzebuje dzisiejszy miłośnik kina?
Cóż, padło kilka odpowiedzi, lecz jedna, krótka, dla nas zielonogórzan jest druzgocąca; „na dokumentART ludzie przychodzą! Ot, taka kropla optymizmu...”. To prawda, na wymieniony festiwal szczeciński, na OFF CINEMA poznański, ZOOM jeleniogórski (etc., etc.) ludzie przychodzą. Nie jest to jednak szczypta optymizmu dla nas. Bo na zielonogórski festiwal, pokaz, przegląd filmowy – już nie chcą. Ktoś inny poruszył też bardzo ciekawą, być może wartą głębszego zastanowienia kwestię: „... problem jest jeszcze w tym, żeby dorośli zarazili się kinem niezależnym, obecnie tłumaczą się, że nie mają czasu. Zwalają odpowiedzialność za edukację filmową na szkołę, a szkoła nie ma przewidzianych godzin w programie na kino niezależne.” Ba! Chciałbym dożyć czasów kiedy w szkołach będzie wykładać się historię kina niezależnego. Dziś jednak, jestem nadal, mimo wszystko, ufny, że pokazy filmowe, na których się nie szeleści papierkami, nie chrupie popcornem, nie syczy napojami, mają jeszcze swoich miłośników, moc i magię. Bo, tak jak klimatycznych płyt winylowych, nic nie zastąpi niewytłumaczalnej mocy przeżywania klubowego kina. Choćby i Małego. Choćby i z głową pełną smutnych pytań, na które nikt nie jest w stanie dziś mi odpowiedzieć.

(Za podjęcie dialogu dziękuję szczególnie Kamili, Izabeli Kowalskiej, Mateuszowi Amorfizm Mrozowskiemu Mateuszowi Jarży, Konradowi Wojtyle, Piotrowi Wiśniewskiemu Bartoszowi Gajkowi).
Jacek Katos Katarzyński