Smak dojrzewającej miłości/ Der Geschmack einer aufkeimenden Liebe

Jak wykuwała się moja zachodniopomorska tożsamość
Urodziłem się w mieście wykorzenionym. Sam korzeni pozbawiony nie byłem. Mieszały się we mnie krew holenderska, wschodniowielkopolska, podlaska, kresowa i ta z łódzkich okolic Kongresówki. Podobno jakimś dalekim krewnym kresowej rodziny był słynny Piotr Wysocki. Przynajmniej Babcia tak mówiła. Babcia nie żyje od dziesięciu lat, dokumentów nie ma, więc może to tylko – jak to się teraz mówi – urban legend. Ale solidne korzenie pozostają.

Dlaczego więc nie Rotterdam, Kalisz, Bielsk, Łuck czy Sieradz? Dlaczego Szczecin? Zachodnim Pomorzaninem stałem się z mariażu ułańskiej fantazji z beznadzieją peerelu. Dziadek mój ze strony matki, Janusz, który przed wojną mieszkał z Babcią w Łucku, po wojnie z oczywistych przyczyn nie mógł wrócić do domowych pieleszy. Przed małżeństwem stanął wybór. Może Wrocław, a może Szczecin? Stanęło na Szczecinie. Dziadek nigdy w życiu nie widział morza, i bardzo chciał je zobaczyć. Ułańska fantazja zatriumfowała.

Tę barwną wizję dopełniła szarość peerelowskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Babcia ze strony ojca, Leokadia, urodzona i wychowana w Zduńskiej Woli, otrzymała po wojnie przydział do pracy w szkole w Trzebieży. Może niektórzy już o tym nie pamiętają, ale w tamtych czasach obowiązywał nakaz pracy – otrzymywało się z urzędu zatrudnienia przydział, i tyle było dyskusji. Potem, kiedy mój ojciec zaczął studiować w Wyższej Szkole Morskiej, rodzina przeniosła się do stolicy regionu. Wkrótce, podczas jakiegoś obozu żeglarskiego, moi rodzice poznali się i zakochali. I tak w 1978 roku Polsce przybył nowy Zachodni Pomorzanin.

Czy już u ludzi tamtych pokoleń kształtowała się jakaś zachodniopomorska tożsamość? Niewiele się pomylę, jeżeli stwierdzę, że słowa „jestem szczecinianinem” były dla nich najczęściej tylko potwierdzeniem miejsca zameldowania. Dziadkowie ze strony mamy pozostali wierni kresowym tradycjom. Babcia Leokadia tęskniła za Zduńską Wolą. Rodzice, zajęci pracą i wychowywaniem syna, raczej nie zastanawiali się nad kwestiami tożsamościowymi. Jednak siłą rzeczy byłem wychowywany jako szczecinianin, a wyrazem i kwintesencją tego stawało się wszystko, co było związane z morzem. Topografia miasta kusiła morskimi symb lami. Kotwice, gryfy i róże wiatrów można było spotkać na każdym kroku. Dom był pełen lin żaglowych, szekli, zwiniętych, dakronowych żagli, a raz nawet z kolegą znaleźliśmy w komórce zakurzony sekstans. To były owoce żeglarskiej pasji i marynarskiej pracy mojego ojca. „Szczecin, Szczecin, to moje miasto kochane / w nim chcę się uczyć i bawić, w nim tu na zawsze zostanę” – tak śpiewaliśmy w szkole podstawowej i chyba w to wierzyłem. Paszteciki z barszczem były dla mnie czymś domyślnym, wiecznym i nieodzownym. Dziecko przyjmuje wszystkie rzeczy takie, jakimi są, nie ma skłoności do krytykowania, oceny. Dlatego już w wieku 10 lat czułem się przedstawicielem nadmorskiego świata. Moją małą ojczyzną była trasa tramwaju nr 1, którym jeździłem z ukochanym dziadkiem na spacery do Lasu Arkońskiego. Nigdy mojej pamięci nie opuści Gontynka, na której ojciec pokazywał mi pierwsze ruchy crawla. Zapamiętam też na zawsze elektroniczne piski i kosmiczne światełka błyskające w ciemnej czeluści piwnicy koło Ściany Płaczu, gdzie mieścił się salon gier elektronicznych. Choć ani tramwaju nr 1, ani pływalni, ani salonu gier już nie ma. Ściany Płaczu zresztą też.

Mówimy jednak ciągle o Szczecinie. Kiedy w polu mojej świadomości pojawiło się Pomorze Zachodnie? Pierwszym momentem było uświadomienie sobie tej wspominanej już relacji Szczecina do morza. Coś więcej wkradło się niepostrzeżenie podczas pierwszej lektury map. Kochałem mapy i ta miłość nie opuściła mnie do dziś, gdy jako socjolog przygotowuję jednym kliknięciem różnokolorowe plany, przedstawiające na przykład stopę bezrobocia według powiatów. Jeszcze w czasach przedszkolnych, jadąc autokarem do Międzywodzia, prosiłem rodziców, by pokazywali mi na mapie, gdzie jesteśmy w danym momencie. Wtedy zacząłem umieszczać Szczecin i morze w szerszym kontekście. Tajemnicze nazwy – Resko, Płoty, Recz Pomorski, Myślibórz, Choszczno – wróciły potem do mnie na kartach przewodników turystycznych, których zawsze było dużo w naszym domu. Koszalin był wtedy dla mnie już inną planetą – dawny podział województw był bezlitosny. Szczecińskie kończyło się mniej więcej na Łobzie. Morze, ciemne, tajemnicze bory, przeczuwane ledwie słowiańskie legendy, wyszczerbione miecze w muzeach, zrujnowane zamki, herby z gryfami – to wszystko zaczynało układać się w jakąś niejasną całość. Była druga połowa lat osiemdziesitych i nikt się nie spodziewał, że już wkrótce ta całość stanie się dużo wyraźniejsza. Na razie pozostawało wyraźne pęknięcie i podział.

Z lewej strony mapy rozciągała się bowiem inna kraina: nie mniej tajemnicza, budząca w umyśle dziecka szereg skojarzeń, od najgorszych do najlepszych. Groteskowi hitlerowcy ze Stawki większej niż życie i Czterech pancernych mieszali się z imponującymi muzykami z Kraftwerk, wyglądającymi jak roboty ( jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Kraftwerk wywodzi się z Düsseldorfu). Złowrogie brzmienie słowa „Niemcy”, używanego jeszcze czasami pejoratywnie w peerelowskiej szkolnej propagandzie, by odwrócić naszą uwagę od Katynia i innych wyczynów wschodnich sąsiadów Polski, nakładało się na cudowny smak jogurtów i żółtego sera z zachodnich darów. Znałem różnicę między NRD a RFN, ale jedno i drugie było dla mnie Zachodem. A Zachód to była mityczna, kolorowa kraina szczęśliwości, do której nie można było się dostać, gdyż załatwienie paszportu graniczyło z cudem. Bardzo trudno było wtedy myśleć o Pomorzu Zachodnim jako o całości. Była strona niemiecka i strona polska. Przeniknąć z jednej do drugiej właściwie się nie dało.

Zaraz po upadku Muru, z ewangelickim pastorem Gasiem i grupą młodzieży wyjechaliśmy na obóz do Penkun. Chyba już wtedy szokiem dla mnie był fakt, że takie same domy, takie same ciemne, słowiańsko-germańskie bory znajdują się po dwóch stronach. Jestem tu, gdzie byłem, tylko jedzenie jest lepsze (fantastyczne serki topione, mleko w kartonach, coca-cola w nieograniczonej ilości). I ci ludzie – bardzo podobni do nas, w niczym nieprzypominający ponurych żołnierzy czy ludzi-robotów z Kraftwerk.
Coraz więcej wokół mówiło się o współpracy i budowaniu polsko-niemieckich więzi na nowo. Dla mojego pokolenia mimo niewielkich naleciałości ta współpraca była chyba czymś naturalnym. Przynajmniej tak czuliśmy my, trzynastolatkowie, tańcząc na dyskotece wolne tańce z blond Anjami i Helgami; myślę, że było to równie jasne dla Paulów i Michaelów, proszących do tańca nasze Agnieszki, Magdy i Kasie. Pomorze Zachodnie rozszerzyło się. Nie umniejszało to mojego lokalnego patriotyzmu, nadal z wypiekami na twarzy śledziłem tabelę pierwszej ligi piłkarskiej na ostatniej stronie „Głosu Szczecińskiego”. Wyczyny Pogoni także budowały moją lokalną dumę.

W tamtych czasach ojciec mój kupił samochód, i coraz więcej mitycznych miejscowości Zachodniego Pomorza zobaczyłem na własne oczy. Recz, Łobez czy Gryfice, tak barwnie opisywane w przewodnikach turystycznych, wydały mi się jednak tylko odblaskiem dawnej świetności. Wraz z dojrzewaniem, takim odblaskiem zaczął mi się wydawać także Szczecin. Miasto straciło swą tajemniczość. Od dwóch lat nie napełniano wodą basenów na Gontynce i Pogoni. Na ogromnym placu przed hotelem Neptun zagościli hałaśliwi handlarze. Zniknęła gdzieś mityczna kraina dzieciństwa, a Pomorze Zachodnie nieubłaganie stawało się obiektem krytyki i oceny. „W tym mieście nie ma centrum”, „ludzie tu mało wykształceni, mało kulturalni”, „nie ma dobrych teatrów, koncertów”, „te wioski są po prostu zaniedbane” – takie głosy dochodziły do mnie z zewnątrz, a ja zaczynałem dochodzić do wniosku, że może mają trochę racji... Odzywał się we mnie głos kresowiaka, tęsknota dziadków za Lwowem i Wilnem. Potem, po licealnych wycieczkach do Wrocławia i Krakowa, było już dużo gorzej.

Każda uczciwa relacja między ludźmi przechodzi kryzysy. Najczęściej wynikają one z tego, że nasze wyobrażenie o drugiej osobie – zwłaszcza pod wpływem zakochania – potrafi boleśnie odbiegać od rzeczywistości. Dobrze przeżyty kryzys pozwala pozbyć się iluzji i opierać dalszy rozwój relacji na tym, co prawdziwe. Zapewne musiałem przeżyć także taki kryzys w moim burzliwym związku z Pomorzem Zachodnim. Trwał on długo. Na studiach kontestowałem wszelkie zajęcia, które dotyczyły bezpośrednio naszego regionu, a najbardziej irytowały mnie wykłady ze współpracy polsko-niemieckiej. Wydawało mi się to drobne, partykularne – toż tu ludzkość czeka! Dopiero później, już w życiu zawodowym, od kiedy w jednym z urzędów zacząłem faktycznie pracować przy tej współpracy, z roku na rok moja skłonność do oceniania i krytyki malała. Zachowałem swoje opinie, ale już nie stawiałem oporu rzeczywistości. Ta bowiem jest taka, jaka jest. Ustawiać się do niej bokiem to jak stawiać opór własnej matce. Owszem, każdy musi się usamodzielnić, odciąć pępowinę, ale czynny opór wobec matki zawsze spełza na niczym. Trudno naprawdę nie kochać własnej „małej ojczyzny”, tak samo jak trudno nie kochać własnej matki, choćby stoczyła się na samo dno.
Widzę więc dziś to, co dobre na Pomorzu Zachodnim, nie zamykając oczu na to, co marne. Potrafię rozkoszować się pięknem złotych pól i intensywnie niebieskich jeziorek w po- bliżu Löcknitz. Próbuję odzyskać te oczy, któ- rymi ćwierć wieku temu patrzyłem z zachwy- tem na świnoujski falochron czy Aleję Fontann – i chyba nieźle mi idzie. Jednocześnie przykro mi, że tak nieliczni, rozproszeni i oddaleni od siebie są tu ludzie, z którymi można wieczorem przy lampce wina pogadać o poezji Herberta czy o rozmyślaniach Tischnera. Kie- dyś nawiedzały mnie gwałtowne porywy myśli o wyjeździe stąd, dziś zdarza się to już dużo rzadziej. Choć ciągle nie wykluczam migracji, zaczynam czuć na końcu języka nowy smak związany z tą krainą. Smak dojrzewającej na nowo miłości.
Jarema Piekutowski


Wie sich meine westpommersche Identität geformt hat
Ich wurde in einer Stadt ohne Wurzeln geboren, meine eigenen Wurzeln aber hatte ich nicht verloren. In meinen Adern vermischten sich niederländisches und ostgroßpolnisches Blut mit Blut aus Podlachien, den früheren polnischen Ostgebieten (Kresy) und aus der Lodscher Gegend von Kongresspolen. Ein entfernter Verwandter der Familie aus diesen Ostgebieten war angeblich der berühmte Piotr Wysocki. So erzählte es zumindest die Großmutter. Sie ist schon seit zwanzig Jahren tot, es gibt keine Dokumente, vielleicht handelt es sich nur um eine moderne Sage. Das ändert allerdings nichts an den festen Wurzeln.

Warum dann also nicht Rotterdam, Kalisz, Bielsk, Luck oder Sieradz? Warum Stettin? Westpommer wurde ich durch die Ehe der Vorstellungskraft eines Ulanen mit der polnischen Hoffnungslosigkeit zu Zeiten der Volksrepublik. Mein Großvater mütterlicherseits, Janusz, der vor dem Krieg mit der Großmutter in Luck wohnte, konnte nach dem Krieg aus erklärlichen Gründen nicht in seine vier Wände zurückkehren. Das Ehepaar stand vor der Wahl: vielleicht Breslau, oder aber Stettin? Die Wahl fiel auf Stettin. Großvater hatte noch nie in seinem Leben das Meer gesehen und sehnte sich also danach. Die Vorstellungskraft des Ulanen triumphierte.

Diese bunte Vision wurde von der grauen Zentralverwaltungswirtschaft der Volksrepublik ergänzt. Die Großmutter väterlicherseits, Leokadia, die in Zduńska Wola geboren wurde und aufwuchs, bekam nach dem Krieg eine Arbeit in der Schule in Trzebież zugewiesen. Vielleicht erinnern sich einige nicht mehr daran, aber zu jenen Zeiten wurde Arbeit zugewiesen, man erhielt vom Beschäftigungsamt, ohne weitere Diskussion, eine Zuweisung. Später, als mein Vater an der Hochschule für Seefahrt zu studieren begann, zog die Familie in die Bezirkshauptstadt um. Bald darauf, während eines Segellagers, lernten sich meine Eltern kennen und verliebten sich. Und so bekam Polen 1978 einen neuen Westpommer.

Ob sich bei der damaligen Generation schon so etwas wie eine westpommersche Identität herausbildete? Vermutlich liege ich nicht völlig falsch, wenn ich behaupte, dass Worte wie „Ich bin ein Stettiner” damals bestenfalls eine Bestätigung des Meldeortes waren. Die Großeltern mütterlicherseits blieben den Kresy–Traditionen treu. Oma Leokadia sehnte sich nach Zduńska Wola. Die Eltern, beschäftigt mit der Arbeit und der Erziehung des Sohnes, haben sich wohl kaum Gedanken über Fragen der Identität gemacht. Dennoch wurde ich zwangsläufig zum Stettiner erzogen, gleichsam als Inbegriff für alles, was mit dem Meer zu tun hatte. Die Topographie der Stadt lockte mit maritimen Symbolen. Anker, Greif und Windrosen konnte man auf Schritt und Tritt entdecken. Das Haus war voller Segeltaue, Schäkel und aufgerollter Dracon– Segel. Einmal fand ich mit einem Freund in einer Kammer sogar einen Sextanten. Das waren die Früchte der Segelleidenschaft und Seemannsarbeit meines Vaters. „Stettin, Stet- tin, ist meine geliebte Stadt / hier möchte ich lernen und spielen, hier bleibe ich für immer” – so sangen wir in der Grundschule und daran habe ich wirklich geglaubt. Pastetchen mit Rote–Bete–Suppe waren für mich etwas Normales, Unvergängliches und Unausweichliches. Ein Kind nimmt Dinge so, wie sie sind, es hat keinen Hang zum Kritisieren, Urteilen. Deshalb fühlte ich mich schon als Zehnjähriger wie ein Vertreter der Meereswelt. Meine Heimat war die Strecke der Straßenbahnlinie Nr. 1, mit der ich mit dem geliebten Großvater zum Spaziergang in den Arkona–Wald fuhr. Niemals werde ich das Gontynka–Schwimmbad vergessen, wo mir Vater meine ersten Kraulzüge beibrachte. Immer werde ich auch das elektronische Gepiepe und die kosmisch blinkenden Lämpchen im dunklen Kellerloch bei der „Klagemauer”, wo sich der Spielsalon befand, in Erinnerung behalten. Die Straßenbahnlinie 1 existiert nicht mehr, wie auch Schwimmhalle und Spielsalon.

Wir sprechen jedoch die ganze Zeit über Stettin. Wann tauchte Westpommern zum ersten Mal in meinem Bewusstsein auf? Als mir die bereits erwähnte Beziehung zwischen Stettin und dem Meer klar wurde. Dies verstärkte sich, kaum merklich, bei meiner ersten Landkartenlektüre. Ich liebte Landkarten und diese Liebe hat mich bis heute nicht verlassen, wenn ich als Soziologe mit einem Klick verschiedenfarbige Stadtpläne erstelle, die etwa die Arbeitslosenquoten nach Kreisen zeigen. Schon im Kindergartenalter bat ich meine Eltern, wenn wir mit dem Bus fuhren, mir auf der Karte zu zeigen, wo wir gerade waren. Damals begann ich, Stettin und das Meer in einem größeren Kontext zu verorten. Geheimnisvolle Namen wie Resko, Płoty, Recz Pomorski, Myślibórz oder Choszczno begegneten mir auf den Karten der Reiseführer wieder, von denen es zu Hause reichlich gab. Koszalin war schon ein anderer Planet für mich damals – die alte Einteilung in Woiwod- schaften wirkte eben unerbittlich. Die Woiwodschaft Stettin endete mehr oder weniger bei Łobez. Das Meer, dunkle, geheimnisvolle Wälder, kaum erahnbare slawische Legenden, schartige Schwerter in Museen, zerstörte Burgen, Wappen mit Greif – alles begann sich zu einem noch vagen Ganzen zu fügen. Das war in der zweiten Hälfte der 80er Jahre und niemand ahnte, dass dieses Ganze schon bald viel deutlicher werden sollte.

Zunächst blieben ein deutlicher Riss und eine Aufteilung zurück. Auf der linken Seite der Landkarte erstreckte sich nämlich ein anderes Land: ein nicht minder geheimnisvolles, dass in der Fantasie eines Kindes zahlreiche Assoziationen weckte, von den schlimmsten bis zu den besten. Die grotesken Nazis aus Sekunden entscheiden und Vier Panzersoldaten vermischten sich mit den imponierenden Musikern von „Kraftwerk”, die aussahen wie Roboter (dmals wusste ich noch nicht, dass „Kraftwerk” aus Düsseldorf kam). Der Unheil verkündende Klang des Wortes „Deutschland”, das noch in der Schulpropaganda zu Zeiten der Volksrepublik pejorativ verwendet wurde, um unsere Aufmerksamkeit von Katyn und anderen Ausschreitungen der östlichen Nachbarn Polens abzulenken, legte sich über den wunderbaren Geschmack von Joghurt und Schnittkäse aus den Westgeschenken. Ich kannte den Unterschied zwischen DDR und BRD, das eine wie das andere aber war für mich Westen. Und der Westen war ein mystisches, buntes Reich des Glückes, in das man nicht gelangen konnte, da die Vergabe eines Reisepasses an ein Wunder grenzte. Damals war es sehr schwierig, sich Westpommern als ein Ganzes vorzustellen. Es gab eine deutsche und eine polnische Seite. Im Grunde konnte man nicht von einer Seite auf die andere gelangen.

Gleich nach dem Fall der Mauer fuhren wir mit dem evangelischem Pfarrer Gaś und einer Gruppe Jugendlicher in ein Lager nach Penkun. Schon damals war ich wohl schockiert von der Tatsache, dass sich die Dörfer und die dunklen, slawisch-deutschen Wälder auf beiden Seiten gleichen. Ich bin hier, wo ich da war, nur das Essen ist besser (fantastische Schmelzkäse, Milch in Kartons, Coca-Cola in unbegrenzter Menge). Und diese Menschen sahen uns sehr ähnlich, erinnerten in Nichts an finstere Soldaten oder die Roboter-Menschen von „Kraftwerk”.

Immer häufiger wurde von Zusammenarbeit und Wiederaufbau deutsch-polnischer Beziehungen gesprochen. Für meine Generation war die Zusammenarbeit trotz einiger hinterbliebener Spuren wohl etwas Natürliches. Zumindest hatten wir Dreizehnjährige dieses Gefühl, als wir in der Disco mit den blonden Anjas und Helgas tanzten; ich denke, genauso ging es auch den Pauls und Michaels, die unsere Agnieszkas, Magdas und Kasias zum Tanz auff orderten. Westpommern vergrößerte sich. Das änderte allerdings nichts an meinem Lokalpatriotismus, nach wie vor verfolgte ich mit rotem Gesicht die Tabelle der ersten Fußballliga auf der letzten Seite der „Stettiner Stimme”, denn auch die Leistungen der Fußballer von „Pogoń Stettin” weckten in mir Lokalstolz.

In dieser Zeit kaufte mein Vater ein Auto, und ich sah immer mehr mystischer Orte Westpommerns mit eigenen Augen. Recz, Łobez oder Gryfice – einst so farbenreich in den Reiseführern beschrieben – kamen mir jetzt wie ein Abglanz einstiger Herrlichkeit vor. Selbst Stettin wurde während meiner Reifephase zu einem solchen Abglanz. Die Stadt verlor den Reiz des Geheimnisvollen. Seit zwei Jahren schon hatten die Becken von Gontynka und Pogoń kein Wasser mehr gesehen. Auf dem riesigen Platz vor dem Hotel Neptun machten sich lärmende Händler breit. Irgendwo verschwand das mystische Reich der Kindheit, Westpommern hingegen wurde zum unerbittlichen Objekt der Kritik. „In dieser Stadt gibt es kein Zentrum”, „die Menschen hier sind ungebildet und unkultiviert”, „es gibt keine guten Theater und Konzerte”, „diese Dörfer sind einfach verwahrlost” – derartige Stimmen drangen von außen an mein Ohr und ich kam allmählich zu dem Schluss, dass in ihnen womöglich ein Quäntchen Wahrheit steckte... Die Stimme des Abkömmlings der polnischen Ostgebiete, die Sehnsucht der Großeltern nach Lemberg und Wilna meldeten sich in mir zu Wort. Später, nach Schulausflügen nach Breslau und Krakau wurde es noch viel schlimmer.

Jede aufrichtige Beziehung zwischen Menschen durchläuft eine Krise. Meistens resultiert sie aus unserer irrigen Vorstellung von der anderen Person, die schmerzlich von der Wirklichkeit abweichen kann, besonders wenn wir verliebt sind. Wenn wir diese Krise gut überstehen, können wir jene Illusionen abschütteln und den Ausbau der Beziehung fortan auf Wahrhaftigkeit gründen. Sicher musste auch ich in meiner turbulenten Beziehung zu Westpommern eine solche Krise durchmachen. Sie dauerte lang. Während des Studiums stellte ich sämtliche Veranstaltungen, die unmittelbar mit unserer Region zu tun hatten, in Frage. Am meisten aber irritierten mich die Vorlesungen zur deutsch–polnischen Zusammenarbeit. Es kam mir belanglos, partikulär vor, während doch hier die Menschheit wartete! Erst später während meines Berufslebens, als ich in einem der Ämter tatsächlich mit dieser Zusammenarbeit zu tun bekam, ließ mein Hang zum Kritisieren und Urteilen nach. Zwar hatte ich meine Meinung bewahrt, leistete aber keinen Widerstand gegen die Realität mehr. Die ist nämlich so wie sie ist. Sie nicht anzuerkennen wäre, als würde man der eigenen Mutter Widerstand leisten. Natürlich muss jeder selbstständig werden, die Nabelschnur durchtrennen, aber aktiver Widerstand gegen die Mutter führt immer zu einer Katastrophe. So schwer es ist, seine eigene Mutter nicht zu lieben, selbst wenn sie einen zugrunde gerichtet hat, es ist schwer, seine Heimat nicht zu lieben.

Heute also sehe ich das, was gut an Westpommern ist, ohne die Augen vor dem Schlechten zu verschließen. Ich kann die Schönheit der goldenen Felder und der tief blauen Seen bei Löcknitz genießen. Ich versuche wieder mit jenen Augen zu sehen, mit denen ich ein Vierteljahrhundert zuvor begeistert auf die Buhnen bei Swinemünde oder die Springbrunnenallee in Stettin gesehen hatte und anscheinend gelingt mir das ganz gut. Gleichzeitig bedauere ich, dass es hier so wenig Menschen gibt, mit denen man abends bei einem Glas Wein über die Gedichte von Herbert oder die Betrachtun- gen von Tischner reden kann. Früher befiel mich öfter die plötzliche Anwandlung, von hier fortzugehen. Heute kommt das kaum noch vor. Und obwohl ich noch immer nicht ausschließe, doch noch auszuwandern, fühle ich am Ende der Zunge zunehmend einen Geschmack, der mit diesem Landstrich verbunden ist, den Geschmack einer neu aufkeimenden Liebe.
Jarema Piekutowski