N.A. oder die versuchsweise Anprobe einer neuen Identität/N.A. albo ostrożna próba przyjęcia nowej tożsamości

    …andererseits habe ich mir nie die Frage gestellt, wer ich sei. Das wissen ja die anderen und geben es mir zu verstehen. Wenn auch immer nur in Bruchstücken. Vielleicht könnte man Identität mit „der Einfachheit halber” übersetzen. Ich gebe einer Sache einen Namen, der Unterscheidbarkeit halber. Wenn ich zwanzig Fragen gestellt habe, frage ich nicht mehr weiter, denn verstehen, heißt das nicht schlicht: an einer beinahe beliebigen Stelle einen Punkt setzen, zu einem Ende kommen, sich zufrieden geben – der Einfachheit halber. Entrinnen aus einer unentwirrbaren Komplexität hin zu einer Harmonie des „zu wissen Glaubens”. Unsere vielen Erinnerungen, reichen, als Vergleichs- material, für sekundenschnelle Urteile, Blitzidentifi kationen im Vorübergehen. Wir mögen uns einreden, doch bitte nicht so oberfl ächlich zu sein und damit meinen, wir hätten diese Einteilungen in Schubladen bewusst vorgenommen. Allein unser Erinnerungsmaterial wird sich nicht um unseren guten oder bösen Willen scheren, denn der ist, wie Nietzsche allein durch gutes Beobachten feststellte, bestenfalls eine „Zuthat” zum Müssen. Die Einteilung wird also nolens volens von mir vorgenommen. Oder kann ich überhaupt noch sagen, sie würde von mir vorgenommen, wenn ich von mir unbewussten, physikalischen Hirnaktivitäten spreche? Können wir uns in Anbetracht dessen noch ernsthaft glauben, aussuchen zu können, wer wir sein wollen?

Und das wollen schließlich alle, mehr denn je: sich unterscheiden, unverwechselbar und authentisch sein. Im gleichen Maße suchen sie nach Zugehörigkeiten, Emotionen, Beziehungen, Kontinuität, etwas, was gleich bleibt – nannte man das früher nicht: Heimat, oder Liebe (ein Sonderfall von Heimat)? Und ist es jetzt vorbei damit? Können wir unsere Identität zumindest manipulieren – im Internet, auf der Straße, im Klamottenladen, beim Yogakurs? Und können wir, falls wir dazu doch keine Lust haben, es einfach sein lassen? Was hieße das? Sich nur die Frage nicht mehr zu stellen und es dennoch weiter zu tun? Oder sich treiben lassen, „like a floating balloon”, wie Lisa damals sagte, mir vorwerfend, Din ge nicht selbst in die Hand zu nehmen. Fliegt uns Identität zu? Oder ist gerade das unsere Identität, dass wir uns treiben lassen, nicht in der Lage sind, sie selbst zu bestimmen? Oder sind es nur manche Menschen?

Einerseits sagte ich mir eines Morgens unter der Dusche: Ab heute werde ich ein ganz anderer Mensch. Elli, ihre Cousine, sagte mir später meine Mutter, habe sich an ihrem dreißigsten Geburtstag vor den Spiegel gestellt und gefragt, wer sie eigentlich sei. Sie ist ja immer etwas theatralisch, bemerkte sie dazu, aber so bist du wohl nicht. Nein, so sei ich nicht, antwortete ich.

Gegen 8 Uhr hatte zum ersten Mal das Münztelefon im Flur geklingelt, ein schrilles Klirren, das immer durch das ganze Haus getönt hatte. In ein Handtuch gewickelt und mit nassen Haaren hatte ich noch über Veränderungen nachgedacht und deshalb nicht erfahren, wer mir als Erster gratulieren wollte.

Als ich dann später auch unwillkürlich in den Spiegel geblickt hatte, musste ich lächeln.

Ich war seit Monaten allein in London, einer mir fremden Stadt und hatte mir überlegt, diesen Tag ganz allein zu verbringen, wofür mich meine Freunde in der Ferne telefonisch bedauerten. Jahre zuvor hatte ich mir vorgestellt, dass meine Gäste an diesem Tag ganz fremde Leute oder neue Freunde sein sollten und wir uns unbeschriebene Blätter. Wir unterhielten uns über die Welt und das Leben im Allgemeinen, sparten unsere persönlichen Schicksale aus. Je näher jedoch dieser Tag rückte, desto häufiger verwarf ich diese Idee als allzu pathetisch. Jetzt erst recht die dienstältesten Freunde und nur eine Handvoll! Es würde nur kleiner Signale bedürfen, um vergangene Welten heraufzubeschwören, eines kaum merklichen Lächelns, um sich stillschweigend zu verstehen.

Weißt du eigentlich, sagte ich meiner Mut- ter am Telefon, dass ich Kerzen immer mit Geburtstag verbinde, und nicht, wie die meisten, mit Weihnachten? Ihr magisch leuchtender Schein im herbstlich dunklen Wohnzimmer an all den 4. Novembern. Dann der typische Duft des aufsteigenden Qualms, nachdem ich sie ausgepustet hatte. Ganz früh hatte mich meine Mutter geweckt und ins Wohnzimmer geführt, verträumt und wie verzaubert rieb ich mir da die müden Augen, geblendet vom flackernd leuchtenden Gabentisch her. Was mich dann im Einzelnen erwartete, war nicht von Belang und eroberte spielend mein Herz.
   Damals, an meinem Dreißigsten, wünschte ich mir, mit dieser Erinnerung ganz allein zu sein. Ehrlich gesagt, ist die Erinnerung alles, was mir der Ort, an dem ich heute wieder wohne, als Heimat zu bieten hat. Als geografischer hat er das Heimatkleid gänzlich abgestreift, das transportabel geworden ist in meinen Nervenbahnen.

Beste Voraussetzungen für eine neue Heimat, jubeln die Leser. Aber ausgerechnet hier? Nowa Amerika – die Anprobe eines neuen Kleides? Warum nicht. Aber kann die Kunst, das Schauspiel, anderen und sich selbst etwas vormachen, das Leben verändern? Wenn überhaupt, dann garantiert nicht von heute auf morgen. Das Bewusstsein, dass heißt meine Interpretationswelt, kann sie wohl verändern, aber nur mit Beharrlichkeit und im ständigen Gespräch, denn wer ich bin, sagen mir die anderen. Je vielfältiger und komplexer die Rückmeldungen über mich sind, desto befriedigender wird für mich das Ergebnis sein. Dann könnte durchaus etwas wie neues Geborgensein unter neuen Freunden entstehen. Und was ist mit den Chancen in einem Land, dem nur wenige vorbehalten scheinen? Daran müssen die Freunde dann gemeinsam arbeiten.
Klaus Pocher
 

...z drugiej strony nigdy nie zadałem sobie pytania, kim jestem. W końcu wiedzą to wszyscy inni, i dają mi to do zrozumienia. Nawet jeśli zawsze tylko w strzępkach. Być może tożsamość można by przetłumaczyć jako „dla uproszczenia”. Nadaję temu czemuś jakąś nazwę, żeby ją odróżnić. Kiedy zadam już dwadzieścia pytań, nie pytam dalej, bo zrozumieć to nie znaczy po prostu postawić kropkę w dowolnym miejscu, dojść do końca, zadowolić się tym, czego się dowiedziałem – dla uproszczenia. Wyrwanie się z niemożliwej do rozwikłania złożono- ści w kierunku harmonii „wierzę, że wiem”. Wielość naszych wspomnień pomaga nam, działając jak materiał porównawczy, wydawać wyroki w ułamku sekundy, dokonywać identyfikacji niejako w biegu. Możemy sobie wmawiać, że to zbyt powierzchowne, że przecież świadomie podjęliśmy decyzję o zaszufladkowywaniu. Jednak nasze wspomnienia nic sobie nie robią z naszej dobrej albo złej woli, bo „chcieć” jest, jak to stwierdził świetny obserwator Nietzsche, w najlepszym razie „dodatkiem” do „musieć”. Szufladkowanie więc następuje, czy tego chcemy, czy nie. Bo czy mogę w ogóle jeszcze powiedzieć, że ja je podejmuję, skoro mówimy tu o nieświadomej, fizycznej aktywności mózgu? Czy   w tej sytuacji możemy jeszcze w ogóle na serio wierzyć, że do nas należy wybór, kim będziemy?

A przecież tego pragną wszyscy, bardziej niż czegokolwiek innego: różnić się, być innym niż wszyscy, autentycznym. W takim samym stopniu szukają przynależności, emocji, związku, ciągłości, czegoś niezmiennego – czyż kiedyś nie nazywali tego ojczyzną albo miłością (czyli przypadkiem specjalnym ojczyzny)? I co, i teraz już z tym koniec? Czyż nie możemy przynajmniej pomanipulować naszą osobowością – w internecie, na ulicy, w sklepie z ubraniami, na kursie jogi? I czyż nie możemy, jeśli poczujemy się zmęczeni, po prostu przestać? Co to by znaczyło? Że nie zadajemy sobie już tego pytania, a mimo to czynimy to nadal? Czy też że poddajemy się dryfowi, „like a floating baloon”, jak to wyraziła Lisa zarzucając mi, że nie potrafię wziąć spraw we własne ręce. Czy tożsamość sama do nas przylatuje? A może to właśnie na tym polega nasza tożsamość, że dryfujemy, że nie jesteśmy już w stanie sami siebie określić? A może dotyczy to tylko niektórych?

Z jednej strony powiedziałem sobie któregoś ranka pod prysznicem: od dziś będę kimś zupełnie innym. Elli, kuzynka mojej mamy, dowiedziałem się tego właśnie od niej, stanęła w dniu swoich trzydziestych urodzin przed lustrem i zadała sobie pytanie, kim właściwie jest. Wiesz, ona zawsze była trochę egzaltowana, dodała mama: ale ty chyba taki nie jesteś. Nie, nie jestem, odparłem. 

Około ósmej po raz pierwszy zadzwonił automat na monety stojący w przedpokoju, ostrym brzękiem, który zawsze słychać było w całym domu. Owinięty w ręcznik, z mokrymi włosami, wciąż jeszcze nie zastanawiałem się nad zamierzonymi zmianami, więc nie dowiedziałem się, kto pierwszy zadzwonił z życzeniami.

Kiedy potem niechcący spojrzałem w lustro, musiałem się uśmiechnąć.
Od miesięcy byłem sam w Londynie, obcym mi mieście, i postanowiłem ten dzień spędzić zupełnie sam, co stało się przedmiotem współczucia moich przyjaciół dzwoniących z daleka. Już wiele lat wcześniej wyobrażałem sobie, że tego dnia moimi gośćmi powinni być zupełnie obcy mi ludzie albo jacyś nowi przyjaciele, że bylibyśmy dla siebie niezapisanymi kartami. Rozmawialibyśmy o świecie i życiu w ogólności, oszczędzając sobie opowieści o osobistych losach. Jednak im bliżej był ten dzień, tym częściej odrzucałem ten pomysł jako zbyt patetyczny. A potem już na pewno – tylko najstarsi przyjaciele i tylko garstka! Wystarczy tylko krótki sygnał, a odtworzą się całe minione światy, wystarczy półuśmiech – i wszyscy zrozumieją się bez słów.

Czy wiesz, zapytałem matkę przez telefon, że dla mnie świece wiążą się przede wszystkim z urodzinami, a nie z Bożym Narodzeniem, jak dla większości ludzi? Ich magiczne lśnienie to dla mnie ciemny jesienny pokój w każdy 4 listopada. A potem ten typowy zapach wznoszącego się dymu, gdy już je zdmuchnąłem. Mama budziła mnie wcześnie i prowadziła do dużego pokoju, jeszcze zaspany i oczarowany tarłem zmęczone oczy, oślepione migotaniem ze stołu pełnego prezentów. Nie miało znaczenia, co konkretnie dostanę, zawsze to uwielbiałem.

Wtedy, na moje trzydzieste urodziny, życzyłem sobie jedynie samotnego wspominania tamtych chwil.

Mówiąc szczerze, to wspomnienie jest wszystkim, co oferuje mi dziś miejsce, w którym obecnie mieszkam, jako „moje miejsce na ziemi”. Z geograficznego punktu widzenia pozwoliło mi całkiem odrzucić płaszcz utkany z mojej ziemi rodzinnej, zamienić na wersję mobilną, ukrytą w moim systemie nerwowym.

Toż to najlepsze warunki do stworzenia sobie nowej ojczyzny, zachwyci się Czytelnik. Ale właśnie tu? Nowa Amerika – czas na przymiarkę nowego płaszcza? Czemu nie. Ale czy sztuka, widowisko, mogą zmylić innych, czy pozwalają oszukać siebie samego, że oto życie się zmieniło? Nawet jeśli tak, to na pewno nie z dnia na dzień. Moją świadomość, to znaczy świat moich interpretacji, na pewno może zmienić, ale tylko dzięki uporowi i w ciągłym dialogu, bo to, kim jestem, mówią mi zawsze inni. Im bardziej różnorodne i skomplikowane będą informacje innych o mnie, tym bardziej satysfakcjonujący będzie dla mnie wynik. I wtedy będzie możliwe poczucie jakiejś wspólnoty wśród nowych przyjaciół. A co z szansami w kraju zastrzeżonym dla tak nielicznych? Nad tym już przyjaciele muszą pracować razem ze mną.
Klaus Pocher