Kraina cieni, czyli moje pogranicze / Reich der Schatten, oder mein Grenzland

Groby w lesie

Od spacerów po mieście wolę wędrówki po lesie. Wolę dźwięk skrzypiących sosen na wietrze niż gwar rozmów w pubie. Bywa, że nad towarzystwo ludzi przedkładam chrząkające sąsiedztwo dzików. Czasem zamieniam solidny beton kawalerki na kruchy szkielet leśnego szałasu.

Było to już kilka lat temu, ale pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Penetrowałem jedną z bocznych ścieżek, która odchodzi od głównej drogi łączącej Tanowo z Węgornikiem w Puszczy Wkrzańskiej. Po lewej, chłodnym cieniem kładł się iglasty bór. Po prawej, ostrym światłem biła łąka. Po kilku minutach marszu, moim oczom ukazał się widok rodem z obrazów Caspara Davida Friedricha.

Z głębokiego półmroku sosnowej gęstwiny wyłonił się krzyż. Wysoki, prosty, z ciemnego drewna. Przystanąłem zaskoczony. Po obydwu stronach dostrzegłem kamienne formy. Podszedłem bliżej. To były nagrobki. Najstarszy z nich, pokryty stalowoszarymi porostami, pochodził jeszcze z XIX stulecia. Na każdym z nich powtarzało się jedno nazwisko: von Ramin. Na dnie pamięci zaświtało, że ta rodzina przez kilka stuleci gospodarzyła okolicznymi ziemiami.

Wtedy na otaczające mnie łąki i las spojrzałem odmienionym wzrokiem. Okiem wyobraźni dostrzegłem drwali wracających z wyrębu pańskich borów. Gdzieś tam, na skraju łąki, młody panicz – na swym pierwszym samotnym polowaniu – nerwowo napinał łuk, mierząc do spokojnie się pasącego rogacza. Za zakrętem ścieżki usłyszałem chichot młodych szlachcianek przechadzających się w ciepłe letnie popołudnie. Historia i teraźniejszość wymieszały się, nasycając krajobraz nowymi znaczeniami.

Nie wiem, czemu ta scena zrobiła wtedy na mnie tak ogromne wrażenie. Być może tak zadziałała aura miejsca, bliska nastrojem płótnom pejzażysty z Greifswaldu. Tak czy inaczej, zrozumiałem, że otaczający mnie krajobraz ma nie tylko naturalną historię. Zobaczyłem Puszczę Wkrzańską w innym świetle. Nie tylko jako przestrzeń życia i śmierci zwierząt oraz roślin, ale jako niemego świadka – a jednocześnie przedmiot – ludzkiej historii.



Zagubione artefakty

To, że krajobraz ma swoją kulturową historię, było dla mnie – i jest nadal – wielkim odkryciem. Od chwili tego „małego olśnienia” w Puszczy Wkrzańskiej zacząłem więcej uwagi poświęcać zagubionym wśród przyrody artefaktom przeszłości. Tak trafi łem na pozostałości wczesnośredniowiecznych grodzisk rozsiane po całej Puszczy Bukowej. Tak też – w tej samej kniei – „odkryłem” cmentarzysko kurhanowe z epoki brązu, kiedy – ponaglany przez szybko zapadający zmrok – szukałem miejsca na nocleg.

Te z pasją tropione przeze mnie pozostałości przeszłych czasów w większości pochodzą od ludzi nieprzynależących do mojego narodu. A mówiąc prościej – są znakami bytności, nieraz mocno zatartej, mieszkających tutaj do pierwszych lat po II wojnie światowej Niemcach. Dlatego zawsze, gdy stoję nad ledwo wystającymi ponad leśną ściółkę i rozsadzanymi przez korzenie starymi schodami, czuję, że gdzieś na ich końcu jest brama do jakiegoś odmiennego świata. Do rzeczywistości, której już nie ma, a która jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniła życiem, a dziś uobecnia się tylko przez te przedmioty. Czuję to samo, spoglądając na zapadłe już linie transzei, w których – wraz z coraz młodszymi żołnierzami – dogorywało urojenie o „Tysiącletniej Rzeszy”.

Kraina cieni

Moje pogranicze jest więc krainą cieni. Nie ma w niej ludzi. A przynajmniej nie są oni tu obecni fizycznie. Przypominają o nich okruchy ich przeszłej codzienności: skorodowane wiadra, łuski po nabojach, popękane kafelki, nagie fundamenty. Wśród zmurszałych cegieł wiją się skolopendry, a zapadłe dachy drążą wiecznie nienażarte korniki. Porosty wgryzają się w zapadające się ściany. Wszystkie te artefakty w ciszy pochłania przyroda, czyniąc wszystko tak samo ważnym lub tak samo nieważnym. Przedmioty rozpadają się, wracają do ziemi, a tam włączają się na powrót w wieczny kołowrót metamorfoz życia. Natura daje lekcję przemijania, która budzi lęk, ale i fascynuje.





Te obserwacje, te doświadczenia, prowokują do refl eksji o trwałości tego, co tak dla nas cenne i swoiste – kultury. Lubimy przecież myśleć, że nasze najwspanialsze wytwory – strzeliste katedry, masywne piramidy, zaklęte w papier dzieła literatury – są niezniszczalne. Pozostałości naszych niemieckich poprzedników podważają ten historyczny optymizm. Sugerują irytującą myśl, że nieuniknionym losem każdej kultury jest rozpad. Przypominają nam o tym, o czym na ogół nie chcemy pamiętać – że jesteśmy zwierzętami. I – w związku z tym – nasze katedry rozsypią się kiedyś tak, jak dzieje się to z opuszczonymi żeremiami bobrów czy kopcami termitów. Wszystko to wróci z powrotem do stanu prostej materii, z której – w niekończącym się korowodzie przemian – wyłonią się nowe formy. Jak powiedział kiedyś niemiecki romantyk Johann Christoph Schiller – słowa te są wyryte na głazie w jednej z peryferyjnych dzielnic Szczecina – „Natura jest nieskończenie zróżnicowanym Bogiem”. Jeśli więc istnieje jakakolwiek nieśmiertelność, to chyba tylko taka.

Robert Jurszo









Gräber im Wald

Statt durch die Stadt zu spazieren, mache ich lieber Waldwanderungen. Ich höre lieber das Knarren der Kiefern im Wind als das Stimmengewirr in einer Kneipe. Es kommt vor, dass ich die Nähe grunzender Schweine der Gesellschaft von Menschen vorziehe. Manchmal tausche ich meine solide Betoneinraumwohnung gegen das wackelige Skelett einer Waldhütte ein.

Es ist schon einige Jahre her, aber ich erinnere mich, als wäre es gestern passiert. Ich erforschte einen der Seitenpfade, die vom Hauptweg zwischen Tanowo und Węgornik in der Puszcza Wkrzańska, der Ückermünder Heide, abgehen. Auf der linken Seite erstreckte sich mit kühlem Schatten ein Nadelwald. Rechts sprießte eine Wiese im gleißend hellen Licht. Nach einigen Minuten Fußmarsch tauchte vor meinen Augen ein Anblick wie aus einem Bild von Caspar David Friedrich auf.

Aus dem tiefen Halbdunkel des Kieferndickichts erschien ein Kreuz. Hoch, aufrecht und aus dunklem Holz. Ich blieb überrascht stehen. Auf beiden Seiten bemerkte ich Formen aus Stein. Ich ging näher heran. Es waren Gräber. Das älteste von ihnen, von stahlgrauen Flechten bedeckt, stammte noch aus dem 19. Jahrhundert. Auf jedem Grab tauchte immer wieder ein Name auf: von Ramin. Tief in meiner Erinnerung dämmerte mir, dass diese Familie einige Jahrhunderte lang umliegende Ländereien bewirtschaftet hatte.

Danach sah ich Wald und Wiesen, die mich umgaben, mit anderen Augen. Vor meinem inneren Auge sah ich die Holzfäller von der Rodung staatlicher Wälder zurückkehren. Irgendwo dort am Rande der Wiese spannte ein vornehmer junger Herr, der zum ersten Mal allein auf die Jagd ging, nervös seinen Bogen und zielte auf einen friedlich weidenden Rehbock. Hinter der Biegung des Pfades hörte ich das Kichern vorbeigehender junger Edelfrauen an einem warmen Sommernachmittag. Geschichte und Gegenwart vermischten sich und erfüllten die Landschaft mit neuer Bedeutung.

Ich weiß nicht, warum diese Szene damals auf mich einen so gewaltigen Eindruck machte. Vielleicht war es die Aura des Ortes, die der Stimmung auf den Gemälden des Greifswalder Landschaftsmalers ähnelte. So oder so wurde mir klar, dass die Landschaft, die mich umgab, nicht nur eine natürliche Geschichte hat. Ich sah die Puszcza Wkrzańska in einem anderen Licht, nicht nur als Lebensraum für Tiere und Pfl anzen, sondern als stummen Zeugen und zugleich Gegenstand menschlicher Geschichte.

Verlorene Artefakte

Dass eine Landschaft ihre Kulturgeschichte hat, war und ist für mich weiterhin eine große Entdeckung. Vom Moment meiner „kleinen Erleuchtung” in der Puszcza Wkrzańska an begann ich, den in der Natur verirrten Artefakten der Vergangenheit mehr Aufmerksamkeit zu schenken. So traf ich auf die Überreste einer frühmittelalterlichen Burganlage, die sich über die gesamte Puszcza Bukowa ausbreitet. Genauso „entdeckte” ich, im selben Dickicht, ein Hügelgräberfeld aus der Bronzezeit, als ich, von der einbrechenden Dunkelheit überrascht, eilig nach einer Gelegenheit zur Übernachtung suchte.

Diese Überreste vergangener Zeiten, nach denen ich mit Leidenschaft fahnde, stammen überwiegend von Menschen, die nicht meinem Volk angehörten. Oder einfacher gesagt: Sie sind, oft stark verblasst, Zeichen des Aufenthaltes der Deutschen, die hier bis in die ersten Jahre des 2. Weltkrieges wohnten. Deshalb fühle ich oft, wenn ich auf den kaum aus der Waldstreu hervortretenden, von Wurzeln zersprengten alten Stufen stehe, dass sich irgendwo an ihrem Ende das Tor zu einer anderen Welt befi ndet, zu einer Wirklichkeit, die es nicht mehr gibt, die aber noch vor einigen zig Jahren höchst lebendig war, sich heute jedoch nur noch durch diese Objekte off enbart. Das gleiche fühle ich beim Anblick der eingefallenen Schützengrabenlinie, in der, samt immer jüngeren Soldaten, die Wahnidee von einem „Tausendjährigen Reich” dahinstarb.

Reich der Schatten

Mein Grenzland ist also ein Reich der Schatten. Es gibt in ihm keine Menschen mehr. Oder zumindest sind sie nicht mehr physisch anwesend. Bruchstücke ihres früheren Alltags erinnern an sie: verrostete Eimer, Patronenhülsen, zersprungene Kacheln, nackte Fundamente. Inmitten verrotteter Ziegel winden sich Tausendfüßer, nimmersatte Borkenkäfer graben sich in eingefallene Dächer. Flechten beißen sich in die einfallenden Wände. All diese Artefakte werden in aller Stille von der Natur einverleibt, die alles gleich wichtig oder unwichtig macht. Objekte zerfallen, werden wieder zu Erde und schließen sich so wieder dem ewigen Lebensrad an. Die Natur erteilt ein Lehrstück der Vergänglichkeit, das Angst macht, zugleich aber fasziniert.

Diese Beobachtungen und Erfahrungen provozieren eine Refl exion über die Beständigkeit dessen, was uns so kostbar und eigen scheint: der Kultur. Zu gern glauben wir, dass unsere großartigsten Werke, die hochaufragenden Kathedralen, die wuchtigen Pyramiden oder auf Papier gebannte literarische Werke, unzerstörbar sind. Die Überreste unserer deutschen Vorgänger jedoch lassen an diesem historischen Optimismus zweifeln. Sie legen den irritierenden Gedanken nahe, dass das unvermeidliche Schicksal einer jeden Kultur der Zerfall ist. Sie erinnern uns an dass, woran wir uns allgemein nur ungern erinnern: Das wir Tiere sind. So gesehen werden unsere Kathedralen einst genauso zerfallen wie verlassene Biberburgen oder Termitenhügel. Alles kehrt wieder zum Zustand einfacher Materie zurück, aus der sich, im endlosen Wandel der Zeit, neue Formen entwickeln. Wie einst der Friedrich Schiller sagte – und diese Worte sind in einem Stadtteil am Stadtrand Stettins in Stein gemeißelt – „Die Natur ist ein unendlich geteilter Gott”. Falls also irgendeine Unsterblichkeit existiert, dann wohl nur eine solche.

Robert Jurszo