Przemówienie Ambasadora Słubfurtu na posiedzeniu parlamentu w Berlinie (Freies Museum, 13.03.2011) / Die Rede des Botschafters von Słubfurt auf einer Parlamentssitzung in Berlin (Freies Museum, 13.03.2011)

Drodzy Goście, drodzy Słubfurtczycy, drodzy Przyjaciele, o czym myśli w skrytości ducha ambasador? Oczywiście o swoim wiekopomnym urzędzie.

Ambasadorowie to ważni ludzie! Przepraszam: kiedyś byli. W dawnych, pradawnych czasach. Kiedy jeszcze człowiek potrzebował tygodni, żeby dotrzeć do Istambułu i ofi arować sułtanowi albo wielkiemu wezyrowi swoje usługi. Nie mówiąc już o niebezpiecznej podró- ży do potężnego cesarza Chin... Jednak kiedy już znalazł się na miejscu, to jako ambasador był niemal królem, reprezentującym nie tylko politykę i światopogląd swojego kraju. Był także przedstawicielem swojej kultury. A potem mógł nawet stać jednym z pierwszych świadków danej kultury, w której gościł, ba, jej pośrednikiem w drodze... do własnego kraju, bez męczącej konkurencji przeróżnych Instytutów Goethego, Instytutów Francuskich czy Instytutów Cervantesa. Byli także tacy ambasadorowie, którzy muzea swego kraju napełniali skarbami z obcych krajów. Max von Oppenheim, dyplomata i miłośnik beduinów, i jego Tell Halaf, są tu przykładem aktualnym i wymownym. Dyplomaci wiedli dobre życie, ale wiedli też życie niebezpieczne, bo i czasy takie właśnie były. Nie było takiego ministra spraw zagranicznych, który mógłby w ciągu kilku godzin pojawić się na miejscu urzędowania swego przedstawiciela, żeby pomóc mu wydobyć się z kłopotów. To prawda, wciąż jesteśmy pod wrażeniem tej godnej szacunku tradycji.

Ale z drugiej strony, jak to z tymi dyplomatami wygląda dzisiaj, gdy, w czasach globalnych sieci, tak łatwo można by z nich zrezygnować? Niekiedy potrafi ą trafnie ocenić zarówno kraj swego pobytu, jak i jego rządzących, jak wiemy dzięki Wikileaks, a potem muszą się tego wstydzić. Niniejszym przyrzekam uroczyście, że będę starał się tego uniknąć.

No, dobrze, wystarczy tego ambasadorowania!

Jako człowiek bywały i krytyczny, pragnę zaprosić Państwa na krótką wizytę we współczesnym świecie, do obejrzenia panoramy „najlepszego ze wszystkich światów” – i wcale tu sobie nie żartuję! W przeciwieństwie do Woltera i jego niezmordowanego Kandyda, nie staram się tu ani o krztę ironii. I proszę nie mówić: „Najlepszy ze wszystkich światów? Chyba umrę ze śmiechu, już i Leibnitz i Pangloss sądzili, że innego świata nie ma!”. I właśnie, mieli rację! Zaś ponie waż nie znamy innego świata, ponieważ innego świata nie mamy, musimy zrobić, co się tylko da, żeby uczynić go jak najlepszym. Krótko mówiąc, objawiam się tu jako niepoprawny optymista. I pragnę powołać się tutaj – z całą skromnością, która przystoi dzisiejszemu ambasadorowi – na osobę o podobnym rozumieniu świata (na życzenie przedstawię oczywiście dokładne źródło!), na 93-letniego berlińczyka, który został Francuzem: Stefana Hessela czyli – en français – Stéphane`a Hessela.




Na pewno słyszeliście... (mówienie per „wy” chyba bardziej przystoi ambasadorowi Słubfurtu!) Na pewno słyszeliście o diabelskim, przetłumaczonym na 20 języków pamfl ecie pod tytułem Indignez-vous!, albo Oburzajcie się! [Polskie tłumaczenie autorstwa Piotra Witta ukazało się w 2011 r. pod tytułem Czas oburzenia – przyp. tłum.] Podobnie jak legion międzynarodowych „Oburzonych”, również i ja, kupiwszy ten jego niewielki bestseller, postanowiłem posłuchać jego wezwania. Z czystym sumieniem zgadzam się również z poniższą oceną wyrażaną przez tego optymistę, jakim jest Hessel. Cytuję i komentuję:

„Sytuacja jest bardzo zła. Ale już wiele zła udało nam się przetrwać”. A potem wymienia: narodowych socjalistów, potęgę Sowietów, apartheid itp. A przecież: mamy nasz europejski dom! No pewnie, wciąż jeszcze jest w budowie. Ale nie jest to już stan surowy. Ale jest to 27 krajów, które nie prowadzą już wojen między sobą! Czyż to nie jest powód do optymizmu? Nie możemy zapominać, że „ostatnie dziesięciolecie XX wieku stało pod znakiem pozytywnego rozwoju”. Po upadku Muru Berlińskiego odbyło się wiele konferencji ONZ.

W Rio, w Kairze, Kopenhadze, Pekinie... Wielkie tematy i przedmioty, które mają udoskonalić świat: środowisko i zrównoważony rozwój, kwestia demografi czna, zwalczanie biedy i pomoc rozwojowa, wzmocnienie praw ko biet i społeczeństwa obywatelskiego itd. Co prawda realne efekty, które nastąpiłyby po tych pięknych przemowach wypowiadanych w globalnych językacj, wciąż każą na siebie czekać. „Pierwsze dziesięciolecie XXI wieku było złym czasem dla świata. Przyszedł poważny regres”, oświadcza Hessel. Jednak potem – o cudzie! – w krajach rządzonych przez pogłaskiwanych autokratów Maghrebu i w innych krajach arabskich doszło do powstań ludowych na rzecz demokracji i praw człowieka, a nawet do wypędzenia dyktatorów – kiedy ich narody usłyszały wezwanie Hessela: „Oburzajcie się!”.

Nie, bynajmniej nie naśmiewam się ze Stéphane`a Hessela. Nie ma do tego żadnych powodów. Człowiek, który przeżył narodowosocjalistyczny obóz koncentracyjny, walczył w Résistance, współredagował Kartę Praw Człowieka i był ambasadorem Organizacji Narodów Zjednoczonych, monsieur Hessel, zasługuje na najwyższy podziw, że mimo swego matuzalemowego wieku wciąż jeszcze patrzy przed siebie z optymizmem. Jego wezwanie do działania odnosi się do każdego, kto chce go wysłuchać i wziąć na siebie odpowiedzialność za lepszy, bardziej sprawiedliwy świat.

Optymizm to nie jest po prostu tania wiara. Nie jest też po prostu nadzieją, która, jak wiadomo, zawsze umiera ostatnia. Optymizm jest przede wszystkim produktem relatywizmu i jego konsekwencji. W obliczu wszelkiego zła, które przyniósł ludzkości XX wiek, nawet niespełniony i nieprawidłowo tak nazywany postmodernizm – nie, nawet on nie wyda nam się rajem. Jednak na pewno jest na drodze poprawy, i chyba ta poprawa jest jak najbardziej możliwa. W tym celu wciąż na nowo potrzebna jest krytyka inercji myślenia i woli, wątpliwości i „niezmożona nieufność wobec biegu rzeczy”, do której wzywa nas Walter Benjamin, i potrzebne jest – last but not least – jakżeby inaczej – oburzenie. Mimo wszelkiego regresu, który staje się naszym doświadczeniem. Optymizm jest, dla osób, które naprawdę biorą go na poważnie, gotowością do zaangażowania. Innymi słowy, jest wymagający. I pewnie dlatego tak wielu jest pesymistów...

Może zadajecie sobie pytanie: „Co ten świeżo upieczony ambasador opowiada o sytuacji na świecie, skoro tu przecież chodzi o nasz mały Słubfurt?!”. Czy aby się nie przesłyszałem – mały? Ależ skąd!

Drodzy Przyjaciele, z teorii chaosu pozostaje nam w pamięci piękny obraz motyla, który jednym uderzeniem skrzydeł w amazońskiej dżungli może wywołać huragan w Afryce.

Jako Europejczykowi i obywatelowi świata Słubfurt bardzo leży mi na sercu. Jest wiele powodów, które pozwalają to zrozumieć. Wymienię kilka z nich:

Słubfurt jest już w fazie czynu, który następuje po myśli i chęci: jest realnym polsko-niemieckim państwem-miastem in statu nascendi. Dzięki mostowi nad Odrą Słubfurtczanie sprzeciwiają się odważnie mainstremowi, biorą ideę Europy dosłownie. Tak oto stajecie się sojusznikami przyszłości.

Słubfurt to humanizm w praktyce: projekt z ludźmi i dla ludzi, na rzecz ich przyjaznego sąsiedztwa, na rzecz komunikacji i wymiany w b r e w inercji w myśleniu, wbrew upieraniu się przy wyuczonych barierach obaw i stereotypów. Jest to projekt oczywistej społeczności p r z e c i w k o mentalności świata adminstracji.

Słubfurt jest czymś w rodzaju kliniki leczenia chronicznej choroby europejskiej, która może rozszerzyć się na cały świat. Mam tu na myśli – a Wy już dawno to zrozumieliście – wciąż jeszcze żywy wirus nacjonalizmu. Pisarz i humanista Joseph Roth ocenił to kiedyś z wielką bystrością umysłu: „Ludzie kochają to, co »narodowe«, a mają na myśli karabiny”.

Wypróbowanym lekarstwem jest wzmocnienie regionów, ich naturalnych powiązań. Zdeklarowani Słubfurtczycy angażują się z innymi Europejczykami w proces terapii społecznej, który pokazuje nam, optymistom, że mamy rację: również dzięki Wam historia świata dąży w kierunku przezwyciężenia historii narodowych. Nawet jeśli wymaga to wiele cierpliwości.

Słubfurt jest tym, co lubię nazywać przyszłościową „strefą amfi biczną”. Twórczym obszarem „pomiędzy”, gdzie rodzi się coś nowego, bo nie ma tu granic. „Strefy amfi biczne” to kulturalne ekosystemy, nieodzowne w naszych czasach zmian jako laboratoria eksperymentalne. Wassily Kandinsky nazwał je kiedyś „imperium i” i przewidywał, że zastąpi ono kiedyś imperium „albo – albo” ideologów.

I wreszcie Słubfurt jest społecznym dziełem sztuki. W obliczu tej nadzwyczajnej kariery, jaką zrobił wśród mieszkańców Frankfurtu i Słubic po tej i tamtej stronie Odry, a także znacznie dalej, chciałbym życzyć jego autorowi, mojemu przyjacielowi Michaelowi Kurzwelly`emu, oraz wszystkim, którzy kroczą wraz z nim, po tej i tamtej stronie, wiele szczęścia i sukcesów należnych ludziom odważnym i gotowym do czynu. Doświadczenie mojego długiego życia zawodowego, które poświęciłem sztuce i artystom, mówi, że to oni, a nie politycy idą w awangardzie wizji przyszłości, i że to oni, a nie politycy, spełniają warunki umożliwiające realizację tej wizji.

Niewielkie przyczyny mają wielkie skutki. Oto orędzie motylich skrzydeł!

Przechodzę do końca. Mimo całego sceptycyzmu wobec współczesnych ambasadorów – ambasadorem Słubfurtu w Berlinie pragnę być całym sercem.

Dziękuję za uwagę.

Michael Haerdter



 
Liebe Gäste, liebe Słubfurter, liebe Freunde, Worüber macht ein Botschafter sich so seine stillen Gedanken? Natürlich über sein denkwürdiges Amt.

Botschafter sind wichtige Leute! Pardon: sie waren es mal. In unvordenklichen Zeiten. Als man noch Wochen brauchte, um nach Istanbul zu gelangen und einem Sultan oder Großwesir seine Aufwartung zu machen. Ganz zu schweigen von der gefahrvollen Reise zum Hof des mächtigen Kaisers von China… Doch einmal vor Ort, war man als Ambassador mindestens ein König, vertrat nicht nur die heimische Weltanschauung und Politik. Man stand in der Fremde ein für die eigene Kultur. Mitunter durfte man gar einer der ersten Zeugen der jeweiligen Gastkultur und ihr Mittler heim ins… eigene Land sein – ohne die lästige Konkurrenz der Leiter von Goethe–Instituten, von Instituts Français oder der Institute Cervantes usw. Es waren auch Botschafter, die heimische Museen mit fremden Schätzen gefüllt haben. Max von Oppenheim, der Diplomat und Gerne–Beduine, und sein Tell Halaf sind ganz aktuell ein beredtes Beispiel. Diplomaten lebten gut, doch sie lebten auch gefährlich, denn die Zeiten waren es in aller Regel ebenfalls. Kein Aussenminister konnte in Stunden nur zur Stelle sein, einem seiner Statthalter aus der Patsche zu helfen. Es ist wahr, die ehrwürdige Tradition beeindruckt uns noch immer…

Doch wie stehen sie heute da, die Verzichtbaren, im Zeitalter globaler Netzwerke? Manchmal urteilen sie ja überaus treff sicher über das Gastland und sein leitendes Personal, wie wir dank Wikileaks wissen, und müssen sich dann dafür schämen. Das zu vermeiden, will ich geloben.

Doch nun genug der Botschafterei!

Als weitgereister, kritischer Zeitzeuge darf ich Sie zu einer Kurzbesichtigung der gegenwärtigen Welt einladen, zu einem Panorama der „besten aller Welten” – Ich meine es wirklich ernst! Anders als Voltaire und so wie sein unverwüstlicher Candide, ohne eine Spur von Ironie. Und sagen Sie bitte nicht: Die beste aller Welten? Dass ich nicht lache, schon Leibniz oder Pangloss kannte ja gar keine andere Welt! Genau, so ist es! Und weil wir keine andere kennen, keine andere haben, müssen wir das Mögliche tun, um das Beste aus ihr zu machen. Kurzum, ich spreche als unverbesserlicher Optimist. Und ich berufe mich, bescheiden wie es einem Botschafter heute geziemt, auf einen Gleichgesinnten (Auf Wunsch selbstverständlich mit genauer Quellenangabe!): den 93jährigen Berliner, der Franzose geworden ist – Stefan Hessel oder – en français – Stéphane Hessel.

Ihr habt (das vertraute ‚Ihr’ steht einem Slubfurt-Botschafter doch besser zu Gesicht!) Ihr habt bestimmt schon von Hessels taufrischer, in 20 Sprachen übersetzten Streitschrift gehört, betitelt „Indignez-vous!” oder „Empört Euch!” Wie off enbar das Heer der internationalen Wutbürger, die seinen kleinen Bestseller inzwischen erworben haben, höre auch ich seinen Zuruf gern. Der folgenden Einschätzung des Optimisten Hessel stimme ich guten Gewissens ebenfalls zu. Ich zitiere und kommentiere:

„Die Lage sieht sehr schlecht aus. Aber wir haben schon vieles Schlechte überlebt”. Und er führt an: die Nazis, die mächtige Sowjetunion, die Apartheid etcetera. Und: es gibt das europäische Haus! Gut, noch ist es im Bau. Aber über den Rohbau ist es doch schon hinaus. Aber ja, 27 Länder, die keinen Krieg mehr gegeneinander führen! Wenn das nicht jeden Optimismus rechtfertigt. Und vergessen wir nicht, „die letzten zehn Jahre des 20. Jehrhunderts waren höchst positive Jahre”. Dem Fall der Berliner Mauer folgten zahlreiche UNO– Konferenzen.

In Rio, Kairo, Kopenhagen, Peking… Mit großen Themen und Gegenständen, die Welt zu verbessern: Umwelt und nachhaltige Entwicklung, die demografi sche Frage, Armutsbekämpfung und Entwicklungshilfe, Stärkung der Rechte der Frauen und der Zivilgesellschaft, usw. Zugegeben, handfeste Resultate, die all den schönen Reden in globalen Zungen folgen sollten, lassen weiter auf sich warten. „Das erste Jahrzehnt des 21. Jahrhunderts war ein schlechtes Jahrzehnt für die Welt. Es war ein großer Rückschlag”, bekennt Hessel. Doch dann – oh Wunder! – ist es in den Ländern der gehätschelten Autokraten des Maghreb und anderer arabischer Machthaber zu Volksaufständen für Demokratie und Menschenrechte gekommen, ja da und dort zur Vertreibung der Diktatoren – als ihre Völker Hessels Ruf vernommen hatten: „Empört Euch!”.

Nein, ich mache mich über Stéphane Hessel nicht lustig. Dafür gibt es keinerlei Anlass. Der Überlebende von Konzentrationslagern der Nazis, Mitstreiter in der Résistance, Mitautor der Charta der Menschenrechte und UNO–Diplomat – Monsieur Hessel verdient höchste Bewunderung, dass er trotz seines biblischen Alters noch immer zuversichtlich nach vorne blickt. Seine Auff orderung zur Tat gilt jedem Einzelnen, der ihn hören will, Verantwortung für eine bessere, eine gerechtere Welt zu übernehmen.

Optimismus ist kein Ding wohlfeilen Glaubens. Auch die Hoff nung, die bekanntlich zuletzt stirbt, wird ihm nicht gerecht. Zuallernächst ist Optimismus ein Produkt der Relativität und ihrer Konsequenzen. Angesichts all der Übel, die das 20. Jahrhundert über die Menschheit gebracht hat, will uns selbst die unvollkommene und fälschlich so genannte Postmoderne – nein, nicht gerade als paradiesisch erscheinen. Wohl aber auf dem Wege der Besserung, und womöglich weiter verbesserungsfähig. Doch dafür bedarf es immer von neuem der Kritik an der Trägheit des Denkens und Wollens, bedarf es des Zweifels und des „unbezwinglichen Misstrauens in den Gang der Dinge”, wozu Walter Benjamin uns auff ordert, bedarf es nicht zuletzt – a propos – der Empörung. Trotz und wegen unserer Erfahrung allfälliger Rückschläge. Optimismus heisst für den, der es ernst damit meint, Bereitschaft zum Engagement. Mit anderen Worten, er ist anstrengend. Deshalb gibt es wohl so viele Pessimisten…

Ihr mögt Euch gefragt haben: Was quatscht dieser frischgebackene Botschafter von der Weltlage, wo es hier doch um das kleine Słubfurt geht?! Hab ich recht gehört: das kleine? Von wegen!

Aus der Chaostheorie, liebe Freunde, ist uns das schöne Bild in Erinnerung vom Flügelschlag eines Schmetterlings im Regenwald des Amazonas, der einen Sturm in Afrika auszulösen vermag.

Mir Europäer und Weltbürger liegt Słubfurt sehr nah am Herzen. Dafür gibt es zahlreiche solide Verstandesgründe. Ein paar will ich hier aufzählen:

Słubfurt ist bereits die Phase der Tat, die auf das Denken und Wollen folgt: ein realer deutsch-polnischer Stadtstaat in statu nascendi. Mit ihrem Brückenschlag über die Oder stellen die Słubfurter sich mutig gegen den Mainstream, nehmen sie Europa beim Wort. So werdet Ihr Verbündete der Zukunft.

Słubfurt ist praktischer Humanismus: ein Projekt mit den und für seine Menschen zugunsten ihrer freundlichen Nachbarschaft, für Kommunikation und wechselseitigen Austausch g e g e n die Trägheit im Denken, gegen das Beharren auf eingeübten Barrieren der Furcht und der Vorurteile. Es ist ein Projekt selbstverständlicher Gemeinschaft g e g e n die Mentalität der verwalteten Welt.

Słubfurt ist so etwas wie eine Klinik zur Behandlung einer chronischen europäischen Krankheit mit weltweitem Ansteckungspotential. Ich meine – Ihr habt es längst erraten – den noch immer virulenten Virus des Nationalismus. Der Schriftsteller und Menschenfreund Joseph Roth urteilte einmal messerscharf: „Die Menschen lieben das »Nationale« und meinen das Schießgewehr”.

Eine probate Medizin ist die Stärkung der Regionen, ihrer natürlichen Bindungen. Die bekennenden Słubfurter engagieren sich mit anderen Europäern in einem Prozess der sozialen Therapie, der einmal mehr uns Optimisten recht gibt: Auch mit Euch ist Weltgeschichte auf dem Weg, die Nationalgeschichten zu überwinden. Auch wenn das viel Geduld verlangt.

Słubfurt ist, was ich gerne eine der zukunftsträchtigen „amphibischen zonen” nenne. Ein kreativer Bereich des „Dazwischen”, wo Neues entsteht, weil er Grenzen nicht kennt. „Amphibische zonen” sind kulturelle Ökosysteme und unverzichtbar als Versuchslabore unserer Wendezeit. Wassily Kandinsky nannte sie einmal das Reich des „und” und prophezeite, es werde das „entweder-oder” der Ideologen ablösen.

Schließlich ist Słubfurt ein Soziales Kunstwerk. Zu seiner bemerkenswerten Karriere unter den Bürgern von Frankfurt und Słubice diesseits und jenseits der Oder und schon weit darüber hinaus darf ich seinem Urheber, meinem Freund Michael Kurzwelly, und allen Mitstreitern hüben und drüben das Glück und den Erfolg aller Mutigen und Tätigen wünschen. Es ist eine Erfahrung meines langen Berufslebens mit den und für die Künste und Künstler, dass diese und nicht die Politiker die Nase vorn haben, was die Vision einer lebenstauglichen Zukunft betriff t, Voraussetzung für ihre Verwirklichung.

Kleine Ursachen haben große Wirkung. Das ist die Botschaft der Schmetterlingsflügel!

Ich komme zum Schluss. Bei aller Skepsis der heutigen Botschafterei gegenüber – Berliner Botschafter für Słubfurt zu sein, dazu bekenne ich mich von Herzen.

Ich danke für Eure Aufmerksamkeit.

Michael Haerdter