Start Recenzje i omówienia A jeśli otworzy się piekło?

A jeśli otworzy się piekło?

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Leszek Żuliński, Pani Puszczalska, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2016, 46 s.

Po Suchych łanach, wydanym w 2015 r. tomie Leszka Żulińskiego, otrzymujemy książkę stanowiącą w pewnym sensie kontynuację poprzedniej, ale traktującą już nie tyle o minionym czasie, co o przymierzaniu się do nieuchronnego, co poeta określił jako próbę „prześwietlenia mroku”.

Przyznać trzeba, że wśród natłoku poważnie, a niekiedy przerażająco patetycznie brzmiących tytułów wydawanych w ostatnim czasie zbiorów poetyckich, rzecz zwraca uwagę frywolną nazwą. Do tego zaskakuje, bo zawartość tomu nie licuje z jej pikantnym tytułem. Pani Puszczalska bowiem to książka o rzeczach ostatecznych, zawierająca refleksje, które literatura, zdawać by się mogło, wyeksploatowała już do imentu. Dziś rozważać w poezji problem przemijania i śmierci, nie wpadając przy tym na mieliznę patosu i banału, to prawdziwa sztuka. Tutaj rozmyślania o kresie ujęte zostały w konwencję groteski. W wierszu otwierającym zbiór Leszek Żuliński (trudno oprzeć się pokusie utożsamienia podmiotu z samym autorem) w bezpośredni, autoironiczny sposób przedstawia własne doświadczenie vanitas, gdy z rozrzewnieniem wspomina czasy, jak to „pisał traktaty i bałamucił dziewczęta”. Wylicza przy tym, nie szukając eufemizmów, określenia konotujące rozpad:

[...] pokryłem się łuską,
zasnułem patyną, zrogowaciałem
i zaśniedziałem, rdza mnie toczy,
murszeję

(Marzenie)


Ale szamocząc się z cielesnymi ograniczeniami, nie przestaje pragnąć i marzyć, nie tylko o zatrzymaniu zmysłowych rozkoszy, ale także o tym, by „wzrokiem sowy, myślą mędrca” objąć całość własnego doświadczenia. I zbiór ten jest właśnie taką próbą objęcia poezją tego, co składa się na doświadczenie istnienia. Ogarnięcia, podsumowania, rozliczenia, z pełną świadomością kurczącego się coraz szybciej czasu.
Jeszcze raz podkreślę, że trudno oprzeć się tu wrażeniu, że jest to wyznanie wyjątkowo osobiste (autor sam przecież zwykł nazywać siebie tetrykiem, jakkolwiek mocno mielibyśmy ochotę z tym polemizować). Kolejne chwile spędzone na lekturze wierszy z tego tomu jeszcze bardziej umacniają nas w przeświadczeniu, że mamy do czynienia z niezwykłym ujęciem znanej i wyczerpanej już w liryce tematyki i jakkolwiek mało odkrywczo brzmiałaby ta myśl, trzeba ją tu wyartykułować raz jeszcze: Leszek Żuliński zdaje się przekonywać, że dopiero z perspektywy lat możemy zbliżyć się do prawdy o sobie i o świecie, zweryfikować spojrzenie na ważne i błahe (choć często błahe są tylko na pozór) sprawy wypełniające życie. W wirze przeżyć, ekstazie istnienia trudno jest bowiem objąć umysłem to, co stanowi jego esencję.
Rozmyślaniom o kresie towarzyszą rozważania natury, i tu wypada użyć tego słowa: metapoetyckiej. To, co wydaje mi się najciekawsze w tym tomie, to właśnie refleksja o tworzeniu zawarta w cyklu tekstów, których podmiotem, a zarazem przedmiotem jest sam wiersz. Autor rekapituluje w nich swoje poglądy na temat języka, zaznaczając, że szczególnie dojmującym, co oczywiste w przypadku poety, jest problem słabnącej mocy języka – kodu, którym w wyrafinowany sposób pozwala porozumieć się ze światem. Z przymrużeniem oka opisuje postępującą afazję, przeprowadza remanent słów, a o języku mówi z prawdziwą czułością, antropomorfizując go i wyposażając w zdolność myślenia; w jego ujęciu przestaje on być tylko kodem, a staje się niezależnym, mentalnym bytem:

[...] słowa nie do wypowiedzenia,
słowa stające kością w gardle,
słowa, które zagłuszamy w sobie od lat

język ich się boi, nie dopuszcza do głosu,
a my z zasznurowanymi ustami
zabierzemy je do grobu

(Tabu języka)


Perspektywa kresu wzmaga w poecie potrzebę przeprowadzenia rozrachunku ze słownikiem, gdy natrętnie dają o sobie znać leksemy zapomniane i te, które nazywają nigdy niezaakceptowaną, obcą rzeczywistość:

[...] mocuję się też ze słowami, których nie rozumiem

na przykład: debet, eutymia, trychotomia,
triumf, zbawienie, purpurat

(Słowa)


Sporo uwagi poświęca w tym tomie także naturze poety i „osobowości” wiersza, który – upersonifikowany czy też tożsamy z jego autorem – manifestuje swój narcyzm (choć przecież nigdy się do tego nie przyzna). Jednak, jak z serdeczną ironią zauważa poeta, zdumiewające jest, że tak niewiele trzeba, by artysta poczuł się spełniony: „potęga wiersza jest oczywista,/ trzeba tylko trafić na spragnionego człowieka” (Potęga wiersza).
Lata twórczych zmagań doprowadzają do wniosku, że niestety, większość wysiłków idzie do kosza, że wiersze, dotknięte ułomnością, muszą być skazane na eutanazję przez samego twórcę i tylko te dobre są nieustępliwe „nie dają się przegonić” (Klęska wiersza). Poeta kwestionuje tu topos nieśmiertelności artysty i jego dzieła. Wyraża ambiwalentną refleksję o wielkości, ale też ulotności słów, przeczuwa raczej ich marność niż nieśmiertelność. W Wierszu agnostycznym, stopniując wynikające z nasuwających się skojarzeń napięcie, budzi namysł nad niepojmowalną nicością („kiedy już zrozumiemy, dalej nie rozumiemy niczego”). Ta z pozoru lekceważona przyszłość poza kresem jest jednak frapująca, wywołuje jakiś trudny do nazwania niepokój:

myślę, że na końcu będą muśliny
albo mgła [...]
potem otworzy się niebo [...]
a jeśli otworzy się piekło?

(Muśliny)


Ta napisana językiem nieaspirującym do tonów wysokich książka pod wspomnianym kostiumem groteski ukrywa próbę całkiem poważnego zmierzenia się z nieodwołalnie nadchodzącą niewiadomą. Każdy powinien taką próbę podjąć, Leszek Żuliński przeprowadza ją, co istotne, w momencie gdy potrafi jeszcze dać rzeczom właściwe imiona, gdy stać go jeszcze na uśmiech, mimo przeczucia nieuchronności wyroków natury.
A może człowiek kultury, poeta uczony, swobodnie i z wdziękiem pląsając z Panią Mors, potwierdza myśl Epikura, że nie należy jej się bać, bo przecież czym może być dla nas, skoro tak naprawdę nigdy jej nie spotkamy? Swój intymny, a przecież nietrudny do zuniwersalizowania stosunek do niej przedstawia z perspektywy kogoś, w kim dokonał się (lub dokonuje się wciąż) cud ustąpienia mroku przed światłem. Oswajaniu tego przejścia towarzyszą wspomnienia jeszcze nie tak dawnych uniesień, szaleństw, namiętności, które pozwalają z błogim poczuciem spełnienia przymierzyć się do zamknięcia ostatniego rozdziału. Aspektem odchodzenia jest również, jak się okazuje, doświadczanie antynomii: grawitacji i lewitacji, sacrum i profanum; to karkołomny taniec na linie, która prowadzi od ars vitae do ars moriendi.
Poeta konstatuje, że śmierć ma tylko wtedy sens, gdy zanikamy totalnie. Pokazuje też, że jej bliska perspektywa uwrażliwia na detal, którego kontemplacja może odwracać uwagę od tego, co się ponad wszelką wątpliwość z jednej strony oddala, a z drugiej – przybliża. Im bliżej kresu – artykułuje wyraźnie – tym bardziej prawdziwa wydaje się analogia pomiędzy naszym życiem a jednodniowym losem jętki.
To oczywiście tylko niektóre z zarysowanych tu problemów. Trudno jest w krótkim tekście dotknąć całego bogactwa kulturowych skojarzeń, aluzji, cytatów, gier z formą, treścią, wątków, które zgromadził w swojej niedużej rozmiarami, a jednak ważnej i poruszającej książce Leszek Żuliński.
Na koniec jeszcze jedno – perspektywa piekła istnieje. Przeczuwa ją agnostyczny umysł i między wierszami prześwietlającymi mrok, wyraźnie to sygnalizuje.

 

Anna Dominiak

Poprawiony (środa, 22 marca 2017 07:55)