Start Recenzje i omówienia Zaprzeczanie światłu. O nowej książce poetyckiej Czesława Sobkowiaka

Zaprzeczanie światłu. O nowej książce poetyckiej Czesława Sobkowiaka

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Czesław Sobkowiak, Kilka wierszy, nakładem własnym, Kraków 2016, 54 s.

Czesław Sobkowiak to autor przenikliwych diagnoz, stawianych na gruncie niewymuszonej, zdawać by się mogło, od niechcenia prowadzonej obserwacji. Cenię spokojny, niekrzykliwy nurt jego prozy, w której zapisuje swoje arcycelne, acz niearbitralnie formułowane spostrzeżenia. W poezji cechowało go dotąd dążenie do przeniknięcia realnego wymiary rzeczy, a opisy stanowiły nierzadko asumpt do próby dotknięcia tego, co kryje maska rzeczywistości. Wiele takich obrazów spotykamy w obszernym zbiorze Światło przed nocą, który przesiąknięty jest czułością do zwyczajności i wrażliwością na nieoczywiste piękno świata.

„Nie był dla poety ten rok” – taka konkluzja otwiera ostatni zbiór poezji zielonogórskiego twórcy, wydany w krakowskiej oficynie w nakładzie zaledwie 40 egzemplarzy. Czytam tę frazę jako klucz do zrozumienia zawartości Kilku wierszy – tomu, w którym zauważamy wyraźne przesunięcie akcentu z tonacji jasnej na ciemną. Poeta odchodzi od tak dla niego charakterystycznej, mocno obecnej w poprzednich zbiorach afirmacji życia. Zapisane tu nastroje można pojmować jako naturalną konsekwencję zmiany postawy mówiącego podmiotu. Można odnieść wrażenie, że podjął wreszcie próbę nazwania po imieniu własnych rozczarowań i klęsk, jakby przestał poszukiwać tego, co tak łatwo zauważał w poprzednich tomach. Ironia i refleksja wzięły tu górę nad wcześniejszymi zachwytami. Bohater Sobkowiaka uświadamia sobie, że życie jest tym, czym jest, i nie będzie niczym więcej. Tu już nie ma eksplorowania widzialnego poziomu bytu w poszukiwaniu złożoności kosmosu, kosmos okazał się bowiem mniej zadziwiający, niż można było przypuszczać. Pokładane w losie nadzieje nie przyniosły niczego, czego podmiot oczekiwał. Uporczywa wiara w piękno i dobro zawiodła. Poeta, pogodzony z tym, odchodzi od poszukiwania tego, co warunkuje o promienności świata. Tak jakby przyjął ostatecznie jego ponurą perspektywę:

Kiedyś czyli wcześniej niż później
Wszystkie znaki odciski i ślady
[...]
Pokaże przychylona do lustra wody twarz
Złożona w dłonie i jednak samotna


Adorowana i eksplorowana w poprzednich tomach zwyczajność konkretu jest tu elementem drugorzędnym. Poeta nie szuka już transcendencji, nie zawiesza głosu w oczekiwaniu na cud. Stało się to, co przeczuwane, złudzenia odeszły, a uczciwość wobec siebie wymaga, by i tę prawdę wyrazić. Epifanijne refreny, które tak wyraźnie wybrzmiewały w nagrodzonym Wawrzynem tomie Światło przed nocą, ucichły.
Poświadczeniem tej zmiany perspektywy są wiersze naznaczone zwiększonym dystansem i nieufnością wobec rzeczywistości. Zarysowane rozczarowania współgrają z językowo-konstrukcyjną stroną tekstów. Poeta staje się w tym zbiorze bardziej enigmatyczny, swoje spostrzeżenia ujmuje w formy naznaczone większą kondensacją i dyscypliną. Na pewno rezygnuje z ornamentyki typowej dla klasycznego liryzmu. Mniej tu leksykalnego rozmachu, więcej wnikliwości i rzeczowego skupienia. Trudno przecież mówić z euforią czy emfazą o końcu złudzeń. Załamanie jasnej wizji świata wymaga użycia innej formuły. Poeta, który do tej pory wyostrzał wzrok na jasne strony świata, przekierowuje uwagę na jego mroczne zakamarki. Dziś jedyne, co ma sens, to oswajanie opuszczonych miejsc, w których pozostały tylko wspomnienia dotyków i zapachów, a o puste ściany odbija się cisza. Poeta nie delektuje się tu już wschodami słońca, jego poranki zdają się coraz częściej tonąć w mroku. Dlatego, odrzucając pokusę upiększania rzeczywistości, zadaje pytanie:

Jednak czy można
Bez wdawania się w szczegóły
Porankiem nazwać ciemność
W której ostatnio coraz więcej
Świateł doznaje zaprzeczenia


W swoim zbiorze zamieszcza spostrzeżenia o świecie, którym rządzi miałkość, a hałaśliwe dni biegną donikąd. Jednak unika jednoznacznych konkluzji, kontestacja obserwowanej rzeczywistości nie ma formy agresywnie wyrażonego sprzeciwu, jest raczej cichą skargą: „Nie bój się życia/ Nie ma dla ciebie/ Nowych wiadomości”.
Rezygnacja z nadziei jest tu na pewno jedną z mocniej wyartykułowanych postaw. Świat, w którym doświadczamy relatywizacji wartości, w którym „błędy nieco inaczej udekorowane można pomylić z zaletami”, trudny jest przecież do przyjęcia. Poeta upomina się tu o tych, których wyrzucono za burtę, bo ich istnienie było za mało efektowne, a swoje prawdy ogłaszali zbyt nieśmiało; tęskni za czasem zwyczajnych barów, które przeminęły jak nadzieja na to, że życie jednak okaże się dobre. „Gdzie są ludzie prawdziwi i co robią” – dramatycznie pyta (W tym barze).
Niknące piękno życia, resztki jego blasku zdaje się upatrywać w sacrum natury, niespiesznych rozmowach, wspomnieniach jasnego dzieciństwa. Reminiscencje beztroskiego czasu nie są jednak tak częste, jak bywało to we wcześniejszych zbiorach. Bez wątpienia jeszcze tylko „Ciało kobiety/ Rozświetla wszelkie/ Ciemności”. Pierwiastek kobiecy jawi się niekiedy jako uszczęśliwiający, ale jakże często prowadzi też do bezdennej rozpaczy.
Nie ma już tych, których zastanowić by mogło, „do jakich krawędzi podążają zwykłe dni”. Zapisuje więc poeta także doświadczanie świata, który wyparł ze świadomości śmierć, który z cynizmem traktuje każdą głębszą myśl, w którym należy się wstydzić natchnienia, bo można być posądzonym o pozę. Trudno jest jednak, co z nieśmiałością wyznaje, wyzbyć się pragnienia czułości, na którą można czekać choćby wieczność.
W jednym z wierszy poeta przywołuje cykliczną koncepcję czasu, przeplatając jasne kadry przeszłości z przeczuciem mających nadejść komplikacji życiowych, które jednak przyjmuje z pokorą:

Wołam po imieniu psa
Którego przyjdzie mi utracić
Ojciec pracuje żeby chleb
Był na stole ale złożony chorobą
Leży na twardej ławce [...]


Można odnieść wrażenie, że zwerbalizowany w tym tomie pesymizm wezbrał w poecie, który wreszcie dojrzał do tego, żeby tę utratę nadziei oswoić. Konstatuje, że zarówno miłość, jak i śmierć, powszechnie ukazywane jako opozycje, w jego świecie są jednakowo głuche i nie odpowiadają na żadne pytania (Całe życie).
Choć „rzeczy, sny i blaski się rozpadają”, nie należy zadawać sobie bólu, stawiając niepotrzebne pytania. Może lepiej pozostać w dialogu z sobą? Pochylanie karku i czoła uszlachetniło człowieka, który zrozumiał, że trzeba przyjąć i tę prawdę. To momenty, jak mówi, „z kategorii ciężkich”, ale nic z tym nie można zrobić. Cierpienie jest jak ciało obce, które z czasem staje się naszym własnym, a piękno świata przestaje być siłą motywującą do życia (Mlecz). Radości przestają równoważyć narastający ból.
Swoją kontestację życia zamyka poeta obserwacją „głupawych mężczyzn o zasobnych portfelach i kobiet udających piękno”. Niestety, należy pogodzić się z tym, że w tym świecie szlachetne twarze i rozumiejące oczy muszą „milczeć w służebnym ukłonie”.

 

Anna Dominiak

Poprawiony (środa, 22 marca 2017 07:57)