Start Recenzje i omówienia (Wy)dziedziczenie

(Wy)dziedziczenie

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Adam Bolesław Wierzbicki, Dziedzictwo, Poznań 2016, 64 s.

Wydaje się, że poezja Adama Bolesława Wierzbickiego odnalazła już własny, autonomiczny ton, odnalazła niezamienialną z żadną inną, własną dykcję. W pejzażu współczesnej polskiej poezji, pejzażu cokolwiek zasiedziałym przez retorycznych matuzalemów, wiersze Wierzbickiego, pośród wtórnej nadprodukcji, przyciągają uwagę swoim autentyzmem i bezpretensjonalnością.

W najnowszym tomiku pt. Dziedzictwo Wierzbicki w budowaniu świata przedstawionego zastosował paradoksalną formułę poetyckiej wypowiedzi: „co można pokazać, tego nie można powiedzieć” (Ludwik Wittgenstein). Rzeczywistość jest obecna, empiryczna, sensualna, lecz nie kończy się na samej sobie – każda rzecz, każde zjawisko, każde wydarzenie obserwującemu je podmiotowi daje zawsze coś więcej do myślenia, coś więcej do przeżycia, coś więcej do wypowiedzenia o tym, co się widzi.
Nawet najprzenikliwszy obserwator stwierdza ostatecznie, że w tym, co obserwowane, przemyka pewna nieuchwytna, wykraczająca poza materialność prawda. Jeśli tym obserwatorem jest poeta, dla którego podstawowym instrumentem komunikacji pozostaje język, to właśnie w momencie jego użycia uświadamia on sobie, jak wiele z tego, co widzi, jak wiele z tego, co doświadcza, jak wiele z tego, co próbuje opisać, pozostaje niewyrażalne.
Są dwie postawy twórcze wobec tej n i e m e j mowy, z jaką mierzy się poeta: pierwsza zatrzymuje się na samych właściwościach wypowiedzi, penetrując jej naturę i zakres (poezja lingwistyczna, awangardowa, eksperymentalna), druga zaś „zgadza się” na komunikacyjny impas języka, równocześnie poszukuje w poetyce takich ekspresyjnych szczelin, poprzez które można byłoby nawiązać bardziej bezpośredni kontakt z otaczającą nas rzeczywistością (poezja klasyczna, referencjalna, opisowa).
Tę drugą postawę reprezentuje w swoich wierszach Wierzbicki. Znamienne, że znalazło się paru krytyków, którzy jego poezję określają jako reporterską (M. Hałaś, S. Waszut), co wydaje się pewnym spłyceniem ethosu wypowiedzi, w której autor poszukuje nie tylko odpowiedniego wyrazu dla tego, co go otacza, ale nade wszystko ersatzu odpowiedzi na pytania: kim jest i gdzie jest.
Tutaj dar reporterski, narracyjny zostaje wyparty przez fundamentalną kwestię egzystencjalną: spór o własną tożsamość. To, co powszechne, i to, co indywidualne, rozwidla się w perypetiach życia, aby znowu spotkać się na wyższym, afirmacyjnym poziomie Ja wobec siebie samego i wobec świata.
Oczywiście ów proces nie dokonuje się bez bólów; żaden imperatyw nie jest raz na zawsze dany, trzeba go zdobywać każdego dnia, trzeba go zdobywać każdym poszczególnym wersem. Inaczej nasza obecność nie zostałaby nawet poddana próbie określenia.
Obserwacja/widzenie/patrzenie, emanujące z wierszy Wierzbickiego, potwierdza pragnienie rozpoznania współistnienia Ja – inne, a zarazem odrębności wypowiedzi językowej wobec świata, która zawsze występuje w odniesieniu do pewnej, ustalonej już wcześniej, formy życia. Toteż swoistość postawy autora polega na tym, że nie gapi się on na to, co jest, lecz podejmuje aktywny dyskurs z rzeczywistością, mając na uwadze ukazanie sedna danych zjawisk, w jakie uwikłane są relacje międzyludzkie, międzypokoleniowe czy międzyetniczne.
Już tytuły części, składające się na cały tom, wskazują na relacyjno-dialogiczny charakter wielu wierszy: To już było, To, co nas otacza, Moje miejsce, A to Polska właśnie, Spojrzenie za siebie. Tropy wiodą od tradycji po współczesność, demitologizują i demistyfikują patos, egzaltację oraz instrumentalizm pamięci tak w wymiarze osobistym, jak i w wymiarze pewnej określonej wspólnoty, zapętlonej moralnie, deklaratywnie i koniunkturalnie.
Trzeba nie lada odwagi oraz ambicji, aby sięgać po tematy trudne, kontrowersyjne, tragiczne. Wierzbicki czyni to, unikając tromtadrackich tonów, głosem ściszonym, osobistym, lecz silnym. Językiem wyraźnym, prostym, ascetycznym, skoro wie, że tylko w ten sposób można coś powiedzieć.
Cała groza, cierpienie, straszność „zwyczajnych” dni za okupacji, znajduje się w wielu utworach pod samą podszewką słów:

Pamięci babci Józefy i dziadka Władysława

Dziadek nie kazał rozpakowywać
babce kufrów i tobołków. Na żniwa
wrócimy do domu, tylko zrobią porządek
z banderowcami – mówił. W obawie
przed cwaniakami z centralnej Polski,
udającymi Wherwolf, krowę żywicielkę
trzymał przywiązaną do kaflowego pieca
w największej izbie murowanego domu.
[...]
17 II 2008
(Dziedzictwo, s. 7)


Albo:

Dziadek, ruszając na wojnę, obdarzył babkę
prezentem,
który urodził się dziewięć miesięcy od jego wymarszu.
Babka poiła go wywarem z konopi, aby spał
spokojnie
(wówczas z włókien konopi robiono powrozy
do uprzęży,
za ich uprawę nikogo do więzienia nie zamykano –
dla poprawy nastroju preferowano okowitę).
Później szła na cały dzień w pole, hakać ziemniaki.
Po zbiorach przerabiała je na samogon, będący
w tych
niepewnych czasach uniwersalnym środkiem
płatniczym.
[...]
12 I 2013
(Ballada o żołnierzu zapomnianym, s. 9)


Wygnanie, uchodźstwo, tułactwo to figury naszej historii, naszego dziedzictwa, u Wierzbickiego sprowadzone do niemal literalnego denotowania, zyskują na nowej, sensualnej sile wyrazu. Dołącza do nich pamięć o żołnierzach wyklętych (Krew na pułtuskim bruku) czy pełna sarkazmu wypowiedź o byłym kapitanie Służby Bezpieczeństwa (Herostrates polski) – gdzie implicite zostają przywołane ofiary zbrodniarza:

A jednak przejdę do historii – pomyślał, wychylając
kolejną setkę wódki. Piłat też trafił do Składu
Apostolskiego, mimo że przyczynił się do śmierci
Jezusa Chrystusa.
19 III 2013
(Herostrates polski, s. 13)


W części To, co nas otacza Wierzbicki swoim ciętym, lapidarnym, bezkompromisowym językiem, obnażając duchową gangrenę interpersonalnych sytuacji, celnością i przenikliwością przywodzi na myśl szyderczo wyrażające się o społeczeństwie wiersze Ratonia, Bursy, Wojaczka. Jego kompromitujące hipokryzję oraz potwierdzające wzajemną/międzyludzką destrukcję spostrzeżenia, trafiają w samo sedno zjawiska, nie pozostawiając złudzeń: człowiek w polskim kapitalizmie znajduje się w „podróży do kresu nocy” (Celine). Potwierdzają to „chłopaki z robotniczych przedmieść”, którzy „pracują u magistra marketingu,/ aktualnie robi gdzieś w zielonej Irlandii/ na zmywaku” (Poniedziałkowy toast, s. 21-22); kibole, którym odwołano mecz, dlatego „nie poleje się krew. Nie pójdą/ w ruch noże, łańcuchy i kije/ baseballowe” (Wiadomość dnia, czyli temat zastępczy według TVN, zresztą Wielkiego Manipulatora, s. 23); kobiety decydujące się na aborcję i rezygnujące z niej w ostatniej chwili: „Pani T. nie przeczyta tego wiersza,/ wydrukowany jest zbyt drobną czcionką./ Brakuje też oznaczeń dla niewidomych,/ jakie posiadają banknoty euro,/ ale zawsze może poprosić o przysługę/ swoją córkę (tę, którą »chciała spuścić w kanał«)” (Najpiękniejszy uśmiech świata, s. 24-25); „stare młode wilki”, które „stojąc na rogu ulicy,/ będą prosić o dorzucenie/ pięćdziesięciu groszy do wina –/ najtańszego z tanich” (Młode wilki, s. 26-27); Mały Książę, czyli notoryczny pijak, który „tylko wtedy, gdy pije, może na chwilę zapomnieć,/ że ma żonę kurwę i syna narkomana” (Pijak, czyli powtórka z Małego Księcia, s. 28). Czy coś pozostanie z tego pejzażu klęski poza wołaniem o pomoc? Owszem, Gorzkie owoce, ale ten poetycki majstersztyk pozostawiam czytelnikom do przeczytania w całości (s. 29). Wierzbicki nokautuje ironią!
Wiersze z Mojego miejsca tworzą aurę reminiscencji oraz perseweracyjnych powrotów do małej, ale ważnej przestrzeni „u Pana Boga za piecem” (Zapomniana wioska, s. 35). Topos dzieciństwa jako Arkadii, mitycznego „onegdaj”, u Autora staje się anty-Arkadią. Rustykalny krajobraz, mimo że pozostaje już tylko sztafażem pamięci, przechowuje w sobie jednak pierwsze najważniejsze impulsy: dobra, bezpieczeństwa i spolegliwości. Ocalenia identyfikacyjnej tajemnicy braku: „Z chlebowego pieca/ w sobotnie popołudnia/ już nikt nie wyciąga/ gorących bochenków chleba.// W pobliskim strumieniu/ nie pierze się bielizny kijankami./ I nikt nie prasuje żelazkami na dusze” (Wieś, która odeszła, s. 34).
W części A to Polska właśnie stoimy w kolejce do „poradni psychiatrycznej”, gdzie „wszyscy są/ sobie równi, połączeni niewidocznymi więzami/ piętna choroby. Tylko tutaj nikt ich nie// wytyka, dotykając palcem czoła, nie wyzywa/ od wariatów. Towarzystwo wzajemnego wsparcia/ doradza, jak wyjść z depresji, pokonać nerwicę// i schizofrenię” (Ogonek po nadzieję, Z cyklu: Kolejki polskie, s. 49). Nic dodać, nic ująć. Signum temporis.
Tom zamykają Spojrzenia za siebie, wiekuista grypsera kogoś, kto „w końcu znalazł swoje młodsze alter ego” (Lato 2004, s. 58), czyli nie tylko mentalną, ale organiczną więź z demonem, z kimś/czymś, co można pokazać, ale czego nie można powiedzieć... Bo jak opowiedzieć o zbliżaniu się obłędu wtedy, kiedy jest on tylko/aż naszym cieniem?...
Dziedzictwo Wierzbickiego coś przysłania i chroni, a zarazem coś odsłania i wystawia na niebezpieczeństwo; znajduje się na krawędzi widzialności, skąd jeszcze można powrócić albo pożegnać się na zawsze.

Bogdan Nowicki

Poprawiony (czwartek, 02 marca 2017 12:03)