Start Recenzje i omówienia Hilary Gwizdała – poeta koloru

Hilary Gwizdała – poeta koloru

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Hilary Gwizdała – Malarstwo, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze 15.04-2.06.2016 r., kuratorzy: Leszek Kania, Aleksander Czerniewicz

To sztuka zgnębić siebie i nie iść na dno
– sentencja wymalowana przez Hilarego Gwizdałę na ścianie jego pracowni.
Dotychczas znałam twórczość Hilarego Gwizdały jedynie z czterech obrazów znajdujących się na ścianach w muzealnym gabinecie – miejscu mojej pracy. Są to pejzaże zielonogórskie i jeden łagowski, bardzo poetycki, przywołujący wspomnienie moich częstych wizyt na zamku joannitów. Okazji do poszerzenia wiedzy o całokształcie dokonań malarza dostarczyła monograficzna wystawa ukazująca znaczną część jego dorobku, zorganizowana w Muzeum Ziemi Lubuskiej w 2016 r. Wernisaż odbył się 15 kwietnia, dokładnie w dniu setnych urodzin artysty. Tłum gości przybyłych na to wydarzenie zaświadczył o niesłabnącej popularności twórcy, lecz poza tym prawie uniemożliwił mi bliższą kontemplację eksponowanych prac. W trakcie uroczystego otwarcia wiele mówiono o barwnej osobowości Hilarego, jego charakterystycznym wyglądzie i artystycznym image’u. Niespodzianką okazało się nagranie jego głosu, dokonane przed laty przez red. Konrada Stanglewicza z Radia Zachód.

To właśnie w Zielonej Górze (na przełomie lat 1966/67) odnalazł Gwizdała swoje najprawdziwsze powołanie i życiową pasję, jaką było malowanie obrazów. Całkowicie poświęcił się sztuce, będąc już dojrzałym człowiekiem, mając skończone 50 lat, pozostawiając za sobą małżeńską stabilizację i pracę nauczyciela. Zdecydował się na skromną egzystencję w małej pracowni na poddaszu kamienicy przy ulicy Sowińskiego, gdzie odwiedzali go najbliżsi koledzy należący do ówczesnej bohemy miasta (Klem Felchnerowski, Andabata – Henryk Ankiewicz, Jan Muszyński), ale także i mali przyjaciele: koty, synogarlice, a nawet myszy. Dzisiaj nic już nie zostało z magicznej aury tego miejsca, dom jest opuszczony, niemal popada w ruinę, lecz na szczęście jego atmosfera została uwieczniona w tekstach Andabaty, Muszyńskiego, Zbigniewa Ryndaka, Tadeusza Sojki, Mirosława Kuleby, a niedawno także przez Alfreda Siateckiego. W pamięć zapadła mi szczególnie niewielka książeczka autorstwa H. Ankiewicza pt. Szachy w Łagowie, w której wesoła kompania malarza i jego kumpli opisana została w sposób anegdotyczny i soczysty, a przez to pozbawiony patosu. Dzięki Czesławowi Łuniewiczowi, który utrwalił na swoich fotografiach sylwetkę i patriarchalne oblicze Gwizdały, wizerunek tej nietuzinkowej postaci stał się dla mnie bardziej pełny i wyrazisty.
Na potrzeby wystawy jej organizatorzy na łamach lokalnej prasy i w internecie wystosowali prośbę o wypożyczenie dzieł Hilarego Gwizdały znajdujących się w prywatnych kolekcjach. Właściciele zdejmowali obrazy wprost ze ścian, niechętnie się z nimi rozstając. Akcja przyniosła jednak wymierny rezultat w postaci najstarszej pracy malarza, sygnowanej w 1938 r., podarowanej do zbiorów muzealnych przez mieszkankę Winnego Grodu. Jest to portret ślubny – monidło odwzorowane ołówkiem ze zdjęcia. W ten sposób młody Gwizdała mieszkający wówczas w Poznaniu zarabiał na życie jeszcze przed podjęciem studiów. Dzięki synom artysty – Markowi i Jackowi – na wystawę trafił rysunek z czasów okupacji pt. Pochód, o symbolicznej raczej wymowie.
Kuratorzy zdecydowali się podzielić dorobek Gwizdały na cztery grupy: prace wczesne, martwe natury, portrety, pejzaże. Widać w nich konsekwencję obranej drogi artystycznej, zapoczątkowanej pod okiem czołowego polskiego kolorysty – profesora Jana Cybisa – w warszawskiej ASP. Gwizdała nie zważał na trendy panujące w malarstwie, jego przywiązanie do wyrazistej malarskiej materii i mistrzowskie posługiwanie się kolorem wyziera z każdego niemal płótna. Świadczy to o dyscyplinie i świadomości aktu twórczego, jednakże poziom zaprezentowanych na wystawie prac był nierówny. Wydaje się, że niektóre malowane były w pośpiechu – widać to szczególnie w portretach, wyraźnie robionych na zamówienie. Najszczersze wydają się liczne autoportrety, które Gwizdała malował przez cały okres pobytu w Zielonej Górze. Jak napisał Leszek Kania w katalogu wystawy: „Malarz wychodził z założenia, że własne oblicze jest najlepszym modelem”.
Martwe natury autorstwa Gwizdały również mają zróżnicowaną jakość, najczęściej przedstawiają przedmioty z pracowni i najbliższego otoczenia: zakurzony filodendron lub samowar. Rozstrzygnięcia barwne mają tu pierwszorzędne znaczenie, gdyż malarz, wzorem swojego mistrza, prof. Cybisa, chciał być przede wszystkim „poetą koloru”, rezygnując z literackości i symboliki.
Najbardziej wartościowe w całokształcie dorobku artysty wydają się pejzaże. Podzielono je na dwie grupy. Pierwszą stanowiły obrazy inspirowane pięknem Ziemi Lubuskiej. Artysta chętnie podróżował po miejscowościach regionu, malował na przykład w Sławie, Łagowie, Międzyrzeczu, Gorzowie i w Niesulicach, gdzie bywał wielokrotnie zapraszany do domu letniskowego Tadeusza Sojki. Okazuje się, że temat tak pospolity, jak niesulickie rożno wiejskie, może być pretekstem do namalowania interesującego obrazu. To, co emanuje z pejzaży Gwizdały, to niesłychany autentyzm przeżyć artystycznych poparty malarskim instynktem i wrażliwością, które pozwalały mu wielokrotnie sięgać po te same motywy. Widać to szczególnie w pracach inspirowanych Zieloną Górą. Architektura miasta z jej charakterystycznymi elementami: ratuszem, kościołami, kamieniczkami, to podstawowy motyw wielu dzieł. Wygląd miasta jest tutaj osobistą wizją autora, nieco baśniową, przekolorowaną, lecz łatwo rozpoznać uwiecznione fragmenty miejskiej zabudowy. Poszczególne kompozycje przemawiają pięknymi zestawieniami i natężeniami barw, urozmaiconą grą faktur. Wiele uwiecznionych miejsc już nie istnieje, więc obrazy Gwizdały w tym kontekście mają wartość dokumentalną.
W wymiarze artystycznym, ale przede wszystkim popularyzatorskim, wystawa spełniła swoją rolę. Ekspozycja ukazała twórczość Gwizdały w sposób spójny i logiczny, lecz jednocześnie dało się zauważyć zróżnicowanie poziomu prezentowanych prac: od znakomitych i skończonych pod względem malarskim pejzaży, po niekiedy słabsze portrety i martwe natury. Jednak szczerze przyznam, że do serca najbardziej przypadł mi obraz z tej ostatniej kategorii, a mianowicie wizerunek nieco koślawego czarnego kocura o szmaragdowych oczach, siedzącego na parapecie okna pracowni Gwizdały, ze słynną „amerykanką” na pierwszym planie, na której Hilary zwykł sypiać (Wnętrze z kotem, 1975).
Reprodukcja tego obrazu zamieszczona została w katalogu wydanym specjalnie z okazji wystawy. Przede wszystkim publikacja ta jest cenna ze względu na swoją stronę edytorską oraz sam pomysł na jej stworzenie, gdyż niewiele tego typu książek zostało poświęconych zielonogórskim plastykom. Jest to właściwie kompendium o artyście, wzbogacone wyborem tekstów dotyczącym jego twórczości oraz bogatym kalendarium. Co warto dodatkowo podkreślić, kuratorzy wystawy dotarli do zupełnie nieznanych zdjęć i unikalnej ikonografii. Kiedy myśli się o Gwizdale, to wyobraźnia przywołuje jego długie siwe włosy i zmierzwioną brodę, tymczasem na fotografii z lat 40. XX w. młody Hilary pozuje niczym przedwojenny dandys, elegancki, z sygnetem na palcu i żarzącym się papierosem. To zdjęcie zaskakuje widza, który ogląda je po raz pierwszy.
Ćwierć wieku minęło od śmierci „nadwornego malarza” Zielonej Góry, dlatego też warto by w końcu uhonorować jego osobę i dokonania w postaci trwałego elementu w przestrzeni publicznej miasta, które tak ukochał i promował. Możliwości jest sporo: tablica pamiątkowa na domu przy ulicy Sowińskiego, pomnik lub nawet nazwanie ulicy jego imieniem. A może Hilary Gwizdała chciałby dosiąść się do Stolika Klema?

 

Alina Polak

Poprawiony (czwartek, 02 marca 2017 11:21)