Start Recenzje i omówienia Zapisywanie śladów

Zapisywanie śladów

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Mirosława Szott, Anna, Towarzystwo Przyjaciół Zielonej Góry „Winnica”, Zielona Góra 2015, 64 s.

Druga książka poety jest zawsze bardzo ważna, bo po niej poznajemy, czy idzie swoją drogą dalej, czy potwierdza talent. I tak też jest ze zbiorkiem Mirosławy Szott pt. Anna. Debiutancka książeczka pomiary Zamku (2013) to były po prostu wiersze różne, świadczące o rodzeniu się wrażliwości, podyktowane zmiennością impulsów, doświadczeń, pomysłów i przedmiotów. Natomiast wzmiankowany wyżej tomik, następny już, ściśle określa determinacja i precyzja zrealizowania twórczego zamysłu, polegającego na wypełnieniu własnym słowem dość dokładnie zarysowanego pola obserwacji. Bez tych postanowień napisanie zbioru Anna, poświęconego w całości niedawno zmarłej Annie Tokarskiej, byłoby niemożliwe.

Książka Mirosławy przyczynia się do stworzenia legendy lubuskiej poetki, autorki Portretu z ptakiem. Jest trochę jak akt założycielski, co można docenić. Może za wcześnie na charakteryzowanie tej zaczynającej się dopiero drogi literackiej, ale zwraca już w tej chwili uwagę doza językowej odpowiedzialności za wypowiadane słowo. Jego precyzję i zwięzłość. Tym razem mamy do czynienia z czymś w rodzaju małych, krótkich próz poetyckich. I ta forma wydaje się tu być właściwa, trafna, gwarantująca odpoetycznioną retorykę, więc pewnie sama się narzuciła. I w niej pomieścić się mogła realna fabuła, determinacja, złożona z wielu, przywoływanych i zapamiętanych, prozaicznych zdarzeń, epizodów, w których centrum znalazły się przedmioty, rzeczy, drobiazgi, zapiski na kartkach, nagrania głosu – wszystko to, co właśnie zostało po poetce Annie Tokarskiej. W taki to sposób nabrał realności (przy pomocy różnych rekwizytów) wewnętrzny proces odpamiętywania życia Anny Tokarskiej. Wyziera z niego znikomość, drobność, nietrwałość egzystencjalna. Ale jednak niekoniecznie znikomość w poetyckim ujęciu. Nawet gdy są przywołane urywki życia, fragmenty biografii, ślady, znaki, to towarzyszy im wyjątkowość i ostateczność ludzkiego losu. Ten zabieg decyduje, że utwory M. Szott mają legendotwórczy paradygmat. Nie są więc jedynie katalogową rejestracją rzeczy. Każde słowo i zdanie chce zbliżyć się jak najpełniej, najbliżej do fenomenu i „tematu” – „Anna”.
Wysiłek literackiego „wskrzeszania” ma znaczenie, jego podłoże jest mocno afektywne, a więc można się zastanowić, jak dalece, w jakim stopniu, chodzi tu o ocalanie śladów po Zmarłej (a w śladach jej samej), a w jakim bardziej o emocje piszącego podmiotu. Szott, co widać, pisze pod presją silnego przeżycia. Wręcz rzuca się na każdy przedmiot, który z Anną ma związek, nawet gdy jest to klamka u drzwi. Odkrywa, analizuje i opisuje to wszystko jak rewelację. Jak coś, co zdobywa dla siebie. Takie zadanie i gotowość patronuje tej książce. Jej treść dzieje się „między jej i mojego słowa zniknięciem”. Anna jest próbą pamiętania za wszelką cenę śladu życia, jest rejestrem relacji między dwiema osobami, wyobrażania sobie jakichś wspólnych sytuacji, jest świadectwem podmiotowego zdumienia po odejściu Anny, mieszkającej niedawno na poddaszu. Śmierć owiewa aura tajemnicy, bo „nie mieliśmy szansy jej pożegnać”. Jest jakaś w notatkach niezgoda (skrywany ból) na nagłe zniknięcie człowieka. A z drugiej, zarazem zmierzenie się z sekretem konkretnego życia, oczywiście na ile jest to możliwe, które warto w pośmiertnych resztkach odgadywać. Wszystko tu jest fragmentem biografii, bo przecież nie jej kompletnością. Chodzi o to, by coś nieprzemijającego zobaczyć w wyglądzie zgiętej kartki, w śladach i kształcie liter, notatkach, rachunku z pralni, w grzebieniu, ołówku, wyrwanej z drzwi klamce, w epizodycznych spotkaniach. Coś ważnego, aktualnego. To śmierć, a nie nic innego (tak właśnie bywa) sprawiła, że prywatne rzeczy codziennego użytku po człowieku (po Tokarskiej) nabrały szczególnego znaczenia, wręcz uzyskały walor wartości symbolicznej. Zostały dowartościowane przez Szott, czasem wygrzebane ze śmietnika, czasem znalezione na strychu, a mówiąc dokładniej: w ostatniej sekundzie wyrwane z unicestwiającej paszczy otchłani. Nie umarły, jest w nich jakby życie, objęte opisującym słowem, nie utraciły znaku niedawnej przynależności. Tylko one zostały, a w nich zawarła się jakaś emanacja człowieka. Oddech, spojrzenie, linie papilarne palców. To wszystko w nich jeszcze jest. Można przy ich pomocy wyobrazić sobie realne życie, które się już dokonało. Po śmierci wszystko widzi się inaczej, to samo już nie jest to samo, natychmiast odrealnia się doraźna użyteczność. Po śmierci poety jego wiersze też inaczej się czyta. W słowach słyszymy to, czego nie słyszeliśmy wcześniej, albo nie umieliśmy usłyszeć. I w tym momencie nie jest już istotne, jaką to wszystko ma rangę. Może być czymś znaczącym błaha kreska, pusta kartka, pustka zgięta na pół, „próba niebieskiego długopisu”. Ważny jest dla M. Szott ten wysiłek i pasja ocalania. Zielonogórska poetka mieszkała bowiem przez kilka lat w tym samym domu, w tej samej klatce, przy Placu Słowiańskim. Szott rozmawiała Tokarską, bywała w jej mieszkaniu, piętro wyżej, na poddaszu, pukała do jej drzwi, czekała na autograf, dzielił je pokoleniowy rozdział, ale łączyła też prosta ludzka zwyczajność codziennej egzystencji. I teraz Szott czuje się za ten ślad cudzego życia odpowiedzialna. Przy pomocy swoich tekstów (dobrze, że nie ma ich za dużo) dokonuje Mirosława mitologizacji, czyli szczególnego zabiegu uczłowieczenia. Aurą poetycką je osnuwa, czułością i wzruszeniem wielorako stara się wypełnić. Metafizycznie, moralnie, psychologicznie. Tworzy z każdym przedmiotem jakiś swój refleksyjny związek. Ważne, że nie czyni tego rozwlekle. Lecz skrótowo. Na przykład zdanie o różańcu po Annie: „Niech przyszli lokatorzy martwią się, co z nim zrobić”. Taka to sprawcza moc tkwi w dodanej refleksji i poezji, która nie pozwala materialnym śladom ginąć w anonimowości. Za sprawą tych kawałków prozy, niekiedy wychodzących poza realistyczną wyrazistość i jasność semantyczną (s. 49) jesteśmy uczestnikami dramatu, który się dokonał nie w sferze fikcji, ale w realnej rzeczywistości. Detalicznie widzimy skończoność, daremność ludzkiego losu, rozpaczliwie bezpowrotnego. Wzruszające jest objęcie autorskim spojrzeniem owego biograficznego mikroświata, np. kota Anny – Balbiny.
Można rzec, że heroiczny jest liryzm tej książki. Uwidacznia cechę autorskiej dzielności. I dodam jeszcze, że wbrew temu, co powiedziano, np. podczas autorskiego spotkania w Bibliotece, i co sama poetka na początku książki jakoś sygnalizuje („Został mi opis śmietnika”), nie jest to opis śmietnika. Tu nie ma brzydoty. Rzeczy Anny Tokarskiej były z niego sporadycznie wydobywane, ale nie taka to estetyka, nie taka filozofia. Nie tworzy Mirosława Szott klimatu turpistycznego rodzaju, lecz legendę Anny Tokarskiej, legendę lokalnie ważną dla życia literackiego w naszym mieście. Ta liryczna dokumentacja zawiera bowiem owo literackie coś więcej.

 

Czesław Sobkowiak

Poprawiony (czwartek, 02 marca 2017 07:52)