Start Recenzje i omówienia Pamięć? Wejście poety...

Pamięć? Wejście poety...

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Jerzy Szewczyk, Pamięć nie wystarczy, Stowarzyszenie Jeszcze Żywych Poetów, Wyd. MAJUS, Zielona Góra 2014, 60 s.

Jerzego Szewczyka nie trzeba szerzej przedstawiać. Znany od kilkudziesięciu lat lubuskiemu środowisku kulturalnemu, ale także szerszemu ogółowi, z kilku obszarów aktywności w życiu publicznym, w krótkim okresie ujawnia kolejny raz swoją twórczą obecność. Inicjuje, przypomina, zachęca do myślenia.

Nie ujmując nic z bogatego doświadczenia życiowego i wielorakich osiągnięć, chciałbym odnieść się głównie do literackiej pasji autora. Wiąże ją z autentycznym rozkochaniem w poznawaniu świata, z ciekawym ukazywaniem jego uroków w fotografii, zgłębianiem kultury hellenistycznej, doskonaleniem znajomości języków. Jeszcze raz można się było o tym przekonać, podziwiając fotogramy i wydawnictwa na wystawie eksponowanej na przełomie lutego i marca 2015 w foyer WiMBP im. C. Norwida w związku z 55-leciem jego pracy zawodowej i działalności społecznej. J. Szewczyk od wielu lat sięga po pióro jako narzędzie przekazu. Z czytelnikami „Pro Libris” dzielił się wrażeniami ze swoich dalekich podróży, przedstawiał bardzo bliskie mu sprawy greckiej emigracji w Polsce. Z należnym znawstwem problemów wielokrotnie dowiódł, że nie obce są mu sprawy miasta i regionu, jest częstym gościem na łamach lokalnej prasy. Należy do najaktywniejszych uczestników lubuskich spotkań literackich. Swoje książki prezentuje zawsze w oryginalnej celebrze, ukwieconej atrakcyjnymi ciekawostkami. W dyskusji podejmuje każdy temat, ożywia ją dociekliwymi pytaniami i pogłębionymi refleksjami.
Czynny udział J. Szewczyka w wydarzeniach społecznych i kulturalnych, jego niespotykana pracowitość i nieustająca dociekliwość w odkrywaniu siebie i otaczających zjawisk zaowocowały ciekawymi wydawnictwami. W bieżącym ćwierćwieczu ukazało się dziewięć pozycji o profilu zawodowym i ściśle literackim. Debiutował w roku 1990 opracowaniem historycznym z zakresu własnej profesji. Przedstawiany obecnie tomik poezji jest już dziewiątą książką, zaświadczającą kilkuletnie związki z płodnym środowiskiem Jeszcze Żywych Poetów. Autorskie motto, powtórzone z wcześniejszej monografii szkolnej, zagadkowo kieruje naszą myśl ku wnętrzu:

To nie jest poezja
To nie jest proza
To jest zabawa ze słowem.


I chociaż tytuł tomiku tylko w części oddaje jego zawartość, bo prawie tyle samo znacząca jest uprzedzająca „zabawa ze słowem”, to bez wątpienia prymat należy do medytacji o istocie pamięci. Tej zwyczajnej, człowieczej.
Pamięć, pamięć... Pojawia się ponownie na tytułowej okładce, jest w pewnym stopniu kontynuacją poprzedniego wydawnictwa. Przeszłość karmi się pamięcią (Wyd. MAJUS 2012) to spisane prozą wspomnienia – od lat najwcześniejszych po dzisiejszość. Autor karmi tę pamięć, przechowalnię doświadczeń i wrażeń, nostalgiczną przeszłością, przywołaniem przeżyć z lat dzieciństwa i szkolnego dorastania, złożonych losów bliskich mu postaci. A teraz oto... jeszcze przed odchyleniem okładki zostajemy znowu uprzedzeni: „Pamięć nie wystarczy”. I od razu wypada się zastanowić: o czyją lub o jaką pamięć idzie? Uniwersalną czy imiennie określoną? Komu i dlaczego ona nie wystarczy? Autor nie daje prostej odpowiedzi, skłania czytelnika do własnych interpretacji, kierując go do dwóch zasadniczych rozdziałów.
W pierwszym, o karmieniu pamięci, jako podstawę również przywołuje wspomnienia, które – jak sam stwierdza – są jak niezasychające rany. Dotykają refleksji z podróży do dalekich Indii, ożywiają ciągle niezaspokojoną tęsknotę za pięknem stron rodzinnych, za ludźmi z ukochanego Łasku, jego okolicami, rozciągającymi się w wyobraźni autora od Grabi aż po Odrę; to do nich autor wraca najczęściej. Poszukuje meandrów swojego losu w zodiakalnym zawirowaniu i w symbolice „przypisanej” mu siódemki. Własny portret rzeźbi rymem i rozświetla błyskiem dowcipu. Swoją pamięć karmi także innymi obrazami, mniej przytulnymi, jak choćby epitafiami z cmentarnych tabliczek. Ile w tym „czystej” poezji, a ile naturalnej spowiedzi? Oczekiwań od potomnych? Poetycka wizja pamięci ociera się o zrozumiałą na tym etapie życzeniowość. W wierszu adresowanym do przyjaciół, rozliczając się z samym sobą, ale i rad udzielając, wyraża nadzieję, że ci, którzy po nim zostaną, będą dobrze go wspominać. Zapewne tak się stanie, bo znany Lubuszanin na to w pełni zasłużył.
Troska o utrwalenie pamięci staje się dla Szewczyka ważną motywacją. Jeśli jest Druga strona pamięci – następny rozdział – to znaczy, że poprzednia, o której wspomniałem wyżej, była pierwszą. Nie jest to podział konsekwentny, tematycznie łączy obydwie „strony” wiele zbliżeń, podobieństw nawet. Zresztą dotyczy to także wstępnej, beztytułowej partii utworów, w której autor próbuje zbudować obraz własnego „ja” przez pryzmat doznań i wrażeń z różnych okresów życia. Wnikliwsze wgłębienie się w następne utwory pozwala jednak przyjąć założenie, że pomieszczony w tym rozdziale dorobek to przede wszystkim dania teraźniejsze do karmienia pamięci przyszłej. Rozrzut tematyczny jest tu znaczny, od tekstów osobisto-współczesnych po okolicznościowe laurki dla publicznego podmiotu. W poetyckim „pamiętnikarstwie” J. Szewczyka roi się od różnych wątków i zamierzonych domyślności, a poprzeczkę percepcyjną podnoszą komplikacje językowe, przeplatane oryginalną metaforyką, satyrycznymi przybarwieniami, nierzadko celną puentą. Na tytułową wątpliwość odpowiada sam autor na spotkaniu promocyjnym: aby zachować pamięć, potrzebne są, obok bogactwa literatury wspomnieniowej, oprócz spisanych pamiętników, także pomniki, nazwy ulic, zasoby archiwalne, wreszcie – elektroniczne nośniki i „przechowalnie” danych. Ważny dla historii i kultury wytwór ludzkiego umysłu znajduje trwale przedłużenie w fizycznym kształcie materii.
Na umowną trzecią część tomiku składają się, zebrane w odrębnym rozdziale, językowe figle. Konsekwencji i w tym wypadku nie ma – ze słownymi zabawami spotykamy się już na pierwszych stronicach. To ulubiona od lat dziedzina samorealizacji J. Szewczyka, czemu niejednokrotnie dawał wyraz, gdy nie tylko treścią, ale tytułami swoich książek wprawiał czytelnika w zakłopotanie; wystarczy przywołać takie pozycje jak Kraj obrazy (Wyd. MAJUS, 2006) czy Pistacje albo karo-seria (Wyd. Organon 2012). Twórca przyznaje się otwarcie do przekorności, gdy pisze: „słowom nadaję postać zagadki”. W kilkunastu zwierszowanych figlach autor częstuje nas sporą dawką językowego humoru, wykpiwa ludzkie ułomności, bawi się żartami z ortografii, z uporem wścibskiego badacza wyszukuje słownikowe niekonsekwencje, aby rozśmieszać, a co niektórych prowokować do dalszych penetracji, Posługuje się po mistrzowsku swoim ulubionym narzędziem – elastyczną obróbką słowa, manewrowaniem składnią zdania, rzeźbieniem wyobraźni za pomocą obrazowej przenośni. Jak sam przyznaje, swoje rzemiosło doskonali systematycznie, z zimną kalkulacją, pragnie być coraz lepszy, nie ukrywa, że strofy szlifuje wielokrotnie.
Podsumowanie dotychczasowe wniosków, wynikających z głębszej lektury prezentowanego wydawnictwa, prowadzi do uzasadnionej konkluzji: oprócz dostarczanych doznań emocjonalnych twórczość J. Szewczyka posiada również wymiar edukacyjny.
Nie sposób pominąć stosunku autora do kwestii korzystania z interpunkcji. W omawianym zbiorze niemal powszechna jest bezprzecinkowość, kropka występuje jedynie w wykrzykniku, pytajnik jest rarytasem. To wymusza większą uwagę, często powtórne czytanie, jeśli chce się pojąć sens. Jednak autor nie zawsze jest konsekwentny – przy niektórych wierszach można przypuszczać, że brak określonego znaku jest celowy, zamierzony, a już w sąsiadujących wersach – że może to być niedopatrzenie korektora. Na marginesie wspomnę, że w tomiku Między chmurą a kałużą (Wyd. Organon 2008) autor darzył pełnym szacunkiem zasady interpunkcji. Bez przesady można zauważyć, że w omawianych teraz strofach niemal wszystko zależy od przecinka. Zdania bez interpunkcji nie ułatwiają percepcji tekstu, stwarzają pole do niejednoznaczności, sens wyłania się dopiero podczas mówionej interpretacji, odtwarzania, przemiany wyrazu w słowo. Autor, jako wytrawny „zabawiacz”, jest w tym dobrze zorientowany i taką postawą nakłania czytelnika do wytężonej uwagi. Jakaś część odbiorców może tego nie akceptować, dotyczy to zwłaszcza tych spod „starej daty”, wychowanych w kulcie do wierszu składnego, rymowanego, pobudzającego do rytmu. Niestety to dzisiaj rzadkość, poezję spowiła wszechobecna białość.
Jerzy Szewczyk, inżynier o rozbudowanych zainteresowaniach humanistycznych, przyznaje w którymś z wierszy, że pisać zaczął późno, o zmierzchu, ale że jeszcze nie czas na ostatnie wiersze. Bo, jak dodaje gdzie indziej, życie go nie nudzi. To postawa zasługująca na uznanie i upowszechnienie. Zebrane w omawianym wydaniu wiersze (51 utworów z lat 2012-2014) nie są łatwe w odbiorze. Chyba dzięki temu jest to poezja jak najbardziej autentyczna i ekspresyjna, aby ją zrozumieć, trzeba się nad nią z uwagą pochylić, zatrzymać, zastanowić i – najlepiej po pewnym czasie wrócić. Nowym zbiorem wierszy J. Szewczyk wzbogaca lokalny dorobek, przysparza dumy twórcom spod „poetyckiego poddasza”, ale też nie ukrywa, że jak każda edycja, tak i ta dostarcza mu satysfakcji. Warto po ten zbiór sięgać. W wielu sytuacjach może być pomocny – gdy dopada nas nostalgia, gdy jesteśmy ciekawi oryginalnego warsztatu, mamy ochotę uczestniczyć w językowej zabawie, gdy możemy pozwolić sobie na orzeźwiający luz, gdy wreszcie przywoła nas powinność pamiętania.
Gdy odchylam okładkę ofiarowanego mi egzemplarza, oko moje zatrzymuje się na autorskim wpisie: „Nigdy nie zapomnę...” – to jakby ciąg dalszy tytułowego ostrzeżenia. Niezapominanie, „druga strona” z wnętrza tomiku, oby trwało jak najdłużej.

 

Czesław Strawa

Poprawiony (środa, 01 marca 2017 14:36)