Start Recenzje i omówienia Wymownie milczeć o sensie tej wędrówki

Wymownie milczeć o sensie tej wędrówki

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Janusz Koniusz, Na własne podobieństwo, Pro Libris, Zielona Góra 2014, 119 s.

Udawać, że nie lubię poezji Janusza Koniusza, jak i pomijać fakt, że lubię samego autora – nie ma większego sensu. Czasem ta prawda wpływa na omówienie książki, czasem nie. Pryzmat upodobań może być niewygodny – choć w tym wypadku nie czuję takiego obciążenia. Książka Na własne podobieństwo Janusza Koniusza jest przecież specyficzna – to wybór najlepszych wierszy spośród długiej poetyckiej kariery autora. Tomik, który ukazał się w 80. rocznicę urodzin Koniusza, zawiera wiersze dawne, często zmienione i poprawione oraz nowsze. Jest swoistą wędrówką, której nie zamierzam oceniać (jakbym śmiała). Wolę razem z autorem wybrać się na ten spacer po poetyckich ogrodach i zaprosić do niego innych czytelników. Ale by podróż ta była udana, zrezygnować warto ze swojego przywiązania do materii i poczuć się wolnym od balastu ciała: „Z każdym krokiem porzuca mnie ciało/ do którego przylgnąłem wszystkimi zmysłami” (s. 9), „już serce/ które dałaś mi w złotej klatce/ drapie do wrót powietrza” (s. 86).

Cielesność to przecież nasze ograniczenia, a jednocześnie nasz nośnik, obraz, nasz desygnat. Dla autora zmęczone życiem ciało stanowi codzienne wyzwanie: „Bądź mężne moje ciało o trzech wymiarach/ gdy po dziesięciu plagach egipskich/ dopadnie cię zewsząd/ czwarty wymiar/ Odejdź z podniesioną głową/ i równym krokiem/ jak na paradzie/ Niech z twojej krtani/ nie wyzionie skarga/ na odwieczny żywioł nicości” (s. 103).
Ciało wymusza myśl o odchodzeniu, stawia człowieka oko w oko z nieuchronnym: „Odcięte od pępowiny krzyku/ w milczeniu dogasa moje ciało/ poza którym nic nie istnieje/ Wzięty w krzyżowy ogień śmieci/ kurczę się/ jak embrion” (s. 105). Starość ciała zamyka w sobie młodość ducha: „Starość stworzył młodociany Bóg/ Bez doświadczenia o erę za wcześnie” (s. 30) – starość, w której nie przewidział demencji, Parkinsona czy Alzheimera. Wędrówka nasza nie będzie zabawna, nie będzie też tragiczna. Owszem – jeszcze zdążymy się potknąć o swoją łzę i runiemy sobie pod nogi (s. 9), ale także zobaczymy piękno gwiazd i zastanowimy się nad aktem stworzenia. Wiersz Nic nie było wprowadza nas w stan „przed”, gdy „czas jeszcze nie runął/ z obrotowego pieca nieba bo nieba nie było/ nie było kalendarzy zegarów rozkładów jazdy […] Nic nie było Tylko na Słowo się zbierało/ jak na urodzaj” (s. 19). Słowo wychodzi więc na plan pierwszy. Jeden z ogrodów Koniusza jest właśnie ogrodem słowa – wersu – wiersza. Poeta przemawia kodem liter, z których ułożone słowa tworzą metafory. Jednak wiersz to byt nieokiełznany, „zaledwie pomyślany/ z grzbietu zrzuca metafory/ którymi go objuczyłem/ w stajni wyobraźni” (s. 14); byt żyjący własnym życiem: „poznaje po ziarnach liter/ rozsypanych na postnym klepisku papieru” (s. 15). Poeta przeczuwał w sobie od zawsze skłonność do słowa: „Gdy dostrzegłem słowo/ przez nikogo niezakazane/ zaraz mnie wypchnięto/ na złamanie języka” (s. 11); „Od dzieciństwa się mozolę/ nad tym nienapisanym wierszem” (s. 12). Być niewolnikiem słów, ich łowcą, nawet stwórcą – nie jest łatwo. To niesie za sobą ból, smutek, czasem rozczarowanie, częściej samotność: „Zgarniam ze stołu poranne okruszyny wiersza/ i posypuję nimi śnieg za oknem/ jakbym świat do ręki przynęcał” (s. 15). Myślenie poety skupia się również wokół motywów biblijnych – to kolejny ogród – sacrum milczącego Boga z wiersza pod takim właśnie tytułem. „Od Wielkiego Wybuchu/ Bóg/ nie rzekł Słowa” (s. 20); „W ciszy kosmosu/ słychać tylko milczenie Boga” (s. 23). Koniusz Boga charakteryzuje po swojemu – to idealna pustka, próżnia o temperaturze absolutnego zera (s. 23); to abstrakt, który trzeba było jakoś zagospodarować: „Na swój obraz stworzyli Boga by nie pozostał abstrakcją” (s. 22). Świat kręci się własnym cyklem, zbrodnię popełnia kolejny Kain, którego przecież można starać się zrozumieć. „Pamiętamy jedynie ten polny kamień/ który się w jego ręku jak róża zakrwawił” (s. 27), zapominając o życiu Kaina, który miał w nim wiele zasług. Z biblijnych opowieści płynnie przechodzimy do ogrodu filozofii. Poeta podkreśla: „Bez naszej woli nie byłoby pojęć w filozofii/ dogmatów w religii/ igły z nitką” (s. 43). Przywołuje przy tym Heraklita, Sokratesa, Homera, przechodząc w końcu do postaci literackich. Witamy w ogrodzie literatury – wszystkim nam tak bliskim. „W upale i mrozie na przełaj i oślep/ idę co ciebie przez ubojnię dziejów/ gdzie tylko trupi odór” (s. 62) – to droga do Hamleta pełna egzystencjalnego niepokoju zrodzonego na podatnym gruncie wojennych przeżyć pokolenia Koniusza. Nerwowość „pod wysokim napięciem historii powszechnej” splata się z tragizmem ludzkich losów, z ciągłą gonitwą w poszukiwaniu bogactwa i władzy. W literackich światach poszczególnych bohaterów mieszają się ze sobą – uniwersalizm ludzkiego losu ze swoistą obcością bytu jednostki. Koniusz nie ocenia, nie wydaje wyroków. Czuje wspólnotę współplemienną – nosząc w sobie cały czas przekonanie, że „Będzie jakby nas nigdy nie było” (s. 69). Cokolwiek spotkamy w ogrodach tego wyjątkowego poety – będzie na chwilę tylko nasze, rozpali płomień, przy którym na chwilę będziemy mogli się ogrzać. Zachęcam do tej wędrówki. Natomiast moją uwagę na dłużej przykuwa wiersz dedykowany Łucji Danielewskiej, którego trawestacja pointy zatrzymuje mnie. Los wszystkich poetów w tej specyficznej wędrówce jest tylko jeden… i ja odczuwam go tak jak autor: „Porzuceni przez własne wiersze/ pozostaniemy samotni/ pod wielką ścianą straceń historii literatury” (s. 81).

 

Beata Patrycja Klary

Poprawiony (poniedziałek, 20 lutego 2017 08:39)