Start Recenzje i omówienia Dokumentowanie biografii

Dokumentowanie biografii

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Eugeniusz Kurzawa, Obrazki prowincjonalne prozą, Wilkanowo – Zbąszyń 2014, 239 s.

Można na własne życie (każde życie) spojrzeć poprzez pryzmat przygody i tak je próbować opisać. Przygodą są bowiem wszystkie etapy, dni i dokonania. Słuszności i błędy. Inności, np. apostazje. W przypadku autora, wywodzącego się ze Zbąszynia, na pewno można tak potraktować kilkanaście wydanych przez niego książek, zwłaszcza opublikowaną w styczniu 2014 roku, sporej objętości (240 stron), sponsorowaną przez Annę Zygułę (tylko chwalić taki gest), autobiograficzną pozycję Obrazki prowincjonalne prozą.

Jej autorem jest Eugeniusz Kurzawa – poeta, prozaik, dziennikarz (obecnie „Gazety Lubuskiej”, a wcześniej kilku innych pism na wschodnich kresach i w Polsce). Zdążyła już mieć miejsce, w Karczmie Taberskiej w Janowcu, okazała promocja tego tytułu oraz rozeszło się 100 egzemplarzy „na pniu”. I specjalnie się nawet nie dziwię, że osiągając 60-tkę, poczuł Kurzawa przemożną potrzebę spojrzenia na swoją drogę życiową, działaczowską, dziennikarską, na swoje blaski i cienie (choć zdaje się, tych blasków pokazuje więcej niż cieni) i dać temu wyraz. To dobry moment. Myślę, że to spojrzenie w przeszłość, jej wspomnienie – wszystkich zdarzeń, osób i przypadków bierze się przede wszystkim z chęci ich ocalenia. Podsumowania też siebie (każde wyliczenie, nawet spis, ma taki charakter), oceny, choć niedefinitywnej oceny, gdyż życie ciągle trwa. Mimowolnie więc w centrum uwagi tej swoistej, spisanej, jakby zarazem mówionej na żywo prozy-gawędy, pisarz stawia swoje biograficzne „ja”. Patrzy na świat przez taki narzucający mu się pryzmat. Ważne jest to, że w tych etapach ukształtowała się jego autoświadomość. Po studiach w Zielonej Górze niemal natychmiast, w czerwcu 1980, wyjechał na północno-wschodnie kresy, do Suwałk. I tam na długo osiadł, by wykonać ważną dla tamtejszej społeczności swoistą „orkę na ugorze”. Powiedziałbym, że obecnie ten fakt chyba mocno determinuje (nawet zaciemnia) widzenie szans i perspektyw jego teraźniejszego tu i teraz „na zachodzie”, w Zielonej Górze, po powrocie w styczniu 1991. Na mitologizowanym dawnym (kresowym) tle obecne miejsce i mijające lata wypadają mało pozytywnie, blado (patrz: Białostockie porównania, ale i Córce do sztambucha, zwłaszcza Wywiad…). Po przeczytaniu tej książki, która oczywiście nie jest pisarskim pamiętnikiem, wyraźnie się narzuca, że autor zmaga się z ogromem doznanych fascynacji i doświadczeń, wielce różnorodnej proweniencji, rozległych geograficznie (od Zbąszynia przez Zieloną Górę – tu studiował, po Suwałki, Białystok, Wrocław i wreszcie obecnie Wilkanów), że na nic innego literacko się nie zdecydował, poza dokonaniem prozatorskiego dokumentu. Ważnego dla siebie i poszczególnych kilku osób – przyjaciół, tudzież ku anonimowej potomności. W poszczególnych rozdziałach, przedstawiających ową (przeżytą) biografię, wykonuje coś w rodzaju właśnie pryncypialnego zapisu faktów. Chwali się faktami. Podkreśla swoją obecność. Jego zdania są rzeczowe, dokładne, wyczerpujące, anegdotyczne, bogate w szczegóły, w wielu miejscach dociekliwie, nawet z aluzjami do erotycznych przeżyć-przygód z kobietami, a także obejmują kwestie osobistej apostazji, tudzież przedstawiają drobiazgi i niuanse życiowych zawodowych przejść. Postępuje poniekąd w zgodzie z nabytą mentalnością, charakterystyczną dla Wielkopolanina. I jak typowy dziennikarz. Trzymać się blisko ziemi, twardo po niej stąpać, nie bujać w obłokach. Chyba nawet na myśl Kurzawie nie przychodziła pokusa jakiejś nieracjonalnej konfabulacji, co w tym przypadku można zaliczyć na plus. Po prostu czytelniczo o wielu sprawach się dowiadujemy. Czasami od strony najmniej spodziewanej, prywatnej, intymnej, od zaplecza. Ale niekoniecznie tu ujawnione są jakieś fundamentalne, wielkie niedyskrecje. Nic spod podszewki lub zza kurtyny. A szkoda trochę, że nie ma takich rzeczy. Czy się dowiadujemy w pełni obiektywnie, pewnie nie, ale ta dominanta ma tu znaczące miejsce. Czyli realia. Oczywiście, pisaniu zawsze towarzyszy jakaś doza subiektywnego widzenia. Tutaj też. Tym bardziej że, jak sam autor zaznacza, lata spędzone w Suwałkach i Białymstoku, to są lata pracy w powołanych wtedy „Krajobrazach”, nacechowane swobodą, dające szansę niezłych zarobków, możliwość toczenia różnych bojów pionierskich w celu ożywienia kulturalnego tamtego regionu i miasta. Lata aktywności. Władzy na tym zależało. To, że wiele pionierskich dokonań się udało – powoływanie związków i stowarzyszeń (zakłada Towarzystwo Ziemiańskie), instytucji, pism (np.„Goniec Kresowy”), ustanawianie nowych tradycji, upominanie się nawet o drobiazgi (jak choćby o antykwariat, którego w Suwałkach wtedy nie było), uczestniczenie w ważnych imprezach, z których czerpie korzyści duchowe („ładowanie akumulatorów”), to był właśnie efekt tego klimatu i potrzeb. Nie dziwię się, że bardzo wysoko doceniane są przez Kurzawę coroczne spotkania „Wigry. Kultura i środowisko”, o których pisze: „mogłem przez kilkanaście dni spotykać się z twórcami, naukowcami, poznałem najwybitniejszych plastyków i intelektualistów polskich”. Zwłaszcza Andrzeja Strumiłłę, z którym się zaprzyjaźnił. Jest z tego dumny, zadowolony, nadal do tych energetycznych źródeł się odwołuje. Uznaje, że zrobił wiele i uczestniczył w pozytywnych działaniach. Rósł intelektualnie dzięki poznawanym ludziom. Niewątpliwie. Toteż przy okazji swoją rolę wysoko notuje. Nieco egotycznie. Akcentując głównie swoje „ja”. To były lata pracy u podstaw, na niwie kultury, prowadzone w odmiennych warunkach społecznych, nacechowanych – jak zauważa – „ślamazarną i zaściankową” mentalnością, zaskorupiałą, i mają te wysiłki, cały ten żywioł biograficzny, zwłaszcza z perspektywy czasu, rys niewątpliwie romantyczno-pozytywistyczny. Samo wznoszenie czegokolwiek od podstaw jest zawsze bardzo wyjątkowe. I na dodatek, w konsekwencji, z perspektywy czasu jest silnie mitologizowane. Bo było się młodym, z prestiżem, świat stał otworem, uczestniczyło się w setkach spotkań, rozmawiało z ludźmi wybitnymi, z działaczami przywoływanymi skrupulatnie z imienia i nazwiska (tylko pozazdrościć Kurzawie tak solidnej pamięci), z uznanymi pisarzami (Sokrat Janowicz, Redliński, Kapuściński), i to minęło. Minęło definitywnie także ze względu na zerwanie ciągłości uczestnictwa w zdarzeniach i z tamtymi środowiskami. Z tamtą przez siebie kreowaną rzeczywistością, w którą jednak, o dziwo, nie zapuścił korzeni. I teraz jakby odmawia sobie sensu – też dziwne, bo konstatuje, że wszystko obejmuje rozpad (Czas to rozpad). Jakby nie chcąc przyjąć, że każdy rozpad stanowi warunek i wstęp do nowego tworzenia – podejmowania kolejnej roli, nowych zadań, które można sobie wyznaczyć, bo przecież można. „Rozpaczy” tak bym się nie spieszył ogłaszać. Autor nasyca momentami swoją prozę iście sentymentalną retoryką, snuje egzystencjalne żale i niedosyty (napomyka o wypaleniu), co już mniej mi się podoba. Tym bardziej, że skłania się też do snucia pewnych, nie wiem czy usprawiedliwionych głębiej, porównań z Zieloną Górą, wyraźnie niekorzystnie wypadających dla tejże, tu cytat: „Jednak, moim zdaniem, to nie ta półka. Brak charyzmy” itp. Wybitnych osobowości według niego tu brak. Tak najogólniej. Ta teza zaburza mu w tej książce ogląd naszej lokalnej rzeczywistości, która wyposażyła go w cały bagaż umiejętności (studia, „Faktor”, studenckie obozy, akademickie życie). Dzięki temu rozwinął skrzydła, także dzięki temu miał dokąd wrócić po 1991 roku, bo od razu do „Gazety Nowej”. Kurzawa daje się nieść fali własnych wewnętrznych frustracji, nie wierzy ani zanadto ceni, że jego udziałem jest prawdziwy awans społeczny i cywilizacyjny. Mimo że mógł alternatywnie zostać po prostu tokarzem lub kolejarzem, a został dziennikarzem, i – jak sam zauważa – „to nie był horyzont ludzi mieszkających nad Obrą”. Poza tym, myśląc o tej książce, sądzę, że ze szkodą dla niej wdaje się autor w snucie wątków natury politycznej i światopoglądowej. Ważna to sprawa. Jakże uproszczone, nieco anachroniczne to są uogólnienia, akapity i deklaracje. Bezsensowne. Wątpliwe. To nie wypada tu dobrze, zwłaszcza gdy gloryfikuje dokonania Jaruzelskiego. Bo to oznacza, że resentymenty biorą u niego górę. Więcej – ma miejsce niedocenienie i niezrozumienie sensu przemian demokratycznych w Polsce, sensu dialogu, zasady proporcji (nie jedynowładztwa) i zarazem wielkiego skoku cywilizacyjnego w przyszłość, którego jest beneficjentem. Przytacza w jednym z rozdziałów (Notatki z podróży…) swoją wycieczkę („w nagrodę”) do Korei Północnej. Bez solidarnościowych przemian tamte realia wcale nie byłyby nam takie obce. Warto o tym pomyśleć. Ale co ja tu będę autora przekonywał. Wie swoje, zresztą o różnych sprawach wie swoje (patrz: Komunikaty 2). Łatwość dezawuowania obecnego ustroju może budzić czytelnicze wątpliwości. Niepotrzebny to w tej książce zgrzyt. Bo dla mnie ta książka to owoc zastosowanej w niej konsekwentnie metody dziennikarskiej relacji, która sprawdza się właśnie w dokumentowaniu własnej biografii, życia, spotkań, pracy etc. Wystarczy taki cel? Bez wchodzenia w wiwisekcje. Ale dokumentowanie przyjaźni z Waśkiewiczem, opisanie owego „Projektu Waśkiewicz”, który zaowocował książką (cenną i potrzebną), na poziomie faktów, bo o tym ta książka jest. Tak na marginesie – poglądy Waśkiewicza, jego wybitność, jego poezję, kiedyś zweryfikuje czas. Jednak przyznaję, iż dobrze się śledzi w Obrazkach…, ważne dla podmiotowej świadomości, prawdziwe poszukiwania genealogiczne (Dorastanie do korzeni). Kurzawa chce wiedzieć, skąd się wywiódł jego ród i wykonuje imponujący wysiłek w tym celu. Podobny wysiłek niepozbawiony poznawczej determinacji (Zbąszyń – Wilkanowo) dotyczy rozpoznania historii miejsca, domu, w którym w Wilkanowie mieszka. Chce wiedzieć. Dociera do archiwów i gdzie tylko się da. To budzi mój szacunek. Bo jest autentyczne. Pozbawione autoreklamy, ideologii, egocentryzmu, ani nie daje się posądzić o propagandę lub megalomanię. I oczywiście – za wartościowe można też uznać Prózki z pierwszych lat. Czyli kawałki o dzieciństwie, tchnące autentyzmem. Bardzo rodzinne, chłopięce. Niekiedy wzruszające. Na koniec język. Jest w tej książce żywy i barwny, rubaszny i precyzyjny. Sprawny. To rzeczywista wartość-umiejętność jego warsztatu. Która nawet nadmiar i pewien istniejący szum informacyjny (zatykający narrację) w tej książce czyni mniej uciążliwym podczas lektury. Wymierne też jest odkrycie i włożenie dużej dozy wysiłku w promocję talentu poetyckiego i prozatorskiego Ireny Misztal z Ełku, w późnym momencie jej życia. Rzecz piękna i wielka, którą można się chlubić (patrz: Pani Irena). A tutaj na miejscu? Czy można być zadowolonym np. z pozyskanej dla pisarzy leśniczówki w Liniach, z konkursu w Kargowej, z Klubu Literackiego w Żarach, którego działalność zainicjował (szkoda, że ostatnio tenże słabuje)? To nie tak dużo, ale… nie za dużo się da. Warto spojrzeć na życie społeczne zwyczajnie, gdyż w innym przypadku ta napędzająca jego człowiecze ego „misja” będzie rodziła żal i niedosyt, przyczyniając się do rozdźwięku w obrębie poczucia tożsamości. Pomiędzy zdaniami zdaje się natarczywie pobrzmiewać pretensja o brak docenienia. Zastanawia się np. Kurzawa, ilu recenzentów z „urzędu” opisze te jego Obrazki… Najważniejsza jest książka. A ilu ją opisze, zrecenzuje i czy będzie to Nobel, to się okaże. Zachęcam Kurzawę, by w następnej książce zawarł to wszystko, czego w tej mu się jeszcze nie udało. To jest potrzebne.

 

Czesław Sobkowiak

Poprawiony (piątek, 17 lutego 2017 09:09)