Start Recenzje i omówienia Demony wracają

Demony wracają

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Uwe Tellkamp, Zimorodek (Der Eisvogel), tłum. Bogdan Baran, Wyd. Bellona, Warszawa 2006, 256 s.

Co jakiś czas w różnych krajach wzbierają fale radykalnych nastrojów społecznych. W Niemczech te skrajne polityczne ruchy i organizacje nie są ani marginalnym folklorem, ani zamkniętym rozdziałem. Przypomina o tym Uwe Tellkamp w wydanej w 2005 roku powieści Zimorodek. Obecnie ta książka nabiera szczególnej aktualności również w naszym kraju.
Trudno streścić Zimorodka w kilku zdaniach. Powieść ma eksperymentalną formę literackiego kolażu, jest dosyć trudna w odbiorze, bo zmieniają się tu narratorzy, a ich monologi są ze sobą luźno powiązane, przez co czytelnik jest zmuszony do uważnej i niezbyt spiesznej lektury. Narracja pulsuje, zmienia tempo, rozszczepia się w licznych dygresjach. Bardzo dobrze komponuje się z miejscem akcji. W tle pokazany jest Berlin, miasto pełne życia i świateł, które bodaj nigdy nie kładzie się spać. Ta metropolia wydaje się trafnym symbolem naszych czasów, epoki „płynnej nowoczesności”. Ale i historia jest tu przecież mocno obecna: liczne i radykalne metamorfozy Berlina w ostatnich dziesięcioleciach zawsze były odzwierciedleniem zmieniającego się porządku świata.
Głównym bohaterem powieści jest Wiggo, mało zaradny filozof bez planów i bez pomysłu na życie. To postać jakby wyjęta z myśli Hegla, który twierdził z przekorą, że „filozofia jest wyrazem rozminięcia się z realnym życiem”. Wiggo nie spełnia oczekiwań swojego ojca, dobrze sytuowanego finansisty, dla którego filozofia to „fantazmaty”. Wiggo nie chce podążać ścieżkami utartymi przez poprzednie pokolenie, a jednocześnie znalezienie własnej życiowej drogi jest dla niego zbyt trudne. Stojąc u progu dorosłości, widzi, że nie ma już nigdzie stabilizacji, a wykształcenie nie wystarczy, aby przezwyciężyć ulotność życiowych projektów. Jak pisze Tellkamp: „[m]łodzi ludzie stoją w blokach startowych, wykształceni jak nigdy i nie mogą wystartować, bo nie ma dla nich pracy…” (s. 120). Wiggo to czytelny symbol pokolenia nazywanego prekariatem, pokolenia bez długoterminowych perspektyw, które musi godzić się na to, że wszystko w życiu jest przelotne, dorywcze, tymczasowe, „tu i teraz”.
To niejedyna w tej powieści refleksja na temat współczesności. Tellkamp obwieszcza także koniec mitu, że kultura jest źródłem moralnego postępu. Tak mogło się wydawać dawniej, co urodzony w 1968 roku w NRD autor jeszcze dobrze pamięta. Zmierzch poprzedniej epoki Tellkamp postrzega przez pryzmat upadku kultury wysokiej, którą zastąpiła płytka rozrywka: „Idiota występuje w talk-show, największą oglądalność mają programy, w których nic, ale to nic nie jest ważniejsze od rozmiękczenia mózgu uczestników, odrażającego rozmiękczenia!” (s. 115). Diagnoza autora jest bliska myśli niemieckiej filozoficznej szkoły frankfurckiej, która swego czasu zajmowała się zjawiskiem „przemysłu kulturowego”. Wnioski są pesymistyczne: powstanie społeczeństwa mediów i masowego kulturowego przemysłu zdominowało sferę publiczną i sparaliżowało demokratyczną, racjonalną debatę, zupełnie pozbawiając ją powagi, refleksji i głębi.
Bohaterami Zimorodka są młodzi ludzie, pełni niezgody na ten świat. Miało być przecież inaczej, ścieżki przetarte przez rodziców nadal miały się sprawdzać. Co się stało, co zacięło się w społecznym porządku? Jaki jest sens demokracji, skoro my nic z niej nie mamy? Rówieśnik Wigga, Mauritz, nie kryje swoich radykalnych poglądów: „demokracja to porządek społeczny średniaków, gadaniny i niezdolności do sprawienia, by z tej gadaniny wynikło owocne działanie” (s. 120).
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii powieści Tellkampa, którą jest pokazanie, jak ludzie radzą sobie z bagażem narastającego rozczarowania, poczucia wykluczenia, goryczy przegranej. Ich sposobem, jak w przypadku Mauritza, jest rodząca się pewność, że oto istnieje doskonałe „lekarstwo” na brak nadziei na przełom, leżące w dodatku na wyciągnięcie ręki: „Ludzie nie chcą już tysiąca ofert, lecz prostoty, przywództwa, porządku, pewności, są chorzy od niepewności, od »może« i »nie wiem«, od nieustannego lęku o miejsce pracy, o przyszłość swoich dzieci i tego kraju, są zniszczeni demokracją!” (s. 121). I w byłej NRD, i w Polsce, te uczucia nasiliły się szczególnie po przemianach w 1989 roku. Józef Tischner nazwał ten fenomen „nieszczęsnym darem wolności”. Ludzie, postawieni w obliczu wielu wyborów i decyzji nie umieją z tej wolności mądrze korzystać, bo jej się boją lub jej nie chcą. Marzą więc, by ktokolwiek uwolnił ich od konieczności podejmowania samodzielnych wyborów i ponoszenia odpowiedzialności za konsekwencje swoich działań. Uwe Tellkamp znakomicie sportretował w Zimorodku uobecnianie się zjawiska „ochotniczego zniewolenia”, jak nazwał je francuski pisarz i filozof okresu oświecenia, Étienne de La Boétie.
Widzimy też w powieści ten trudno uchwytny, ale jakże niebezpieczny moment, gdy – paradoksalnie – na gruncie wolności bez ograniczeń rodzą się radykalne postawy. Z wolności można w pełni korzystać i można zrobić wszystko. Także rewolucję, jak chce tego bezkompromisowy Mauritz, członek radykalnej organizacji „Wskrzeszenie”. Widzi konieczność obalenia starego porządku świata po to, by urządzić go na nowo. „Niszczymy […] w imię budowy” (s. 84), po to, aby „otworzyć drogę nowemu, wszystko jest zatkane, ciasne, zużyte, wyczerpane, społeczeństwo zwapniałe […]” (s. 86). Niebezpieczeństwo polega na tym, że relacja postaw radykalnych i demokratycznych nie jest symetryczna: na fali demokracji radykałowie mogą dojść do władzy, ale gdy tylko ją zdobędą, szybko będą ograniczać demokrację, uruchamiając mechanizmy dyktatury i przemocy, by nie dać dojść do głosu politycznym przeciwnikom.
Czy wszystko to nie brzmi nadzwyczaj znajomo, nawet dla kogoś, kto tylko trochę orientuje się w historii świata i historii Niemiec? Demony wracają, ostrzega Tellkamp i wyraźnie podkreśla, że skrajność poglądów to nie przypadkowe wybryki i „zabawy dzieciaków w rewolucję”, o czym świadczy dramatyczna scena konfrontacji między Mauritzem a Wiggiem. Te wydarzenia toczą się również niedaleko od nas: 24 marca 2012 roku neofaszyści zorganizowali we Frankfurcie nad Odrą demonstrację (zablokowaną zresztą przez ich licznych przeciwników, także z Polski). Skrajne postawy nie są rozdziałem zamkniętym także w Polsce, co więcej, zostaje on otwarty na nowo, o czym przekonujemy się, obserwując przemieszczenie się brunatnego koloru politycznych poglądów z peryferii życia publicznego do centrum.
Tellkamp nie wierzy w powiedzenie, że historia jest nauczycielką życia. Jest w Zimorodku taka scena, gdy Mauritz odpiera zarzuty, że jest członkiem faszystowskiej organizacji. „My nie chcemy zabijać Żydów”, oświadcza (s. 85). Młodzi ludzie, argumentuje autor, mają krótką historyczną pamięć i nie dostrzegają analogii, że miejsce Żydów, przeciwko którym kumulowały się dawniej społeczne nastroje, zajmują dzisiaj Inni, a kategorii inności (co gorsza, definiowanych subiektywnie) może być wiele. Od pragnienia porządku i pewności we własnym życiu do wykluczania Innych i odbierania im prawa do życia droga jest przerażająco krótka.
Zimorodek jest w swoim symbolicznym wydźwięku powieścią nader pesymistyczną. Autor sygnalizuje w niej kryzys humanistyki, wskazując szczególnie na słabość filozofii, która staje się coraz mniej przydatna w obliczu coraz bardziej złożonych problemów świata. Ich opis i wyjaśnianie – to dzisiaj za mało, bo w tak szybko zmieniającym się świecie oczekuje się, że humaniści będą dostarczać wiarygodnych prognoz i gotowych odpowiedzi, a to przecież jest niemożliwe. Pogłębia to egzystencjalny lęk człowieka myślącego, który ma pełną świadomość, że do głosu w polityce i życiu społecznym mogą znów dojść ludzie zwabieni pozorną atrakcyjnością płytkiej, czarno-białej wizji świata.
Zastanawiający jest tytuł książki: Zimorodek. Czy jest aluzją do tego, że zimorodki jako ptaki są bardzo agresywne, zaciekle broniąc swoich terytoriów przed innymi? Zimorodka widać też na obrazie Hieronima Boscha Ogród rozkoszy ziemskich, który można odczytać jako alegorię negatywnej wolności człowieka, wolności absolutnej, przeradzającej się w marazm, anarchię i destrukcję. A może chodzi o sam wygląd ptaka, bo jego metalicznie niebieska głowa przypomina hełm, a długi dziób kojarzy się z charakterystyczną i wymowną pikielhaubą, do czego nawiązuje okładka książki?

Joanna Kapica-Curzytek

Poprawiony (środa, 09 kwietnia 2014 13:48)