Start Recenzje i omówienia Kabaret Gentlemen w Zielonej Górze

Kabaret Gentlemen w Zielonej Górze

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Kabaret Gentlemen, Lubuski Teatr im. L. Kruczkowskiego, Zielona Góra 13.09.2013

Ma rację Ryszard Marek Groński, podkreślając w swoich opracowaniach dotyczących sztuki kabaretowej, że istotą aktorstwa kabaretowego jest umiejętność grania do publiczności, podczas gdy aktorstwo dramatyczne polega na grze w relacjach aktor–aktor, zaś publiczności przypisana jest zacna rola bacznego obserwatora, mniej lub bardziej ochoczo bijącego brawa, zwykle po zakończeniu spektaklu, ewentualnie po jego części, ujętej w sztywne ramy aktu.
Mając takie minimum wiedzy na temat tych dwu, jakże różnych rodzajów aktorstwa, z zainteresowaniem czytam notkę w naszym zielonogórskim informatorze winobraniowym: „Jacek Borkowski i Tomasz Stockinger w przedstawieniu kabaretowym, jakiego jeszcze nie było: humor, żart, piosenka i dwóch gentlemenów”. No i dalej dopisek, że spektakl oparty będzie o wykonawstwo tekstów takich autorów jak Hemar, Jurandot, Przybora. A zatem dwaj aktorzy dramatyczni, filmowi, a ostatnio nawet bardzo serialowi, postanowili zaprezentować coś z zupełnie innej bajki. U licha, ale Hemar, Jurandot, Przybora – toż to już klasyka gatunku, ich teksty nie poddały się bezlitosnemu upływowi czasu, więc czyż możliwe jest zrobić, w oparciu o taką klasykę, kabaret „jakiego jeszcze nie było”? Kategorycznie postanawiam pójść na ten spektakl, lecz za bilet (kupuję go w przedsprzedaży) płacę kartą, bo to mniej boli (65 zł).
Sala Lubuskiego Teatru – ponad 400 miejsc – pełna, dostrzegam zaledwie kilka wolnych foteli. Dostawki ustawiono, ale nie są zajęte. Publiczność to ludzie wyłącznie dorośli, rzekłabym, że nawet bardzo dorośli. Zastanawiam się, czy obecność zaledwie kilkunastu osób w kategorii wiekowej 20+ lub 30+ jest efektem braku zainteresowania kabaretem literackim wśród ludzi młodych, czy też wysoka cena biletu spowodowała, że na spektakl przybyli ci, którzy dysponując nawet cienką emeryturką, ale regularnie wypłacaną, byli w stanie uciułać dość pokaźną kwotę na zakup biletu. Zastanawia mnie także, czy tak wysoka frekwencja widowni świadczy o popularności gatunku, jakim jest kabaret literacki, czy raczej widzowie przybyli tu tak licznie, by obejrzeć na żywo dwóch amantów serialowych, którzy na dodatek zapewne nie odmówią spotkania z publicznością w kawiarence na piętrze teatru, tuż po zakończeniu spektaklu.
A oto i oni. Kurtyna opuszczona, w krąg światła reflektora wbiegają, uścisnąwszy sobie uprzejmie dłonie, obaj panowie. Grafitowe garnitury, eleganckie pantofle, szaro-srebrne koszule. Błąd, twarze obu aktorów zdają się przybierać także szary koloryt, pomimo klasycznie zawiązanych, bardzo jaskrawych krawatów. Zero rekwizytów – kolejny błąd. Przecież istotą spektakli kabaretu literackiego był i jest rekwizyt, element sztuki kabaretowej równie ważny jak aktor; wszak pierwsze, historycznie opisane imprezy kabaretowe były mieszaniną sztuk plastycznych i literatury!
Ale nic to, panowie witają się z publicznością, bardzo wdzięcznie i bardzo poprawnie odśpiewując piosnkę o tym, że wiek przejściowy jako żywo przypomina spektakl kabaretowy, a ich osobiste zainteresowanie kabaretem wynika z faktu, iż próbują na wszelkie możliwe sposoby uniknąć obsadzenia ich w roli króla Leara. Trochę w tym kokieterii, bo obaj mają świetne sylwetki i nienaganną prezencję. A kudy im tam do grania roli sędziwego starca!
Symbolem pierwszego kabaretu był czarny kot i takąż nazwę nosił pierwszy kabaret – paryski „Chat Noir”. A i publiczność kabaretowa też ma coś z kociej natury – zwykle musi się nieco rozruszać, oswoić, nim ufnie i z aplauzem przyjmie wyciągniętą ku sobie dłoń aktora. Na około trzydzieści (sic!) numerów spektaklu, już w siódmym pan Borkowski wyciąga do tańca jedną z pań siedzących w pierwszym rzędzie, tańczy z nią w rytm śpiewanej przez siebie piosenki. To wmieszanie się w publiczność wykonane jest zbyt wcześnie, tylko nieliczni widzowie klaszczą w rytm melodii, większość pozostaje obojętna. Dopiero kilka numerów dalej dajemy się rozruszać piosenką pt. Flecik z repertuaru Ludwika Sempolińskiego, świetnie zagraną przez Borkowskiego.
Mija około jedna trzecia spektaklu, a ja nie wyławiam z niego nic z owej niezwykłości, zapowiadanej w reklamie – to wszystko już było, tyle że tu zubożone zostało o bardzo istotny składnik spektaklu kabaretowego – rekwizyt. (Owszem, np. Artur Andrus, robiąc kabaret literacki, także nie posługuje się rekwizytem, na dodatek jego warunki głosowe nie dorównują wokalowi obu panów, ale numery jego spektaklu spaja urokliwa konferansjerka, czyniąc z widowiska właściwie rodzaj literackiego stand-up’u). A tu – czysta klasyka, a jedynym rekwizytem, jaki dotychczas pojawił się, oprócz owych wspomnianych wcześniej jaskrawych krawatów, jest kapelusz, taki zwyczajny, który noszono na ulicach naszych miast gdzieś na początku lat 60. No i obaj panowie, kolejno wkładając go na głowę, próbują wyciągnąć z widzów informację, jakich doznajemy skojarzeń, patrząc na ich przebieranki. Pan Borkowski nie budzi żadnych skojarzeń, a na widok Stockingera z naciągniętym na uszy kapeluszem, pada nieśmiało z publiki: „... chyba soltys Kierdziołek...”. Okazuje się, że nie – aktorzy odgrywają w tym przebraniu kilka krótkich scenek szmoncesowych. (Aj-waj, aż prosi się bodaj o melonik!)
Scenki szmoncesowe odegrane są jedynie poprawnie. W ogóle w całym spektaklu dominuje poprawność, a przecież istotą spektaklu kabaretowego jest brak poprawności! Dobry wokal Borkowskiego oraz bardzo poprawny Stockingera (obaj panowie mają za sobie młodzieńcze sukcesy wokalne na naszym zielonogórskim festiwalu) nie gwarantują zasadzenia się w klimacie piosenki kabaretowej, a sięgnięcie przez pana Tomasza po repertuar Andrzeja Zauchy wymagałoby zdecydowanie lepszych warunków głosowych niż te, którymi pan Tomasz dysponuje.
Ze sceny pada też kilka dowcipów bardzo starych (jeden z nich słyszałam, dziecięciem będąc,w latach 60.), dziś już zdecydowanie przebrzmiałych, bo m.in. piętnujących zakusy ówczesnego państwa na tzw. prywatną inicjatywę. (Dzisiejsze państwo skubie przedsiębiorców równie dotkliwie, aczkolwiek nieco odmiennymi sposobami).
Dobrze, z ogniem odśpiewany zostaje popularny romans Oczi cziornyje (Borkowski), ale publiczność całkiem na serio „kupuje” dobrze zrobioną parodię stylu wokalnego Franka Sinatry (znów Borkowski)! Tu plus za zmianę stroju – biały żakiet zdecydowanie lepszy niż stalowy garnitur.
Ze sceny pada też kilka dowcipów aktualnych, ale ogólnie znanych, no i świetna „świeżynka” – nieznany mi skecz o lekarzu i marudnym, niezdecydowanym pacjencie (na scenie pojawiają się – stół, krzesło i biały fartuch lekarski). Nic dziwnego, że skeczu nie znam – po spektaklu, podczas spotkania w kawiarence dowiaduję się, że jest to współczesny tekst młodego satyryka, ale jego nazwisko nie zostało umieszczone w programie wśród innych autorów tekstów, a warto byłoby je ujawnić, gdyż skecz jego pomysłu był uroczy i bardzo zabawny.
Spektakl kabaretowy rzadko ma strukturę monolityczną, zwykle jest zlepkiem niezależnych tzw. numerów. Ale – jak mawiał charyzmatyczny przedwojenny konferansjer Fryderyk Jarosy – dobra konferansjerka ma jedną cechę wspólną z damskim biustonoszem – powinna być prawie niezauważalna, ale ma dobrze trzymać całość. No a w tym spektaklu zabrakło owego spoiwa łączącego ze sobą te trzydzieści numerów w spójną całość, zagranych na dodatek w bardzo długim czasie – dwie godziny i pięć minut (bez przerwy)!
Czy Kabaret Gentlemen jest nazwą kabaretu, czy może tytułem obejrzanego programu – nie dowiedziałam się, niestety, nawet po spotkaniu z oboma panami w teatralnej kawiarence. Spotkania, podczas którego przyznali się, że obejrzany przez nas spektakl był właściwie próbą generalną w randze premiery, i że ruszają z nim teraz dalej w Polskę.
Po powrocie do domu zasięgam informacji u niezawodnej, świetnie zorientowanej w każdym temacie cioteczki Google, która sypie mi jak z rękawa np. sprawozdaniami z imprez okolicznościowych (np. 8 marca w Mierzęcicach), podczas których pan Borkowski prezentował numery tego spektaklu, głównie wokalne, przed publicznością składającą się z zapatrzonych w niego z uwielbieniem, tłumnie przybyłych pań. A w warszawskim Domu Kultury „Stokłosy” w roku 2013 wstęp na ten spektakl był wolny (nie podano spisu numerów, więc nie wiem, czy był identyczny z tym zielonogórskim, czy może to, co obejrzałam u nas, było jego modyfikacją).
No i tyle na ten temat poczciwa cioteczka Gie, która wszystko widzi, wszystko wie.
A oto jeszcze jedna refleksja, która nasunęła mi się po obejrzeniu owego spektaklu. Otóż, odnoszę wrażenie, że Jacek Borkowski, przećwiczywszy z powodzeniem na objazdówkach swoje numery wokalne, zaprosił Tomasza Stockingera do współpracy, na zasadzie: No to róbmy kabaret – ja mam dobry wokal i dość dobre nazwisko, a ty masz bardzo dobre nazwisko (tu wypada wspomnieć, że tata pana Tomasza, Andrzej Stockinger, występował w popularnym kabarecie Owca) i dość dobry wokal, więc bierzmy na warsztat sprawdzoną klasykę – i hajda w Polskę!
Czy żałuję, że poszłam na ten spektakl? Nie, nie żałuję, ale mam świadomość, że przepłaciłam za bilet ok. 50 zł.

Halina Bohuta-Stąpel

Poprawiony (środa, 12 lutego 2014 14:35)