Start Recenzje i omówienia Własnym głosem

Własnym głosem

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Władysław Łazuka, Którego spotkałem, Wydawnictwo Książkowe IBiS, Warszawa 2010, 56 s.;
Słowa wśród wydm, Atelier RED FROG, Deszczno 2011, 64 s.

Czytam różne wiersze różnych poetów. Jest ich zresztą coraz więcej. Dzisiaj prawie wszyscy potrafią szybko pisać i wydawać tomiki. Bez większego wysiłku, o męce pracy nad słowem nie wspominając. Niekonieczne mają jednak coś od siebie, z głębi własnego ja, do powiedzenia. Jednak na szczęście trochę przynajmniej wrażliwy czytelnik potrafi dość szybko odróżnić słowo autentyczne od słowa wyuczonego. Taką mam nadzieję. To jest tak jak w każdym zresztą zawodzie. Są wyrobnicy i ci, co mają w swoim kierunku dar lub powołanie. Kiepski murarz, owszem, mur wymuruje, ale np. krzywe i nierówne będą fugi, co nie zdarzy się prawdziwemu fachowcowi. Można odnieść wrażenie, że wyuczenie, po jakichś warsztatach, szkołach, ćwiczeniach, coraz częściej dominuje poczynania literackie. No niestety. Kombinowanie i w tej materii nabrało niemal charakteru zaraźliwej mody. Ale to się źle czyta. Duże nagromadzenie słów, obrazów, sloganów udających wiedzę i mądrość, raczej przeszkadza ujawnić się poetyckiemu ja. Tłamsi je. Władysław Łazuka nie należy do tego typu sztukmistrzów, którzy z premedytacją chcą się popisać umiejętnościami i odnieść chwilowy sukces. Zdaje się, że jego działanie twórcze ma dalece szerszą perspektywę. Postawił w swoim poetyckim rzemiośle na wierność sobie. Na mówienie własnym głosem – nie żadnymi modami, epatacjami, obsesjami i eksploracją patologii wszelkiej maści, które choć w pierwszym momencie zaciekawiają, to szybko okazuje się, że zioną pustką. Łazuka żadnej pustki zasypywać czymkolwiek nie musi. Nie musi być „uczestnikiem / w żadnych poetyckich warsztatach”, bo „Wszystkiego nie sposób wziąć na rozum”. Jest to dobra samoświadomość. U niego jest na pewno źródłem natchnienia. W jego świecie poezję uprawia się przez doświadczenie. Najpierw ono, a dopiero potem wiersz, słowo, obraz. Nigdy doświadczenie nie jest wyłączane, nigdy nie zastępuje go spekulacja. W końcu wie, że podążanie na tej ścieżce „którą wybrałem” czegoś od poety, od niego, wymaga, bowiem „wędrówka to długa / i osobliwa”. Nie tylko decyduje o niej bieżąca obserwacja, ale całość wewnętrznego namysłu – można rzec – obecność i dostrzeganie wewnętrznego i zewnętrznego istnienia, makro i mikrokosmosu, który otacza podmiot. To, czego nie zawsze można dopatrzyć się u innych poetów, u Łazuki jest stale obecne. Czyli: jest podmiot i percepowany świat. Jednak przywoływany nie technicznie, rejestracyjnie tylko, a głównie wedle logiki lirycznego spojrzenia i wzruszenia. I z taką – powiedziałbym – strukturą poezji mamy od samego początku w każdym kolejnym tomiku do czynienia. Ona jest klarowna i widoczna z tego powodu. Ona decyduje o kierunkach poetyckich wędrówek. Ze swej istoty jest więc stabilna, co w jakiejś mierze skutkuje pewnym konserwatyzmem zachowań, bo poeta bardzo pilnuje, złe to może słowo, dba Władysław Łazuka, by poza te granice zanadto nie wykraczać. Skutkuje to jednak za każdym też bardzo sprawdzalną dawką wzruszenia, które przecież, niezależnie od podejmowanych wyborów i innowacji, jest celem każdego poety. Jak pisze: „Wiatr we włosach / w ramionach / w kieszeniach / ale jest / i błysk słońca”. Swój efekt poetycki uzyskuje Łazuka przez drążenie głębi. Oczywiście zwolennik rysunków poetyckich umocowanych w pryncypiach czy imponderabiliach egzystencjalnych, w społecznych realiach, ujmujących ciężar podmiotowego ja i doświadczenia, gdzie etyka i moralność funkcjonują bardziej pierwszoplanowo, zwolennik tonacji wyraziście akcentującej wartości i sens istnienia tu dla siebie zanadto dużo nie znajdzie. Bo to jest poezja nastawiona na wrażliwe spojrzenie, wrażliwą refleksję, ściszony dialogi obserwację przyrody, i konfesyjne łączenie tejże z ludzkim wnętrzem, własnym lub drugiego człowieka. A więc jej horyzont jest ściśle ustalony reakcjami na szczegół. Nie znaczy to, bym negatywnie wartościował taką poetykę, albo namawiał Łazukę do jej zmiany. Raczej zachęcam do kontynuacji tej drogi, gdyż jest ona autentyczna i nie tak znowu często podejmowana. A więc ma swoją szansę. Oczywiście przydałoby się jej wzmocnienie przez znaczeniową kondensację. Obraz powinien być nie tylko wrażeniowy. Zresztą constans poetyckiego modelu Łazuki wbrew pozorom nie jest niezmienny. Ani obecnie, ani na przestrzeni lat. Wyraźnie widać jak od ukazywania korzeni, rodowodu wiejskiego, problemów z awansem społecznym, trudu odnalezienia się w nowych realiach kulturowych, doszło do wykształcenia się bardziej uniwersalnej postawy, w której kontemplacja i medytacja natury, istnienia i życia jako takiego, jest decydująca. Dobrze, że poeta stara się wzbogać ją w refleksję. Oby jak najwięcej.

Poezja dostrzeżona jest w rzeczach codziennych, drobnych, zwyczajnych czy nawet banalnych. Tu można podziwiać umiejętność posługiwania się bardzo oszczędnie językiem poetyckim, wyczuciem znaczeń. Swoiste „kilka słów” udowadnia właśnie osiągniętą dojrzałość poetycką. Efekty w ostatnio wydawanych zbiorkach są zauważalne. Tak jak w tych chociażby, które są przedmiotem mojej lektury oraz niniejszej recenzji: Słowa wśród wydm i Którego spotkałem. Poeta mieszka w Choszcznie. Społecznie niekoniecznie może tam czuć się dobrze. Takich jak on prowincja nie zawsze pozytywnie postrzega, a zaledwie toleruje. Natomiast poprzez bliskość jezior i lasów, i cichy, małomiasteczkowy klimat, chyba dobrze mu służy.
Czesław Sobkowiak

Poprawiony (wtorek, 23 kwietnia 2013 07:58)