Start Recenzje i omówienia Powściągliwość klasycznego epigramatu

Powściągliwość klasycznego epigramatu

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Krystyna Caban, Sześćdziesiąt pchnięć, Wydawnictwo: TSP, Kraków 2011, 55 s.

Epigramat to nie taki prosty gatunek, jak mogłoby się na pozór wydawać. Po pierwsze, szuka krótkiego wyrazu, w którym zawarłaby się istota przeżycia. Po drugie, chce otworzyć przed czytelnikiem niewidzialne drzwi oddzielające go od świata, w którym nie ma miejsca na przeciągi ze słów. I jak w takim przejściu zmieścić niepohamowaną wenę? Dla płodnego twórcy dobieranie treści przez dziurkę od klucza może być niezwykle trudnym zadaniem.

Trzeba przyznać, że Krystyna Caban potraktowała epigramaty bardzo odważnie. Nie dość, że sięgnęła po klasykę tego gatunku, to jeszcze zamknęła w nim to, co zdaje się nie mieścić w żadnych rygorach? – emocje i uczucia. Pisarka nie po raz pierwszy pisze o miłości. Zapisała już kilka tomików wierszy, publikowała wiersze na łamach prasy i w antologiach. Sześćdziesiąt pchnięć to piąty tomik jej dorobku. W tym miejscu dodać należy: nie do końca kompletny.

Tomik nie przyciąga ani okładką, ani edycją. Białe, grube litery na czarnym tle i zdjęcie przedstawiające spotkanie dwojga mężczyzn w stajni, sprawiają wrażenie dobranych przypadkowo. Gdzie tu uczucie? Gdzie emocje? Odpowiedź zamknięta jest w surowości projektu. Caban nie sili się na rozczulające opisy ani cukierkowe porównania. Jej pióro jest celne, ale nie zaostrzone. W tym kontekście okładka dodaje potrzebnych mu krzywizn.

Punkt wyjścia stanowi krótka notka na początku tomiku: Nie potrafię jedynie unieść ciężaru kartki. Brzmi to nieco patetycznie, ale trafnie anonsuje zawarte w książce refleksje. Krystyna Caban napisała w sumie 60 epigramatów, układając je w jedną, scaloną historię. Każdy ma tytuł w formie numeru zapisanego systemem rzymskim. Co dziesiąty autorka opisała słownie. I właśnie te pełne numery są kolejnymi tematycznymi cezurami. Pierwsze zostały poświęcone nawrotom wspomnień po rozstaniu, następne próbom pogodzenia się z otaczającym światem, pretensjom do kochanka, przygotowaniu do powitania, ponownemu zbliżeniu i odrzuceniu.

Dziesiąte pchnięcia gorzowska pisarka spisała z niemal angielską estymą. Jest szczegół, ale nie ma ekshibicjonizmu. Jest dotyk, ale nie ma nachalności. I wreszcie jest miłość, ale nie ma spełnienia. Tomik otwiera czterowersowy, mocny w wyrazie tekst: „Żegnaj / powiedział wycieraczce / zostawiając klucz / i rozłożony tapczan”. W podobny sposób autorka wypowiada się w pozostałych epigramatach.

Caban nie jest prymuską w realizowaniu toposu miłości. Opowiadając o historii każdego z nas, tej bliższej czy dalszej, tej niespełnionej i niechcianej, daje do zrozumienia, że wszystkie rozstania są takie same. Przeminęło. Szybciej czy wolniej. Było wielkie uczucie i po chwili zniknęło gdzieś podczas podróży, co obrazuje taka np. metafora: „zamiast ciebie / zabierze mnie ostatni autobus”. Problem w tym, że bez dalszego rozwinięcia.

Sześćdziesięcioletnia już autorka nie wymusza dojrzałych przemyśleń. Skrzętnie zapisuje stany umysłu, z aptekarską dokładnością waży buzujące emocje. Jest precyzyjna, ale i tajemnicza. Pchnięcie XXXVIII stanowi tego najlepszy dowód: „noc nie rozkazuje / noc nie prosi / bo wie że chwila / nie ma stałego pobytu / błądzi po ustach / a potem zamyka / drzwi bez klamki”. Cykl interesująco podsumowuje kolejne etapy pogodzenia się z rozstaniem, walki kobiety-mulety z mężczyzną-matadorem. Przegrana w życiu nie oznacza jednak przegranej na polu poetyckim, ze starcia formy z piętrzącymi się emocjami autorka niejednokrotnie wychodzi zwycięsko i w ostatecznym rozrachunku można darować jej „czyjeś smutne oczy”, długie analizowanie dnia po dniu, zimny policzek i dłoń, której nie ma w czyją dłoń schować.
Agata Źrałko

Poprawiony (wtorek, 23 kwietnia 2013 08:07)