Start Recenzje i omówienia Chichot Michała Michajłowicza – felieton trącący recenzją

Chichot Michała Michajłowicza – felieton trącący recenzją

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Spektakl Scenki z Zoszczenki, Teatr Trójkąt na scenie Kombinatu Kultury w Klubie 4 Róże dla Lucienne w Zielonej Górze, reż. Grzegorz Matysik. Wykonawcy: Beata Beling, Wojciech Czarnota, Sławomir Krzywiźniak, Ludwik Schiller, Artur Beling.

Teatr w pubie? Z kieliszkiem wina w ręce na spektakl? Tak, jeśli w zielonogórskim lokalu 4 róże dla Lucienne, to i owszem. Bruno Aleksander, właściciel pubu, zachęca, aby przed wejściem na widownię zahaczyć o bar, bo u niego można bez skrępowania raczyć się napojami także podczas spektaklu. Czarnowłosy, uśmiechnięty barman uprzejmie nie wytrzeszcza oczu ze zdziwienia, gdy zamawiam colę podgrzaną w mikrofalówce.

Wchodzę na salę. Krzesła ustawiono w kilku rzędach, dodatkowo kilka krzesełek na galerii, nie obowiązuje numeracja miejsc, reflektory rzucają światło na scenę. Publiczność schodzi się powoli, więc wymykam się jeszcze na chwilę, aby obejrzeć nowy wystrój pubu. Na salę wracam w ostatnimmomencie, więc nie wiem, czy były dzwonki, jak w „prawdziwym” teatrze. Kurtyny brak, jej rolę pełnić będzie zaciemnianie sceny w odpowiednich momentach (dla publiki to żaden mankament, jedynie dyskomfort dla aktorów, którzy nie będą mogli opowiedzieć znajomym i rodzinie, ile razy kurtyna szła dziś w górę).

Spektakl Scenki z Zoszczenki zwabił mnie tytułem (nazwisko Zoszczenko znane mi było z pogaduszek z mamą, która czytała jego utwory w oryginalnej wersji językowej i opowiadała mi ich treść, gdy byłam podlotkiem), a ponadto skręca mnie ciekawość, jak funkcjonuje w naszej „zielonce” komercyjna prywatna scena teatralna. Spektakl wystawia Teatr Rozrywki „Trójkąt” pod wodzą doświadczonej pary aktorskiej – Beaty i Artura Belingów. Ma Warszawa swój „Kwadrat”, to czemuż u nas nie miałby z powodzeniem funkcjonować twór różniący się od niego tylko jednym wierzchołkiem, żeby nie rzec czubkiem?)

O spektaklu sporo było w mediach. Słysząc i czytając, zastanawiałam się, skąd pomysł zagrania sztuki autorstwa Michaiła Zoszczenki – satyryka z epoki stalinizmu. Przyjęło się grać rosyjską klasykę na polskich scenach, ale czy współczesnego polskiego widza może rozbawić coś, co śmieszyło Rosjan epoki radzieckiej? Co łączy lata dwudzieste i trzydzieste Rosji Radzieckiej i polską rzeczywistość epoki zjednoczonej Europy? Z rozmów publiki przed wejściem do pubu wnioskuję, że część widzów sądzi, iż zaszła pomyłka w tytule i chodzi tu o nie jakiegoś tam Zoszczenkę, lecz znanego przynajmniej ze słyszenia... Szewczenkę. Gryzę się w język, aby wypowiedzi miłej pani, całej w loczkach blond, nie prostować i się nie wymądrzać.

Na szczęście krzesło obok mnie jest puste, więc jak mi się zbierze na oklaski, to żaden kłopot, co zrobić z napojem. Ale gdyby na sali było pełniutko, to chyba musiałabym szklaneczkę stawiać na podłogę lub włożyć między kolana... (Panie Bruno, napoje „przed” i „po” – to i owszem, ale nie w trakcie...)

Treść większości scenek jest mi znana z opowiadań mamy. Zrobiono dobrą robotę adaptacyjną, nadając opowiadaniom formę dialogów scenicznych, spektakl zgrabnie wyreżyserował Grzegorz Matysik (po spektaklu Beata Beling wyjaśnia mi, w jaki sposób scenariusz trafił z Krakowa na zielonogórski grunt). Na deskach sceny oprócz państwa Belingów także inni świetni aktorzy – Wojciech Czarnota, Sławomir Krzywiźniak i Ludwik Schiller.

Jako widownia jesteśmy najpierw drętwi. Podejrzewam, że częściowo jest to wina tego, iż mamy ręce zajęte trzymaniem pucharków z napojami. Potem się rozkręcamy, a publiczność reaguje wybuchami śmiechu. Spektakl ma formę jednoaktówki złożonej z kilkunastu epizodów, zmiany dekoracji dokonują sami aktorzy na oczach widzów, których to nie rozprasza, bo zmiany te następują w czasie, gdy jeden z aktorów śpiewa w oryginalnej wersji językowej bądź to romans cygański, bądź to piosenkę rosyjskiego żula, lub serwowana jest popularna, skoczna, rosyjska piosenka w wersji instrumentalnej, zaczynająca się bodajże takimi słowami: „Oj, pałnym pałna maja karobuszka, jest w niej siciec i parcza”. (Głowy, a nawet ucha nie daję w zastaw, że to na pewno to, bo leci tylko podkład).

A z czego śmialiśmy się podczas tego spektaklu, panowie i panie? Ano, tak po gogolowsku – z samych siebie. Kiedyś na fali było śmiać się „z tych ruskich”, ale już naśmialiśmy się, nakpiliśmy się, no i „chwatit”, jak mawiają czasem po kielichu ci, którym od piątej klasy szkoły podstawowej język rosyjski wciskano mniej lub bardziej skutecznie do niechętnych głów. A Zoszczenko wyszydza w spektaklu gburowatość, brak ogłady, skąpstwo, nieszczerość, bezmyślność – cechy powszechne wśród wielu osobników gatunku ludzkiego, niezależne od szerokości geograficznej narodowości. Chociaż akcencików typowo „ruskich” trochę się tam uzbierało. Ot, na przykład incydent z bezmyślną konduktorką pociągu. Sama przeżyłam podobny, rzekłabym – jeszcze bardziej traumatyczny niż ten, którego doświadczył jeden z bohaterów spektaklu. Było to w latach siedemdziesiątych zeszłego stulecia, gdy wraz z rodzicami odbywałam podróż (po szynach nieco większej szerokości) na trasie Wilno-Mińsk. Mieliśmy wykupione bilety pierwszej klasy, lecz pani konduktorka z uroczym złotym zębem, papierosem wciśniętym w uszminkowane usteczka i miną niezmiernie groźną oświadczyła nam, że dla trzech osób nie będzie fatygować się otwieraniem wagonu pierwszej klasy, więc mamy wsiadać tam gdzie wszyscy, a jak nam się nie podoba, to „nie nada”. A że nam było „nada”, więc wsiedliśmy tam, gdzie nam pozwoliła – do wagonu towarowego, załadowanego kilkudziesięcioma żołnierzami oraz kilkoma niedobitkami cywilnych Rosjan. Było swojsko, bo żołnierze częstowali nas pichconą w wagonie grochówką, ale niezbyt miło, bo onuce – obowiązkowy szczegół żołnierskiego stroju – wisiały niczym świąteczne girlandy na sznurach rozciągniętych wzdłuż i w poprzek wagonu. Jaodbyłam całą podróż, siedząc na, drewnianej skrzyni, którą uprzejmy sołdat wyścielił własnym szynelem. Przed wyjściem dyskretnie zajrzałam do jej wnętrza – leżały tam... granaty. Ten fakt dostatecznie tłumaczy moją wybuchowość...

W spektaklu „Trójkąta” zobaczyć można mnóstwo smaczków tego rodzaju, świetnie zagranych przez trupę aktorską. A co rozbawiło widzów najbardziej? Scenki z poczekalni wczesno- radzieckiej służby zdrowia i urzędów. Miałam okazję ostatnimi czasy zawitać na izbę przyjęć oddziału ratunkowego naszego szpitala wojewódzkiego, na szczęście w charakterze osoby towarzyszącej. To, co zobaczyłam, nie odbiegało od scenki opisanej przez Zoszczenkę. Ludzi tłum, lekarz tylko jeden o specjalizacji „od wszystkiego”, płacz dzieci, fatalna organizacja. Młody chłopak półtorej godziny czeka na przyjęcie, trzymając w lewej dłoni... odrąbany kciuk dłoni prawej. Po wyjściu z gabinetu i założeniu opatrunku zwraca się do stojących w kolejce pacjentów z propozycją sprzedaży owego odrąbanego kciuka, bo „... mnie on i tak już teraz na nic się nie przyda” – stwierdza z uśmieszkiem nieco gorzkawym. To, niestety, nie scenka z Zoszczenki. Uszyma duszy mojej (bo moja dusza ma nie tylko oczy, ale i uszy) usłyszałam wówczas na ponurej, szpitalnej poczekalni szyderczy rechot. Czy to był pan, Michale Michajłowiczu?

Ileż zbieżności w tym spektaklu z naszą polską „europejską” rzeczywistością AD 2012! Możemy rzucać sobie tymi tam „okejami”, „sorrkami” itp., ale wciąż bliżej nam do „tych ruskich” niż do Europy. Ten spektakl mi to uświadomił. A na koniec publika odśpiewała wraz z aktorami znany przebój „Liechko na sierce ad pisni wiesiołaj”. Oj, i liechko i wiesioło – i trocho smieszno i trocho straszno... Ani mi się śni tłumaczyć treść ostatniego zdania. Po jednym głębszym zrozumie je każdy Słowianin. No, prawie każdy. A spektakl gorąco polecam.
Halina Bohuta-Stąpel

Poprawiony (wtorek, 23 kwietnia 2013 08:10)