Start Recenzje i omówienia Zwyczajność odchodzenia

Zwyczajność odchodzenia

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Jerzy Hajduga, Powieki wieków, Nowa Pracownia, Poznań 2012, 40 s.
Od pewnego czasu obserwuję przechodzącą przez poezje fale fascynacji śmiercią. Pisanie o śmierci zrobiło się modne i jakby wręcz obowiązkowe, jeśli wierszowi chce się przydać znamion wagi i powagi głosu. A czasami być nagradzanym. Co zrobić? Można tylko liczyć na to, że tego typu maniera kiedyś minie. Z drugiej strony, dający się odczuć klimat ewidentnego kończenia się dawnej epoki, dawnych pojęć, wartości, też wpływa na tego typu podejście do tworzenia.
Pamiętajmy zarazem, że rodzice wielu poetów po prostu umierają. Także koledzy i przyjaciele. I to boli. Jedną z reakcji jest wyrażenie w wierszu lub w całej książce tego skomplikowanego odstrony emocjonalnej faktu. Który zawsze wyostrza widzenie świata. Wyrażenie żalu urasta do kategorii obowiązku. Tak też ma się rzecz w najnowszym zbiorku Jerzego Hajdugi, poety z Drezdenka, będącego zarazem osobą duchowną. Powieki wieków przynoszą sporą garść wierszy, w których wyraźnie zaakcentowaną dominantą tematyczną jest choroba i śmierć matki poety. Wokół tego zagadnienia i doświadczenia budowane są niemal wszystkie teksty. Podstawową formę stanowi notatka, urywek zdania, krótkość wypowiedzi. W ten sposób przywoływana jest „mama” w tych szczególnych, ostatnich sytuacjach. Przy tym bez zadęcia eschatologicznego, patosu, ale zwyczajnie, bez poetyczności. Jest jednak tylko epizodycznie przywoływana, bez tła, szerszego rysu biografii, i kontekstu innych sytuacji i rekwizytów. To może dobrze. Ale czy na pewno? „Mama” Hajdugi, w wyniku wyselekcjonowania jej umierania z szerszego kontekstu, została jakby pozbawiona osobowości, matczyności, twarzy. I to zdaje się budzić wątpliwości, bo będąc synem, widzącym odchodzenie, w końcu śmierć, w gruncie rzeczy przyjmuje to wszystko, co się dzieje, dość oschle. I powierzchownie. Coś tu mi nie pasuje. Tu aż się prosi, aby ten obraz był bardziej wypełniony realiami, nasycony dramatem. Większą dozą wizualizacji. Oczywiście poeta stara się pokazywać niektóre detale, rzeczy - ów ręcznik, pościel szpitalną, klepsydrę, łóżko pod ścianą, trumnę, cmentarz. No i rysy swojego codziennego życia. Ale moim zdaniem zaprezentował raczej poetykę minimum, która nie jest w stanie udźwignąć tej niezwyczajnej zwyczajności umierania, która zdarza się w życiu człowieka tylko raz i nie jest nigdy powtarzalna. Oszczędność wyrazu, powstrzymywanie emocji z założenia słuszne, nie powinno zubożać tematu. Temat mógłby uderzyć, a nie uderza. Szkoda, że ta pożegnalna nuta nie zostaje tu głębiej rozwinięta, bo czasami jednak powinna. Dla poety priorytetem jest przemilczenie własnego bólu, synowskich odczuć. Zapewne zamiarem było wzmocnienie wymowy przekazu. Tak chcę to rozumieć. Sytuacji mają sprostać ujęcia w rodzaju: „sięgnąć po ręcznik higienicznie / na sznurze / takie twoje odchodzenie” lub: „a ty jedyna / pod kołderką / na poduszce”. Dramat jest, gdzieś dalej jest, schowany w tle, w niedopowiedzeniu. Wymaga więc lektura tego tomiku pewnego wysiłku od czytelnika, bo sporo musi on sobie sam uzupełnić. Taki to jest zbiorek, jakby zapiski dni, zwięzłe przywołania, czynione na bieżąco, ale i z perspektywy czasu, gdy: „Rodzisz mnie po latach”. I jeszcze jedna rzecz. W tym zbiorku gdzieś od strony 29 został urwany temat „mamy’. Nagle dalej Hajduga pomieszcza teksty nawet iście komiczne.: „w krzakach babcia klozetowa leży”. Zgłaszam tu swoje kategoryczne czytelnicze „nie”. Taki zgrzyt nie licuje z powagą wcześniej pomieszczonych utworów. Można odnieść wrażenie, że książeczka, niewielka zresztą objętościowo, została zredagowana pospiesznie, jakby na siłę. I tego nie da się niczym przykryć. Okładka też mogła być ciekawsza plastycznie. Potwierdza się prawda, że złożenie dobrej książki z wierszami wiąże się z wielkim wysiłkiem artystycznym i myślowym. A to i tak nie zawsze gwarantuje jej docenienie i zauważenie.
Czesław Sobkowiak

Poprawiony (wtorek, 23 kwietnia 2013 08:21)