Start Recenzje i omówienia Bez księżniczek i smoków

Bez księżniczek i smoków

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Zbigniew Kozłowski, Legendy lubuskie II, Wydawnictwo eMBePe, Żary 2010, 80 s.
Poczucie bycia „u siebie”, silna więź ze swoją małą ojczyzną i żyjącym w niej społeczeństwem są ważne dla każdego człowieka. Wzbudzanie takiego poczucia stało się jednym z celów historii regionalnej, bardzo popularnej i propagowanej w lokalnych środowiskach. Tworzenie prac historycznych dotyczących przeszłości danego regionu pozwala przybliżyć meandry jego dziejów i sprawić, że stanie się pewną częścią życia jego mieszkańców. Tematyka lokalna powoli wkracza we wszystkie dziedziny życia – na stałe zagościła w programach nauczania w szkołach, symbole charakterystyczne dla danego regionu widoczne są na ulicach miast, obchodzone są lokalne święta itp. Poczucie silnej tożsamości regionalnej uwidacznia się w kultywowaniu miejscowych tradycji i zwyczajów, a także w rozpowszechnianiu związanych z danym miejscem legend i opowieści.
Do grona pisarzy regionalistów niewątpliwie zaliczyć można Zbigniewa Kozłowskiego. Pochodzi on z Warmii, lecz swoją małą ojczyznę odnalazł na Ziemi Lubuskiej, gdzie mieszka, pracuje i oczywiście tworzy. Do tej pory ukazało się pięć książek Z. Kozłowskiego – powieść Skarb Atamana, za którą autor otrzymał Lubuski Wawrzyn Literacki w 2004 roku, Rycerze Placu Zamkowego, Mołojecka Pieśń, Legendy Lubuskie oraz najnowsze Legendy Lubuskie II, wydane w 2010 r. Ukazały się one wspólnym staraniem Starostw Powiatowych w Międzyrzeczu i Sulęcinie oraz Miejskiej Biblioteki Publicznej w Żarach. W skład tomu wchodzi pięć legend oraz Dodatek dla dociekliwych, całość opatrzona jest wstępem autora i krótkim opisem jego twórczości. Każdą legendę poprzedzają ilustracje wykonane przez Marka Gawrona, które pobudzają wyobraźnię odbiorcy i ułatwiają odbiór tekstu. Jak przystało na ten gatunek literacki, poszczególne historie nie są zbyt długie, liczą maksymalnie kilkanaście stron, zaś ich akcja rozgrywa się w lubuskich miejscowościach: Zielonej Górze, Międzyrzeczu, Gościeszowicach oraz nad Jeziorem Postomsko.
Czy legendy bez księżniczek i smoków są możliwe? Jak widać na przykładzie Legend, tak! Właśnie takie było założenie autora, aby w swoich opowieściach umieszczać „ludzi z krwi i kości”. Na kartach książki spotkać więc można rycerzy Władysława Jagiełły, Władysława Łokietka, Stefana Zapolyę, Jana Żagańskiego i Zygmunta Starego. Pomiędzy tymi historycznymi postaciami autor umieścił głównych bohaterów swych historii. Mamy więc Marcina z Międzychodu – autora pierwszego listu miłosnego napisanego po polsku – który z powodu dworskiej intrygi stracił szansę poślubienia ukochanej. Bohaterką kolejnej legendy jest Marianna, mniszka z Lubusza, która zginęła z ręki brutalnego Litwina. Dalej poznajemy losy międzyrzeckich rycerzy, wspomaganych przez Jana z Kolna, którzy bronią zamku przed najazdem. Następnie widzimy Hannę, uczennicę Wita Stwosza i Pawła z Lewoczy, spod jej dłuta wyjść miał ołtarz w gościeszowickim Kościele. Ostatnia legenda dotyczy bohaterskich mieszkańców, a raczej mieszkanek Zielonej Góry, które obroniły miasto przed dezerterami i skorumpowanym sędzią.
Autor uważa się za historyka z zamiłowania, a główny cel, jaki mu przyświeca, to „popularyzowanie wiedzy i historii” – jak sam napisał we wstępie do drugiej części Legend. Uwidacznia się to w obszernych opisach przeszłej rzeczywistości, np. w wyjaśnieniu idei i reguł średniowiecznych turniejów rycerskich. Zabieg ten ułatwia odbiór czytanych treści i pozwala na lepsze ich zrozumienie. Natomiast przeplatanie ze sobą losów postaci historycznych i całkowicie fikcyjnych uwiarygadnia opowieści i przedstawione w nich wydarzenia. Jednak z drugiej strony nieścisłości w opisie dają wypaczony obraz świata. Bo czy możliwe jest, że w Królestwie Polskim w początkach XV w. używano hełmów wynalezionych dopiero w wieku XVI? Może to być oczywiście pomyłka autora, który powszechnie używany w czasach bitwy pod Grunwaldem hełmy typu „psi pysk” utożsamił ze sto lat późniejszym, zwanym „żabi pysk”. Natomiast w przypadku postaci Jana z Kolna (nota bene najprawdopodobniej nigdy nie istniał) autor twierdzi stanowczo, że miał to być mieszkaniec dzisiejszej wsi Kolno koło Międzychodu, choć wszelkie poszlaki świadczą, że jeśli żył, to pochodził z miasta o tej samej nazwie leżącego na Podlasiu.
I choć legenda potrafi wybaczać takie niedociągnięcia, uderzające jest, że przy tych wszystkich quasi-historycznych opisach brakuje często dokładniejszych wyjaśnień. Tymczasem bez odpowiednich komentarzy treść pozostaje zupełnie niezrozumiała dla młodszych czytelników, którzy według Kozłowskiego mają być głównymi odbiorcami Legend. Odnotować trzeba też jeszcze jedno, związane z tym zastrzeżenie: Autor uważa za swoje zadanie ukazywanie słowiańskości, a wręcz polskości Ziemi Lubuskiej, co wielokrotnie podkreśla na kartach swojej książki. Wpajanie takich poglądów dzieciom i młodzieży wpisuje się jednak w propagowaną w poprzedniej epoce ideę „powrotu do macierzy” i fałszuje prawdziwą historię regionu.
Po lekturze Legend lubuskich II może pojawić się pytanie, do kogo tak naprawdę są one adresowane? Szczególnie widoczne to jest w języku, jakim posługuje się autor. Najmłodsi czytelnicy mogą mieć problem ze zrozumieniem treści, gdyż pojawia się tu wiele terminów, które są po prostu niejasne dla uczniów szkół podstawowych, a nawet gimnazjum. Zlepki takich encyklopedycznych haseł mogą świadczyć o wykształceniu i erudycji autora, nie przybliżą jednak dzieciom obrazu przeszłości. Natomiast dorosłym język Legend może się wydawać nieco infantylny, przepełniony frazesami i nie ratuje go nieśmiała próba stylizacji poprzez archaizację wypowiedzi bohaterów.
Zgodnie z fenomenologiczną koncepcją Mircei Eliadego zasadniczym celem mitów, legend i tym podobnych opowieści jest odpowiedź na pytanie „dlaczego?” (na przykład dlaczego dane wydarzenie miało miejsce, dlaczego bieg historii potoczył się tym torem itp.), z zastrzeżeniem, że nie podlega ona kryterium prawdy i fałszu. W tej kwestii Legendy sprawdzają się znakomicie. Autor tworzy własne wyjaśnienie, własną interpretację czy też wizję przeszłości, i w ten sposób cel zostaje osiągnięty. Hołduje przy tym także pięknym i wzniosłym wartościom, takim jak patriotyzm, walka o dobro swej małej ojczyzny, honor, miłość, czyli wszystko to, co powinno się zaszczepić każdemu małemu obywatelowi, a pielęgnować u dorosłych.
Po sukcesie dwóch części Legend lubuskich pozostaje nam czekać na ich trzecią odsłonę. Może dowiemy się, kto tak naprawdę założył Zieloną Górę, sprowadził na Ziemię Lubuską winną latorośl lub może poczytamy o jakiejś Białej Damie krążącej po ruinach jednego z lubuskich pałaców… Chociaż nie, ta ostatnia koncepcja raczej odpada, przecież Z. Kozłowski pisze tylko o „ludziach z krwi i kości”.

Emilia Kostka

Poprawiony (piątek, 01 czerwca 2012 12:43)