Start Recenzje i omówienia Daremność i dotkliwość doświadczenia

Daremność i dotkliwość doświadczenia

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Urszula Kozioł, Horrendum, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, 72 s.
Dorobek literacki, zwłaszcza poetycki, Urszuli Kozioł jest rozległy, bogaty, piękny i znaczący w poezji polskiej. To nie podlega dyskusji. Tak się złożyło, że przed czterdziestu laty mój bodaj pierwszy tekst krytycznoliteracki dotyczył dokonania poetyckiego właśnie autorki takich zbiorów jak m.in.: W rytmie korzeni, Lista obecności czy W rytmie słońca. Jakże dawny to już czas... W ubiegłym roku Wydawnictwo Literackie opublikowało kolejny zbiór poezji Kozioł pt. Horrendum. Horrendum, czyli dotkliwe doświadczenie istnienia bądź pustki. Jest w nim miejsce na intensywność i krańcowość zachwytu, oraz – jak w przypadku tego tomu – na przerażenie (zdumienie, lęk, trwożliwe przeczucie). Obecnie te dwa wewnętrzne nurty (tak to niedokładnie ujmę) kształtują żywioł poetycki Urszuli Kozioł. Stają się zarazem ważnym składnikiem tonacji lirycznej. Bardzo osobiście wyrażanej problematyki, obrazowanej niezwykle przekonywająco. One to decydują o wymiarze refleksji, o wchodzeniu w zamyślenie, formułowanie dotkliwych osobistych, a filozoficznych jednocześnie pytań, które dotyczą spraw biograficznych, wewnętrznych, codzienności, własnej twórczości, sztuki słowa, ale i szeroko pojmowanego uniwersum istnienia. Tudzież zagadnień społecznych. W Horrendum takim wierszem jest Piosenka o bezdomnych: „Ci co nie mają domu / gdzie mają spać”, co jeść, co pić. W odniesieniu do różnych spraw, z perspektywy przeżytych lat, prowadzony tu jest również rozrachunek.
Zawsze spektrum spraw, które interesowały Urszulę Kozioł, było szerokie, niejednorodne, otwarte na nowe wrażenia, impulsy, spostrzeżenia, skojarzenia i zagadnienia. Wrażliwość i aktywność, jak cechowała, tak i obecnie cechuje jej słowo. W tym względzie jest tak samo. Ma dobrą kontynuację ta sama żywość języka, lekkość i giętkość, gry semantyczne, świadomość tradycji, wykorzystywanie jej tropów (owych „stóp”, które już „po co komu”), w wierszach to samo bogactwo leksykalne. Że często tylko pozazdrościć. I – wypada dodać, bo to też bardzo ważne – uroczystość, subtelność, odkrywczość oraz powaga języka, nawet gdy mamy do czynienia ze zwyczajnością mowy, jej potocznością, to wpisana jest tonacja, która pozwala „jednak odróżnić wiersz / od niewiersza”. To dobrze.
Już w utworze, otwierającym książkę Do wiersza Urszula Kozioł daje wykład swojego widzenia poezji jako dążenia do objęcia jak najszerszej skali doświadczeń i prymatów sztuki słowa, które podmiotowo są sprawdzone i w praktyce realizowane. Widać, że ma miejsce przywiązanie do maksymalizmu. Stąd poetka decyduje się nawet na ton samooskarżenia w Znowu nie napisałam. Takie poczucie niedosytu, że to co ważne umyka, bo jest ciągle nieobjęte, nie daje spokoju każdemu ambitnemu pisarzowi. Powoduje wyrzuty sumienia, przyczynia się do określonych mąk, np: „Znowu dziś zapomniałam napisać Don Kichota”. Przywiązuje poetka wagę do mocy słowa, ale i ironizuje: „Wierszu mój [...] czy ja cię znam a ty czy mnie znasz i czy na pewno”. W innym miejscu przeczytamy: „moje słowa nie są ze skał”, „rozwiewają się na wietrze”. A więc dochodzi do głosu zarazem świadomość nieskuteczności artystycznego wysiłku, żeby nie powiedzieć jego słabości. Może słowa swoje miejsce – żartobliwie sugeruje poetka – znajdują gdzieś „na Drodze Mlecznej”. Wątpienie w tej poezji stałe dawało o sobie znać. Teraz jakby jeszcze mniej tu złudzeń odnośnie egzystencji, jak i sztuki. Dostrzeże czytelnik zmianę klimatu lirycznego, oczywiście, ale jest to ten sam nurt poetycki i byłoby dziwne, gdyby w coś (kogoś) innego przedzierżgnął się podmiot liryczny. Pisze się w końcu siebie, jednego i tego samego, ciągle ten sam wiersz. Jak niegdyś, tak i teraz czytelnik spotka i tu (w Horrendum) wiersze krótkie, jakże celne, frapujące błyski mowy (myślę zwłaszcza o pięknych, kontemplacyjnych Gamach), a obok nich utwory rozległe frazeologicznie i tematycznie, opisowe, narracyjne, wyposażone w aluzje (Ballada, O czym śpiewają Syreny, I co z tego). Obrazy i słowa ciągle dotyczą również natury, życia, tyle tylko, że teraz inaczej, dogłębniej, dramatyczniej jego sens jest przedstawiony, bo w poczuciu wyraźnego powstrzymania się przed postawieniem przysłowiowej kropki nad i.
Cechuje te wiersze nie tonacja twierdzenia, wyjaśnienia, pewności, definiowania, lecz na plan pierwszy wysuwa się (może źle to powiedziane, bo przecież nie wysuwa się) wielka niewiadoma, która nie dozwala na kategoryczne osądy ani formułowanie obowiązującej lub zobowiązującej czy jakiejkolwiek innej wiedzy o tym, jaka jest prawda świata lub prawda człowieka. Właściwiej, a to znaczy: bardziej człowieczo, zapewne i mądrzej, jest nawet wobec drobiny istnienia „kuli dmuchawca” przyznać się do będącego u podstawy każdego zdziwienia „nie wiem” – że ten drobiazg nasionka i puchu „zbija mnie z tropu bo / na dobrą sprawę nic / nie rozumiem nic / z tego co tak na pozór proste co / na pozór wytłumaczalne”. Na tej zasadzie możliwa jest jakaś przynajmniej płaszczyzna porozumienia. Jakieś oswojenie obcości. Nie dopowiada poetka, co się kryje w tej przeczuwanej niewytłumaczalności; jaki sens, jakie przeznaczenie każdej rzeczy i zjawiska lub własnego „ja”, czy tylko łączy się z nim przypadkowość. Dopowiedzieć tego nie może. Z tego typu doznaniem łączy się dotkliwość i niemoc ludzkiego poznania, dławiąca relatywność, bo są zaledwie „Słowa uwięzłe w gardle”, co zostaną „wybite / do ostatniej zgłoski”. Ta opowieść o poruszaniu się po ruchliwych piaskach i nieustannym usuwaniu się tego piasku spod stóp nasycona jest wycofywaniem się ze złudzeń. W zmienności istnienia nic nie może być zatrzymane ani na zawsze ustalone. Wypada nawet zgodzić się, aby byt poetycki „wiuwał na wietrze”. Ta niepewność, niestałość, poczucie „ogromu niepojętości”, zachwianie wiary („nie wierzę że szło o to”) to też jedna z odsłon tytułowego „horrendum” tego tomu. Na różne sposoby i w różnych sytuacjach daje ono o sobie znać i się przejawia. Sprawia, że podmiot czasami sen i jawę, byt i nicość traktuje zamiennie, że myli przestrzenie realne z nierealnymi. Toteż zwraca się poetka do swego poetyckiego czy też realnego rozmówcy z apelem: „nie udawaj że wiesz coś więcej niż wiesz”. Na tej drodze jednak może możliwe jest porozumienie międzyludzkie, mimo że towarzyszy mu niełatwe do zniesienia zatrwożenie bezradnością; może pozostaje tylko czysta, trudna refleksja o wspólnocie dramatyzmu (ze swej istoty heroiczna), jednak gorzka, której nie da się niczym przezwyciężyć, czyli zapełnić. Ale mimo tych dolegliwości odpowiedzią nie bywa tu nihilizm, czyli przekreślenie, czyli odmowa. Do głosu nie zostaje dopuszczone Nic. Jeśli już, to raczej jest trwoga. Tak jak w wierszu pt. Żółta gwiazda – ów „Bagaż światła zaraz za linią horyzontu” „okaże się balastem” epistemologicznie, jak i eschatologicznie. I tak jak w wierszu Moja piosenka. Nieprzydatność wiedzy wobec tego co nieznane i ostateczne wyznacza skalę podmiotowego horrendum. Stwarza dramatyczne napięcie. Doznanie tej dotkliwości rodzi pytania, wyłącznie pytania: „czy niepojętość świata / stała się bardziej pojętna”? W końcu mimo wszelkich wysiłków „nadal nie uchylony będzie nawet rąbek / najważniejszej z tajemnic”. Można rzec, że w sposób bardzo bezpośredni i z dużą dozą szczerości (czasami żartobliwie) zostają tu obnażone podmiotowe zwątpienia, lęki, także irytacje i egzystencjalne samotności.
Znakiem poezji Urszuli Kozioł jest ciągła aktywność, aktywność pozwala nie być obojętnym na przydane światu uroki, cudowności „młodziutkiej soboty”, piękno natury, irysów, nawet przeoczone, spóźnione, chwilowe, przypominane, już niedające się powtórzyć (być „refrenem”) ani budzić ufności, bo rytm życia dryfuje, ostatecznie łudzi, wydaje się być pożegnalny. Wszystko to jest w „Horrendum” i mimo odczutej daremności, obecne jest w tym tomie także piękno.

Czesław Sobkowiak

Poprawiony (piątek, 01 czerwca 2012 12:42)