Start Recenzje i omówienia Żyć dla Teatru czy Żyć z Teatru?

Żyć dla Teatru czy Żyć z Teatru?

Antoni Czechow, spektakl Czajka. Portrety miłości, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska, scenografia Agnieszka Zawadowska, muzyka Kuba Kapsa. Grają: Marzena Wieczorek (Irena Arkadia), Włodzimierz Chomiak (Konstanty Trieplew), Michał Anioł (Piotr Sorin), Adrianna Góralska (Nina Zarzeczna), Bogumiła Jędrzejczyk (Paulina), Karolina Milkowska-Prorok (Masza), Przemysław Kapsa (Borys Trigorin), Cezary Żołyński (Eugeniusz Dorn), Artur Nełkowski (Siemion Miedwiedienko). Premiera 18 września 2010 r.
Proszę wybaczyć, że zaczynam od rzeczy pozornie błahej, ale warto wspomnieć o tym, że gorzowska scena ma już scenę obrotową. I jeszcze jedno: scena obrotowa zadebiutowała w omawianej premierze znakomicie!
To druga inscenizacja Czechowa w naszym województwie w ostatnim czasie. Zresztą modne stało się ostatnio w Polsce i np. w Rosji wybieranie partytury Czechowa. Uczynili to m.in. Maja Kleczewska w Jeleniej Górze i Nikołaj Kolada (dramaturg, autor 90 dramatów, w tym Martwej królewny, twórca Teatru Nikołaja Kolady z Jekaterinburgu). Tak na marginesie – oglądałem ostatnio Wiśniowy sad w realizacji Nikołaja Kolady i daleki jest on od charakterystycznych dla adaptacji tego dramatu Czechowa smutnych rozmyślań, leniwych rozmów, półtonów i cichej tęsknoty. Kolada sugeruje, że Wiśniowego sadu – utożsamianego z sumieniem, honorem, miłością do ojczyzny – już dawno nie ma, został sprzedany, a nastaje „nowy Ruski” – Łopachin – Czechowowski człowiek interesu. Kolada tekstowi Czechowa pozostaje jednak wierny. Wcześniej (marzec 2010) Lubuski Teatr wystawił przy pomocy reżysera Piotra Ratajczaka Trzy siostry. Miałem okazję pisać w recenzji Pusty Czechow („Puls” czerwiec 2010): „I nie chodzi tu o mordowanie Czechowa. Zastanawiam się dlaczego spektakl został zatytułowany Trzy siostry Antoniego Czechowa. Po co? Jakim prawem? Kiedy Paweł Miśkiewicz wystawiał ów dramat, dokonując istotnych zmian, nazwał go One, zachowując nieco przyzwoitości. Czy młody dramaturg, Jan Czapliński, musiał się koniecznie podpierać tytułem i autorytetem Czechowa? Nie mógł napisać nowego dramatu, jak Bożena Keff? Bardziej genialnego niż ten z 1901 roku, ale na własny rachunek. Bo co? Bo wszystko wolno! Bo – jak pisze dziennikarz – to oznaka odwagi, wyskakiwania z kapci. Jakiej odwagi? Grzebać w cudzej myśli intelektualnej to po prostu brak przyzwoitości”.

Gorzowska inscenizacja i jej reżyserka Agnieszka Lipiec-Wróblewska w swojej pracy artystycznej pozostała wierna (jak Nikołaj Kolada) Czechowowi, zatem – należy jednoznacznie dodać – tworzy widowisko na wskroś nowoczesne i wyszukane.

Wróblewska, poza wszystkim daje dowód, że potrafi pracować z aktorami i zna reżyserskie rzemiosło. Była asystentka Jerzego Grzegorzewskiego skupia się na słowie, by nie uronić Czechowowskiej myśli. Pracowała wszak z najlepszymi. Jej ulubionym aktorem jest Krzysztof Majchrzak, znany choćby z adaptacji Tamy McPhersona pokazywanej w Zielonej Górze podczas Przeglądu Współczesnego Dramatu w 2003 roku.

Słowo jednak najlepiej wybrzmiewa w zbudowanej postaci, postaci świadomej swoich racji i idei. A przecież, kto jak kto, ale Czechow potrafił kreować pełne osobowości postaci.

Dowodem jest chociażby kreacja Marzeny Wieczorek, którą do tej pory znaliśmy z ról amantek. Tym razem Wieczorek gra kobietę dojrzałą (Irena Arkadina), pozornie silną, ale jak wszyscy bohaterowie dramatów Czechowa, spragnioną miłości. Podobnie Michał Anioł jako Piotr Sorin zachowuje dyskretny dystans do budowanej przez siebie roli. Artur Nełkowski (Siemion Miedwiedienko) z kolei, jest najbardziej Czechowowską postacią wśród obecnych na scenie, choć – zdajemy sobie sprawę – najbardziej umowną, wyciągniętą z lamusa XIX wiecznego teatru, ale budzącą sympatię.

Wróblewska zaadoptowała tekst Czechowa, wydobywając z niego krzyżujące się, powikłane splątane miłosne emocje. Pech tylko w tym, że nie trafiają one we właściwy cel. Zatem nie jest to tekst o szczęśliwym uczuciu, ale indywidualne portrety miłości.

Czechow Wróblewskiej jest momentami metafizyczny. To zasługa muzyki Kuby Kapsy. Podobnie jak scenografii Agnieszki Zawadowskiej, dyskretnej, a pomimo to otwierającej uniwersalną przestrzeń dla dosyć uniwersalnego świata Czechowa. Udało się też Agnieszce Lipiec zamknąć, na ogół powolne w kontekście upływającego czasu, zdarzenia w dwuczęściowej pigułce widowiska trwającego godzinę i czterdzieści minut. Przekład (Artur Sandauer) też nie brzmi staroświecko.

Jednak portrety miłości to nie wszystko w Portretach miłości. Dążenia w sztuce, przemiany teatru i w teatrze. Granice kompromisu w procesie tworzenia i pożytki z tego płynące. Tak wiele tu pytań o teatr, które stawia gorzowskie przedstawienie. Relacja Konstanty Trieplew (Włodzimierz Chomiak) – Borys Trigorin (Przemysław Kapsa) to spór o postawę w sztuce, to odwieczna i nigdy niezakończona dyskusja nad tezą, którą tak znakomicie spointował Grochowiak: bunt się ustatecznia. My w inscenizacji widzimy pytanie: „Żyć dla Teatru czy Żyć z Teatru?”. Podobnie jak choćby w historycznych dramatach Macieja Wojtyszki: w Bułhakowie wystawianym na deskach krakowskiego Teatru Słowackiego czy też w Całe życie głupi, który przynosi tezę, że Michał Bałucki musiał popełnić samobójstwo, aby mogła wtargnąć na Scenę epoka Stanisława Wyspiańskiego.

Andrzej Buck