Start Recenzje i omówienia Filozof z Wolsztyna

Filozof z Wolsztyna

Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Sławomir Jastrzębiec-Kozłowski, Józef Maria Hoene Wroński, Fortes – Artur Skorupiński, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Wolsztyn im. Stanisława Platera, Wolsztyn 2013, 164 s.

Wolsztyn zapisał się w mojej pamięci jako miasto, które nieco zdumionymi oczami zobaczył kilkuletni wiejski chłopiec z Jaromierza, czyli ja, który to z mamą, zazwyczaj wczesnym, chłodnym rankiem, pociągiem ciągniętym przez osmoloną, czarną lokomotywę, udawał się do sklepów i na targ. To znaczy udawała się mama. A ja, cóż, nie mogłem sam zostać w domu. Mama zabierała za każdym razem coś do sprzedania na targowisku, coś zarazem kupowała. Szczególnie nasiona, guziki, tasiemki, materiały, by z nich uszyć mi spodnie lub koszulę. Potrafiła to. Jechaliśmy więc wczesnym rankiem, trząsłem się z zimna, nieco zaspany patrzyłem przez okno, a potem szliśmy dość długo, jak mi się wydawało, z dworca aż na targowisko. Po drodze wstępowaliśmy do kościoła na chwilę modlitwy. A po wszystkim do cioci Jadwigi mieszkającej na ulicy Polnej. Piliśmy u niej herbatę. I wracaliśmy do domu. Gdy podrosłem, podróże odbywałem już sam. Dużo tego Wolsztyna według własnego pomysłu wtedy zobaczyłem.

Po wielu latach znów pojawił się Wolsztyn. Tym razem za sprawą odkrycia bardzo przyjaznego dla poezji klimatu w bibliotece, którą kieruje pełna osobistego uroku pani Arleta Prządka. Ostatnio ta biblioteka, przypuszczam, że wzorem innych tego typu placówek, podjęła piękną ideę, polegającą na wydawaniu lokalnych książek, nawiązujących tematycznie do miasta. Mówiąc wprost: jej nakładem, przy współpracy z Wydawnictwem Fortes Artura Skorupińskiego z Karpicka, ukazała się publikacja pt. Józef Maria Hoene Wroński autorstwa Sławomira Jastrzębiec-Kozłowskiego, jakiej nie powstydziłaby się żadna inna oficyna wydawnicza. Jest ona poświęcona monograficznemu przybliżeniu „sylwetki i doktryny” wielkiej postaci, wywodzącej się ściśle z tego uroczego miasteczka nad rzeką Dojcą, tej wybitnej indywidualności, o której jest nie za wiele w opisie naszej historii, a zwłaszcza dziejów polskiego romantyzmu. Była to osoba wysokiej, pod każdym względem, miary i wysokiego formatu duchowego, ponadprzeciętnych zdolności ujawnionych w wielu dziedzinach – od wojskowości począwszy, a na filozofii skończywszy. Już tylko pobieżne poznanie biogramu tego człowieka pozwala dojść do wniosku, że chodzi o kogoś wybitnego.
Książka z jednej strony przedstawia biografię słynnego wolsztynianina, którego ślad obecności zaznacza pomnik, wystawiony przy ulicy 5 Stycznia oraz tablica pamiątkowa na domu przy ulicy Kościelnej, gdzie przyszedł na świat (1776). Autor lokuje Hoene Wrońskiego w realiach społecznych i politycznych ówczesnej Europy, przez co lepiej daje się zrozumieć jego motywacje ideowe i wysiłki twórcze. A z drugiej, w kolejnych rozdziałach, z godnym podziwu pietyzmem i popisową erudycją (takiej książki szybko nie da się napisać) stara się przedstawić bogaty twórczy dorobek: jego pisma odnoszące się polemicznie do filozofii Kanta, Fichtego, do postaci Napoleona i inne – jego teksty metafizyczne, historiozoficzne, astronomiczne, matematycznie – dotyczące także technicznych wynalazków. Jest to wszystko ciekawe i zajmujące. Trzeba powiedzieć, że nie wszystkie prace (pisane po francusku) zdołał Hoene Wroński opublikować za życia.
Jego biografia jest niezwykła, w takim samym stopniu jak niezwykła i przeniknięta przemożną ambicją stworzenia uniwersalnego systemu filozoficznego, w oparciu o odkrycie „istoty absolutu” i podkreślenia rangi praw rozumu, jest jego działalność intelektualna. Dążąca w każdym wymiarze do odkrycia prawdy bezwarunkowej. Jastrzębiec-Kozłowski pisze, że przez wszystkie „swe dni domagał się on w istocie racjonalności praw naukowych”. Jako 16-letni młodzieniec opuszcza dom rodzinny (1792) i wbrew woli ojca wstępuje do Szkoły Korpusu Artylerii, bierze udział w powstaniu kościuszkowskim. Za zasługi na polu walki otrzymuje od samego Tadeusza Kościuszki złoty zegarek z łańcuszkiem. Potem dostaje się do niewoli rosyjskiej, wstępuje poniekąd pod przymusem do wrogiej armii, od razu jest tam doceniony. Zostaje nawet przedstawiony carowi Pawłowi I Romanowowi. Jednak mimo zyskanego uznania i awansu wojskowego występuje z armii rosyjskiej, decyduje się podążać inną drogą życiową jako tą najwłaściwszą. Udaje się do Francji, na emigrację.
Nie miejsce, by tu, w recenzji, całość spraw jego losu przedstawiać, a więc i zarysów filozoficznej jego doktryny, zwłaszcza że te akapity książki cechuje duża doza hermetyzmu języka stricte filozoficznego. Tenże czasem utrudnia jej percepcję, lecz chcę zauważyć, że autor oddaje Hoene Wrońskiemu należny mu nimb jako twórcy idei mesjanistycznej. Została w książce podniesiona rola narodów słowiańskich, powołanych do odegrania epokowej roli w odrodzeniu ducha cywilizacji europejskiej, co do dzisiaj raz po raz pobrzmiewa. Polsce przyznawał w tym procesie miejsce centralne. Wiadomym jest, że jego wykładów słuchał sam Adam Mickiewicz, który także tę ideę eksponował w swoich wykładach, jak i całe środowisko Towiańskiego. Ponad wszelką wątpliwość te kręgi emigracyjne przywłaszczyły sobie jej autorstwo. To gwoli ścisłości i dziejowej sprawiedliwości. Oczywiście nie miał polski filozof z Wolsztyna łatwego życia, mimo że mógł takowe wybrać. Większość swoich pism wydawał „własnym sumptem”. W ten sposób „co roku ogłaszał średnio 225-230 stron przemyśleń”. Biblioteka w Wolsztynie szczęśliwym trafem jest w posiadaniu 30 jego francuskich wydań. Jego los na koniec życia ułożył się podobnie jak los Norwida. Analogia jest wyraźna. Cierpiał ogromne niedostatki egzystencjalne. Gros jego lat było „jednym pasmem zabiegania o mecenasów i borykania się z kłopotami materialnymi. [...] było epoką bezustannej pracy umysłowej po kilka lub kilkanaście godzin na dobę”. Także rozczarowań i bycia niezrozumianym. Na tym tle jedno z najjaśniejszych pasm łączy się z postacią bezgranicznie oddanej i rozumiejącej jego idee żony, która go nie odstępowała. Henryka Wiktoria Wrońska (z wysokiego rodu Sarrazin de Montferrier), wraz z przybraną córką Matyldą Conseillant, całymi wieczorami z wielkim poświęceniem i wiarą w geniusz kopiowała jego rękopisy. W wyniku biedy – jak pisze Jastrzębiec-Kozłowski – zmarło pierwsze dziecko Wrońskich. Dowodem na posiadany w środowisku polonijnym prestiż niech będzie taki fakt, że na kilka dni przed śmiercią (9 sierpnia 1853) odwiedził Hoene Wrońskiego sam książę Adam Czartoryski.
Książka o wielkim wolsztynianinie celnie wpisuje się w ideę genius loci tego nie za dużego, ale przecież ciekawego miasta. Chcę zauważyć, że jej narracja jest pięknie przesycona bogatą faktografią oraz erudycyjnymi odniesieniami do zagadnień odnoszących się do samej filozofii, jak i późniejszej percepcji myśli Józefa Marii Hoene Wrońskiego. Temat wyśmienity na sesję naukową oraz na piękny film.

Czesław Sobkowiak

Poprawiony (środa, 25 kwietnia 2018 12:27)