Start Recenzje i omówienia Uroki azylu

Uroki azylu

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Agnieszka Ginko, Kruche, Lubuska Agencja ELBLASK sp. z o.o., Zielona Góra 2017, 46 s.

Agnieszka Ginko zamieściła na okładce debiutanckiego zbiorku poetyckiego Kruche ciekawy biogram, pokazujący aktywność literacką i nie tylko. Od razu nasuwają się interpretacyjne możliwości. „Kruche” jest życie (wiemy o tym), „kruche” jest też słowo, bo jest za słabe, by sprostać skomplikowanej składni świata. Świadomość „kruchości” może implikować podejście specyficzne do sztuki i istnienia. A wiec prostotę, umiar, pokorę, cenienie rzeczy najbliższych. I od razu zauważę, że te wszystkie cechy w tym zbiorku czytelnik znajdzie. Po publikacji książek dla dzieci, tekstów edukacyjnych i poetyckich, w wielu pismach w Polsce i za granicą, przyszedł czas na wyrażenie obserwacji i doświadczeń osobistych.

W Zielonej Górze Agnieszka Ginko osiedliła się w 2014 roku. Pracuje w Bibliotece Norwida. Należy do Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. Poezja osobista w jakimś zakresie jest przedłużeniem jej tworzenia dla dzieci. W tym gatunku zdobyte umiejętności warsztatowe z pewnością teraz bardzo się przydają. Chociaż mamy do czynienia z debiutem, to faktycznie jest to kontynuacja tworzenia. Dostrzec można również jakby sposób patrzenia na świat oczami dziecka, a przynajmniej sympatyzowanie z takim spojrzeniem, którego wartość poetka docenia. Zresztą o dziecko, które ma się narodzić, zwłaszcza w centralnej części książki (Z Księgi Genesis) chodzi. Tam czytam podniosłą i apologetyczną linijkę: „Jasny smak pomarańczy królować Ci będzie”. Poza tym w jednym z początkowych wierszy (Zimowo) Agnieszka Ginko pisze: „Tylko dzieci rysują/ patykiem na śniegu/ swoje marzenia/ Tylko dorośli/ strzepują śnieg z butów”. Kilka słów, a jak ważne w nich rozróżnienie. I tak jest w kolejnych wierszach. Ważne dla podmiotu lirycznego i dla samej poetki. W zasadzie mówi głównie od siebie i swoje słowo lokuje w sferze prywatnej egzystencji. Istotne sprawy, przez nią postrzegane, przeżywane, nie muszą i nie bywają nawet zauważane przez nikogo więcej. Pozornie małe. Codzienne. Nad nimi kosmicznie patronuje Droga Mleczna. Poetka dba, by pokazać raczej wrażliwość dziecięcą niż „dorosłych”. Konsekwentnie chroni tę świeżość i jakąś dozę niewinności. To ważne. Chroni bowiem autentyczność i łączącą się z nią prawdę. Jej problemem literackim jest nie tyle obnażanie skażeń lub patologii wszelkiego rodzaju, co mogłoby skłaniać do refleksji moralnej lub cywilizacyjnej, a głównie chodzi o żarliwe docenianie piękna, narodzin życia, dobra, pozytywności. Może nawet tylko na te sprawy poetka chce zwracać uwagę. Taka jej
osobowość. I taka chwila. Wiersze są niedużej objętości i czyta się je lekko. I podczas lektury może udzielać się optymizmem nacechowane ich obrazowanie. Nie ma obsesji, mroczności, okrucieństw cierpienia, bólów, samotności, obaw etc. Jeśli już, to na dalekim tle jawią się jakieś nerwice, depresje, anoreksje. Raczej „Paruje światło przyczepione do szkła jak do lustra”, a „dzika róża/ kocha się z kroplą rosy”, zaś po obudzeniu się poetka dostrzega „śnieg i niecodzienność”. Czuje wyjątkowość i zaskakującą naturę świata.
Myślę, że Agnieszka Ginko bez większego trudu ujawnia skłonność do zachwytu oraz pochwały uroku życia. To zauroczenie jest różnorako motywowane, ale ma ono także jakby coś z klimatu naiwności, którą możemy spotkać w poezjach Jana Twardowskiego czy nawet Czesława Miłosza (Poema naiwne). To jest oczywiście naiwność (szczęśliwość) ocalająca. I zarazem chroniąca przed tym, co może podmiotowi zagrażać: „Na razie zanurzamy się w sobie, a statek widmo to sen/ Aż kłujący, rozżarzony dzień/ przywoła nas do pionu”. Celowo te wersy przytaczam, gdyż nie chcę sugerować, że prowadzi nas poetka wyłącznie przez krainy łagodności, tyleż prywatnej, co kosmogonicznej proweniencji. Jakieś cienie pojawiają się (Jachowi), ale sobie z nimi można dać radę. Poetka nie dramatyzuje. Nie eskaluje kontrastów. Zaledwie je zaznacza. Wie, że „Nie dosięgną nas tu, gdzie buszuje w jeziorze/ w stadzie dzikiej trzciny słońce”. To jest jednak możliwość tymczasowa. Azylu erotyki i innego rodzaju azylu, mimo jego pielęgnowania i chronienia, w nieskończoność zachować się nie da. Chwila sama w sobie tylko doraźnie może być azylem. Pozwala być tak że ucieczką. Owszem uprawnione są, i niech będą, wszelkie chwilowe ufności pokładane w prostym obrazowaniu, w syceniu się „różową skórką raju”, bo „Tutaj od do jest jeszcze łatwe./ Niebo rozciąga się od samolotu do samolotu”. Wszelkie dostrzegane pasikoniki, biedronki pięknem dopełniają arkadyjski ten obraz. Ów mikrokosmos jest w ruchu i nie zakorzenia się w tych wierszach w uogólniającą wizję. I co najważniejsze – owych doznań i obrazów nie obciąża poetka patetycznością. Dzięki temu w jej radościach i smakach, i fascynacjach łatwiej czytelnik może uczestniczyć, bez pokonywania określonych progów intelektualnych. W takim podejściu sprawdza się poetyka notatki, relacji lub szkicu. Potrafi być użyteczna. Tak, ale bez pogłębionej refleksji obraz świata, czyli jego „od do” wyda się w końcu powierzchowne. Inaczej mówiąc: skapituluje. „Kruche” istnienie odsłoni trudno akceptowalną dotkliwość.

Czesław Sobkowiak