Start Recenzje i omówienia Na Zachodzie wiele zmian...

Na Zachodzie wiele zmian...

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Zofia Mąkosa, Wendyjska winnica. Cierpkie grona, Poznań 2017, 476 s.
Krzysztof Koziołek, Góra Synaj, Warszawa 2017, 302 s.
Marek Krajewski, Mock. Ludzkie zoo, Kraków 2017, 400 s.


Literatura odwołująca się do niemieckiej przeszłości tzw. Ziem Odzyskanych nadal ma się dobrze. Kwitnie i powieść obyczajowa, i monografia historyczna, powstają też kryminały retro. W tej pierwszej kategorii na szczególną uwagę w bieżącym roku zasługuje debiut Zofii Mąkosy. Pisarka urodziła się w Kargowej, a dzieciństwo spędziła w Chwalimiu.Jest emerytowaną nauczycielką historii i wiedzy o społeczeństwie. Jak sama mówi, czytanie książek to jej największa pasja. Jest szczęśliwą żoną, matką trójki dzieci oraz babcią małej Marysi i zupełnie malutkiego Ignasia. Powieść, a właściwie saga Z. Mąkosy Wendyjska winnica. Cierpkie grona, rozpoczyna się w roku 1938 w Chwalimiu (niem. Altreben), wsi położonej na pograniczu niemiecko-polskim. Na kartach książki autorka ożywiła ostatnich potomków Słowian pochodzących od Serbów Łużyckich – Wendów. Główną postacią w książce jest Marta Neuman. Całe jej życie właściwie wypełnia ciężka praca w gospodarstwie, w polu oraz na winnicy. W chwilach zwątpienia Marta jako gorliwa luteranka szuka pociechy w lekturze Pisma Świętego. Na swój wzór – dobrej gospodyni, żony i matki – próbuje wychować córkę Matyldę, która jednak z czasem daje się uwieść hitlerowskiej propagandzie i sens swojego życia odnajduje w służbie niemieckiej ojczyźnie, przeżywa też pierwsze zakochanie i coraz bardziej oddala się od matki. Kolejną bohaterką opowieści jest Janka Kaczmarek, Polka spokrewniona z rodziną Neumannów, osoba gorliwie wierząca i żyjąca według zasad wiary katolickiej. To właśnie polskość i dobroć stają się przyczyną problemów kobiety, która w wyniku ludzkiej niegodziwości trafia do obozu koncentracyjnego. Oprócz tych głównych wątków, autorka wplotła w kanwę narracji wiele historii i motywów pobocznych, które tworzą panoramę życia nie tylko w urokliwej wiosce, ale i w bombardowanym przez aliantów Berlinie. Jest to także kronika obyczajów, zasad i kultury wendyjskiej. Ostatecznie, dla mieszkańców Chwalimia wojna okazuje się sprawdzianem moralności, który zdają tylko nieliczni, a nazistowskie idee znajdują więcej zwolenników niż przeciwników. Wielkim plusem jest zachowany przez Z. Mąkosę obiektywizm oraz dbałość o detale, oparta na dokładnie przeprowadzonych badaniach historycznych. Pozostaje nadzieja, że kolejne tomy serii planowanej jako trylogia utrzymają poziom pierwszej części.

Również w roku 1938 rozpoczyna się (i trwa) akcja kolejnego kryminału autorstwa Krzysztofa Koziołka – Góry Synaj. Autor ponownie zaprosił nas do świata, którego głównymi bohaterami są znani z książki Furia rodzi się w Sławie Anton Habicht i hrabina Franziska von Häften, jednak (nawiązując do mojej recenzji Furii – „Pro Libris” nr 1-4, 2016) nie jest już tak wesoło. Robi się za to treściwie. Krzysztof Koziołek ograniczył nieco skrupulatne budowanie charakteru każdej z postaci występujących w książce na rzecz akcji. Dzieje się dużo i szybko. Jest to, co powinno być: śledztwo, pościgi, mordobicia. Naturalnie autor musiał dorzucić szczyptę czarnego humoru, który odnalazłam m.in. we „fraszce” o kałuży ułożonej przez śledczego Matzkego z Kripo: „stoi woda stoi, słońca się nie boi”. Co mnie ucieszyło, pisarz nie odszedł od tak lubianych przez czytelników opisów lokalnych, tu: głogowskich (niem. Glogau) i nowosolskich (niem. Neusalz) knajp, restauracji i wyszynków oraz potraw tam serwowanych. Myślę, że nie ma potrzeby większego przedstawiania fabuły, bo Górę Synaj po prostu trzeba przeczytać. Duży ukłon dla Krzysztofa za odtworzenie topografii obydwu miast z niezwykłą dbałością o szczegóły, a także próbę wykreowania atmosfery roku 1938 (metod działania organów śledczych, nastrojów społecznych
czy ducha wszechobecnego uwielbienia dla partii nazistowskiej i Hitlera).
Jako nagłówek niniejszej recenzji dałam parafrazę tytułu powieści Ericha Marii Remarque’a Na Zachodzie bez zmian. Po lekturze nowego tzw. Mocka (Marek Krajewski, Mock. Ludzkie zoo) uważam, że coś się zmieniło. Krajewski, którego darzę ogromnym szacunkiem za pomysłowość, erudycję i klasę, znowu nie oszczędza czytelnika, lecz jak to mówią: co za dużo, to niezdrowo... Narracja osadzona jest tym razem w latach 1914-29, a inspiracją dla autora stała się bulwersująca historia, która rozegrała się w przedwojennym Wrocławiu (niem. Breslau). Pisarz ponownie skupił się na mrocznych aspektach ludzkiej natury, krążących poza granicami norm etycznych. Jednak za mało tu paskudnego, choć inteligentnego Eberharda „Ebiego” Mocka z pierwszych tomów cyklu, a za dużo makabry i okrucieństwa okraszonego komiksowymi wręcz kadrami czy „podbramkowymi” sytuacjami, kończącymi się dobrze dla naszego bohatera (np. pierwszy pobyt w Hadesie).
Co do ciekawostek dotyczących gastronomii w stolicy Dolnego Śląska – autor przedstawił działającą w mieście, nowoczesną jak na owe czasy, restaurację automatyczną, w której wybrane potrawy można było sobie kupić, wrzucając monetę do odpowiedniej maszyny.
Markowi Krajewskiemu pod samym nosem wyrasta naprawdę solidna konkurencja, która i potrafi spopularyzować historię i udatnie odtworzyć klimat przedwojnia. Ja na pewno wrócę do Breslau jeszcze nieraz, ale są tacy, którzy chętniej udadzą się do Neusalz, Glogau albo do Altreben.

Alina Polak-Woźniak