Start Recenzje i omówienia Kulinaria Waśkiewicza

Kulinaria Waśkiewicza

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Andrzej K. Waśkiewicz, Jedzenie jest niezdrowe. Ale przyjemne…, Związek Literatów Polskich, wyd. II poszerzone, Zielona Góra 2017, 36 s.

Artyści, pisarze poza tym, że zajmują się głównie swoimi życiowymi profesjami, jak każdy w zasadzie człowiek, bywa, że sporo czasu oddają również zajęciom pobocznym. Kolekcjonują dzieła sztuki, stare samochody, liście drzew, monety, butelki wina, znaczki, książki, różnorakie przedmioty etc. A nawet polne kamienie. I mają w tych niepozbawionych pasji zajęciach, także domowych, często spore osiągnięcia. Posiłku ją się ową „nieprawdopodobnie dużą wiedzą” – jak stwierdza o swoim ojcu Marcin Waśkiewicz. Z biegiem czasu stają się specjalistami w przedmiocie swoich hobby. W czym rzecz. Moim zdaniem w dywersyfikacji zainteresowań, co może mieć dobry wpływ na zajęcia główne, albowiem emocje nowego typu oczyszczają wnętrze, relaksują ducha, wprowadzają jakiś rodzaj odpoczynku. Tak też pewnie było, gdy idzie o Andrzeja K. Waśkiewicza.
Jak wyznaje w pomieszczonym na końcu książki Jedzenie jest niezdrowe. Ale przyjemne… wspomnieniu Olena Waśkiewicz: „Ojciec miał w sobie niezwykłą, dziecięcą otwartość na świat. Był ciekawy życia, kolekcjonował zaskakujące fakty, anegdoty, cytaty”. Tu tkwi źródło. Właśnie tu. Chciał wiedzieć jak najwięcej nawet o dziedzinach od siebie odległych.
Wiedziałem, że przez wiele lat, a może i całe życie np. kolekcjonował znaczki pocztowe i sądzę, że są to zbiory budzące podziw. A poza tym znał się na wartości znaczków. Jednak zainteresowania i zdolności kulinarne, którymi mógł się popisać nie tylko na co dzień, ale zwłaszcza wobec odwiedzających go przyjaciół (nalewkami własnej roboty i jakimiś specjałami), są dla mnie pewnym zaskoczeniem. On po uszy i łokcie urobiony w krytyce literackiej, w analizach i ocenach poezji – okazuje się – odnajdował się świetnie także w kuchni. Po prostu lubił dobrze jeść. Wygląda na to, że miał Andrzej predylekcje do bycia mistrzem kuchni.
Książka, a raczej chyba zeszyt, pod wyżej wymienionym tytułem (wydanie II, poszerzone) jest tego niezbitym dowodem. Rzecz ta została wydana nakładem oddziału ZLP w Zielonej Górze, pod redakcją przyjaciela Andrzeja, czyli Eugeniusza Kurzawy. To jego trzecia pozycja przywracająca Waśkiewicza Zielonej Górze i Ziemi Lubuskiej. Od strony nieco innej. Nieco tym razem odbrązawia postać autora Dziedzictwa. Ale przecież tych kilka przepisów, napisanych w konwencji gawędy (dokładnie dziewięciu), najpierw publikowanych (i napisanych), z inspiracji właśnie E. Kurzawy, w periodyku-miesięczniku „Zaradna i Romantyczna”, pokazuje nie tylko smakowe preferencje Andrzeja, który lubił potrawy mięsne, ale też skłonność do eksperymentowania, choćby w sferze przypraw. Są te przepisy osadzone w polskiej kulturze kulinarnej, a nie jedynie w stylu czysto kuchennych poradników. Znajdziemy w nich ich podstawową cechę Waśkiewicza – znajomość literatury przedmiotu, dozę erudycji i pietyzm. A więc poniekąd można jeść, czytając, oczywiście pod warunkiem że nie jest się pozbawionym smakowej wyobraźni.
Wzbogacenie tego zeszytu, który został dobrze opracowany edytorsko – z posłowiem żony Anny Sobeckiej oraz wypowiedziami dzieci o ojcu – dosyć licznie zdjęciami autora, także zdjęciami jego (imieninowego w Gdańsku-Morena, 2010) stołu oraz biesiadujących gości, pozwala go (zeszyt) traktować jako coś więcej. A więc ma on charakter legendotwórczy. Jednak jest, jakby nie patrzeć, swego rodzaju bibelotem. Podobny zeszyt (pomysł wydawniczy) można byłoby poświęcić właśnie np. filatelistycznym osiągnięciom Andrzeja. Prezentacji jego zbiorów. I innym zbiorom pewnie też. Osobiście wolałbym aby, jeśli już ma się dokonywać przywoływanie dorobku pisarskiego Waśkiewicza, jakieś wydanie obejmowało np. odpowiedzi poczty literackiej Waśkiewicza (w „Nadodrzu”), które teraz czytałoby się z zainteresowaniem albo – co też niebagatelne – korespondencję Andrzeja. Wiem, że takową prowadził z Janem Brzękowskim i innymi pisarzami czy osobami. Czemu nie. Warto. I to tyle, gdy idzie o moje pięć groszy. Smacznego tym, którzy zechcą zrobić dania według Waśkiewiczowych przepisów, a potem konsumować owe babki kartoflane, kluchy kamienne, cepeliny, kaczki po pekińsku, karpia w szarym polskim sosie i świńskie uszy. I na koniec. Dobrze, że po śmierci pisarza o nim się nie zapomina. Wielka to sprawa.

Czesław Sobkowiak