Pokuta mojego dziadka

Po śmierci babci Agnieszki, której spodziewaliśmy się jeszcze przed Wigilią, a najpóźniej po Trzech Królach, dziadek Władysław dostał małpiego rozumu. Nie dosłownie. Tak się mówi o mężczyźnie, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca zaraz po pogrzebie swojej żony. Dziadek zwariował nie dlatego, że babcia umarła, na jej śmierć przecież był przygotowywany co najmniej od pięciu lat, nawet odkładał pieniądze na konsolację, jak nazywał to, na co Majka mówiła stypa. Zbzikował dlatego, że zanim babcia zamknęła oczy, zażądała od dziadka, żeby pochował ją nie na cmentarzu Nowym w Zielonej Górze, gdzie są groby sąsiadów, lecz na cmentarzyku przykościelnym w Nieliszu koło Zamościa.
– Tam się urodziłam i tam razem z moimi siostrami chcę czekać na Sąd Ostateczny – nakazała dziadkowi to, o czym musiała dawno zdecydować. – Jakbyś, mój kochany Władeczku, zrobił inaczej...
– W takim razie gdzie jest moje miejsce? – spytał dziadek wieczorem po stypie. – Najwygodniej byłoby, gdyby moje kości spoczęły koło twojej matki, żebyś miał groby w jednym miejscu – powiedział nie bez racji do mojego ojca. – Bo gdybym był uparty i postanowił jak twoja matka, miałbyś ogromny kłopot.
– Dlaczego akurat kłopot, w dodatku ogromny? – chciała wiedzieć moja mama, tutejsza od urodzenia, jak tutejszy jestem ja, moja żona, jej dwaj bracia i nawet jej matka.
– Urodziłem się w Jungówce. Tam nie było cmentarza. To moje miejsce powinno być w Zaturcach, gdzie zostałem ochrzczony w naszym kościele parafialnym. A może w Kisielinie albo w Horochowie.
W starym dowodzie osobistym dziadka, w rubryce „miejsce urodzenia”, urzędnik wykaligrafował: „ZSRR”. Im dziadek chodził bardziej wygięty w kabłąk, tym częściej i głośniej protestował przeciw temu zapisowi.
– Urodziłem się w kolonii Jungówka, gmina Kisielin, powiat Horochów, województwo wołyńskie!
– Czyli na Ukrainie – powiedziała Majka.
– Nie na Ukrainie, dziecko! Nie na Ukrainie. W Polsce. Na Wołyniu – natychmiast poprawił ją dziadek głosem zdecydowanym.
– Wołyń to przecież Ukraina – nie poddawała się Majka.
Widziałem, jak dziadek zacisnął dłonie na lasce. Słyszałem, jak syknął przez resztki zębów. Chciał coś powiedzieć, ale tylko zabłysły mu te coraz bardziej zmatowiałe oczy.
– Tu, gdzie mieszkamy, były Niemcy. Żaden tutejszy Niemiec nie powie, że urodził się w Zielonej Górze przed wojną. Jako miejsce swego urodzenia poda Grünberg. Pytającemu wyjaśni, że to było na Schlesien – wziąłem stronę żony.
– Pogmatwane są nasze losy – powiedział ojciec, żeby nie denerwować dziadka i nie być przeciw Majce.
– A nie chciałbyś, wnusiu, tam pojechać? – Dziadek zwrócił się wprost do mnie. – Zobaczyłbyś moje strony rodzinne. Tam dokąd wzrok sięga, tylko równina. Pola i pola. Mogłeś iść cały dzień i nie spotkałeś człowieka... U nas na podwórku rosła grusza. Stareńka. Pewnie jeszcze za cara posadził ją mój dziadek albo dziadek mojego dziadka. Na zimę ojciec opatulał ją słomą, obwiązywał szmatami, znowu słomą, żeby nie popękała, bo takie były mrozy. Jakie słodkie gruszki rodziła... Tam stał nasz dom. Nowy, drewniany, na podmurówce.
– Już go nie ma – powiedział mój ojciec i przypomniał to, co dziadek opowiadał zaraz po pierwszych i jedynych odwiedzinach swego brata. – Mówił ojciec, że wtedy na polach dookoła Jungówki, Kisielina, Jasińca złociły się łany kołchozowej pszenicy.
– Tak było.
– Dziś pewnie te pola są ugorami, z czego najbardziej cieszą się kąkole, powoje, maki i zbieracze ziół.
– Ano, tak ono może i być – dziadek skwitował domysły ojca. Zapalił papierosa i po chwili zadumy stwierdził, że my teraz mamy dobrze. – Dużo za dobrze.
– Dlaczego tylko my mamy dużo za dobrze? – zaciekawiła się mama, jako synowa starająca się o to, żeby teść nie powiedział o niej nawet jednego marnego słowa.
– Oj, dużo za dobrze – powtórzył dziadek.
– Czy ojcu czegoś brakuje albo jest z nami źle?
– Nie.
– W takim razie, dlaczego mamy dużo za dobrze?
– Bo macie.
– Niech ojciec wreszcie powie, co go męczy – rzucił mój ojciec głosem podniesionym. Mama już otworzyła usta, żeby napiętnować ojca, gdy dziadek zaczął wyjaśniać, co miał na myśl:
– Nie musicie zastanawiać się, gdzie wasze miejsce.
– Co ojca dziś naszło?
Ignorując prowokacyjne pytanie, dziadek kontynuował:
– Wasze miejsce jest tu. Ty urodziłeś się w Zielonej Górze. Twoje dzieci w Zielonej Górze. Wnuki też w Zielonej Górze... Wszyscy jesteście tutejsi, a ja...?
O to dziadkowi chodziło! Na stare lata nie potrafi pogodzić się z faktami, które dla mojego ojca i dla mnie są jedynie odległą historią. Dziadka jednak męczą jak zmora we śnie. Póki żyła babcia, rzadko kiedy wspominał o swoich kawalerskich latach, najwyżej jak wypił kieliszek wódki w drugi dzień Bożego Narodzenia. Babcia zawsze przygotowywała na stół wigilijny to, co szykowała jej matka, a akurat wtedy dziadek przypominał sobie, co robiła jego matka. To i babcia starała się, żeby na naszym stole było też coś z tradycji domu w Jungówce, wtedy syty i zadowolony dziadek wracał pamięcią w swoje młodzieńcze strony. W jego z roku na rok coraz dłuższej opowieści Wołyń, szczególnie okolice Horochowa były Ameryką zamieszkałą przez najpracowitszych, najspokojniejszych, najserdeczniejszych, najinteligentniejszych, najbardziej przyjaznych ludzi. Tam słońce świeciło nawet w nocy. Kogo rozbolała głowa, pił napar z ziółek zebranych zaraz za płotem.
– Jakie tam powietrze! Jak ziemia rodziła!
Na dłuższą chwilę zapadła cisza.
– Wreszcie wybierz się, Władeczku, do tej swojej Jungówki. Sprawdź, co się zachowało. Może będzie ci lżej – podpowiedziała babcia, gdy miała dość dziadkowych opowieści przetykanych nostalgią i sentymentem. – Przecież masz tam brata, bratową, bratanka.
Pojechał.
Wrócił nie po tygodniu, jak obiecywał, lecz po dziesięciu dniach. Najpierw milczał. Babcia też zaciskała usta i cierpliwie czekała, chociaż ciekawość miała wymalowaną na twarzy, a ja wyglądałem prezentu. Z sanatorium dziadek zawsze coś mi przywoził. Nawet jak po operacji brzucha z powodu przepukliny wrócił ze szpitala, dał mi dwie strzykawki i pudełeczko po lekarstwach.
– Niewiele nasze życie jest warte – odezwał się w niedzielę przy obiedzie do mojego ojca. – Człowiek młody nie zastanawia się nad przyszłością. Wydaje mu się, że będzie żył wiecznie. Jak mężczyzna posiwieje, choćby wtedy zaczęły mu wyrastać zęby mądrości, za późno na naukę. Wiedziałem, że czas nie stoi w miejscu. Tam przekonałem się, że nie da się go zatrzymać go i zawrócić kierownicą jak auta.
Babcia przyzwyczaiła się do takich mądrości, tym bardziej że dziadek nie znał lęku przed tymi, którzy rządzili Zieloną Górą, bo co można zrobić staremu nauczycielowi? Zresztą babcia Agnieszka jeśli kogoś oceniała, to nigdy wedle własnej miary.
– Czy to moja wina? – spytał dziadek, gdy tłumaczył, dlaczego nie wrócił po tygodniu jak obiecał, a trzy dni później. Babcia już się denerwowała. – On sam sobie winny.
– Kto?
– Kto, kto?
– Niech ojciec wreszcie powie, kto jest winny.
– On.
Jakaś klamra nie puszczała w głowie dziadka. Siedział w kuchni oparty o poręcz krzesła, z nogą założoną na nogę, palił papierosa i nie przyznał się, co go torturuje, jakby się zastanawiał, czy wszystko może ujawnić żonie, synowi, synowej, wnukowi i Majce. Bo powie o jedno słowo za dużo albo nie wyjaśni, jak trzeba i wezmą go na spytki. Często ostrzegał, że zdarzają się sytuacje, gdy ton pytania narzuca ton odpowiedzi. I choćbyś chciał powiedzieć coś innego, nie możesz. Musisz brnąć w gęstwinie kłamstw.
– Miałem brata i nie mam – wreszcie odezwał się dziadek i to takim głosem, jakby czegoś żałował. – Miałem.
– Pokłóciłeś się ze swoim jedynym bratem – ni to spytała, ni stwierdziła babcia z niedowierzaniem. Dziadek z nikim się nie kłócił. – Pojechałeś tam po to, żeby mu nawymyślać? A o co pokłóciłeś się ze swoim...?
– Jaki on mój brat? – Dziadek nie pozwolił babci dokończyć drugiego pytania. – Moim bratem był Mikołaj, a ten – odczekał chwilę – Mykoła.
– Ukraińska wersja imienia Mikołaj – odezwała się mama cicho, ale z wyraźnym zainteresowaniem. – Po rosyjsku byłby Nikołajem, po czesku Mikuláš, po niemiecku Nikolaus.
– Gdyby zamiast ciebie, jego wzięli na roboty, bauerka nie łamałaby sobie języka wołaniem: Ladislaus, komt zu mir – roześmiała się babcia Agnieszka. – I nie byłbyś moim mężem, Władeczku.
– To sprawka jego żonki. Oksana przechrzciła go na Mykołę.
– Mykoła... ładnie. Mnie się podoba – łagodziła sytuację babcia. – Myślę, że zaprosiłeś go do nas. Jedyny brat przecież. Siostra wyszła za mąż, zmieniła nazwisko i już nie liczy się w rodzinie. Tak mówiłeś.
– Musi teść pamiętać, żeby na zaproszeniu było nie polskie, lecz ukraińskie brzmienie imienia. W razie czego chętnie pomogę – wyrwała się mama.
– On tu nie przyjedzie.
– Dlaczego stryj Mikołaj nie przyjedzie?
– Powiedział to teść tak, jakby coś się stało – dociekała mama, mająca u dziadka specjalne względy.
– Bo się stało...
– Co się stało, Władeczku? Powiedz wprost – nakazała babcia spokojnym, ale i kategorycznym tonem.
– Jego wina – upierał się dziadek, jakby się usprawiedliwiał.
– Czym teściowi zawinił?
– Prawda, zawinił.
– Ale czym?
– Powiedział, że my w Polsce nie mamy głowy do samogonu? Że pijemy wódkę. Polskie pany. Jakby tego nie powiedział... Mikołaj był młodszy ode mnie o niecały rok.
– Ojciec ze stycznia, a stryj Mikołaj z grudnia.
– Był z ostatniego dnia grudnia – potwierdził dziadek.
– Był, był? Jest.
– Czyżby stryj Mikołaj...? – zaczął ojciec i wyrzucił z siebie serię pytań: – Umarł? Kiedy? Dlaczego ojciec nic wcześniej nie powiedział? Co tam się stało?
– Aha, to z powodu pogrzebu wróciłeś trzy dni później – domyśliła się babcia.
Dziadek kiwnął głową.
– Stryj chorował? Na co?
– Gdy zabrakło kupnej wódki, Mikołaj kazał Oksanie przynieść samogonkę. Tam taki zwyczaj, że najpierw częstują gości kupną, chortycą. Potem dają swojską. Tam wszyscy pędzą. Z kartofli. Z żyta. Z pszenicy. Z gruszek. Nawet z buraków. Po dwóch, może po trzech dniach picia samogonu, gdy było mi obojętne, co piłem, powiedziałem do brata: dosyć. Zawieź mnie, Mikuszka, do Jungówki. A po co do Jungówki? Nie pytaj, tylko mnie zawieź. Chcę zobaczyć miejsce, gdzie się urodziłem. Ty też tam się urodziłeś. I Janka tam... Jungówki nie ma, Mikołaj na to. Jak to nie ma? No nie ma. Tam stał nasz dom. Nie chatka z jedną izbą, a nowy, duży dom, prawie taki jak dom pana Dąbrowskiego. Na podmurówce. Już dawno go nie ma, roześmiał się Mikołaj. Nawet podmurówki. Żadnego śladu, że tam stał jakiś dom. Dlaczego nie ma, Mikołaj? Nie ma niczego, co było nasze. Nas tam nie ma, to po co komu nasz dom? Teraz Ukraina. Horochów to Gorochiw. Gminny Kisilin leży w rejonie łokaczynskim. Od czasów carskich albo i wcześniej tu żyli Polacy. I Ukraińcy. I Żydzi. I nawet Czesi. Teraz tylko Ukraińcy. Co niektórzy to nie Ukraińcy, ale do tego się nie przyznają. Teraz jest wielka Ukraina. Wszystko dookoła to Ukraina!... Oksana, żonka Mikuszki, przerobiła go na Ukraińca. Już miałem mu przypomnieć, że nasza matka była z Jungów. Prawda, jak umarł mój ojciec, a jego jeszcze nie było na świecie, w tym samy roku wyszła za Ukraińca. Jemu nigdy nie broniła chodzić do cerkwi. Jednej niedzieli sama szła do kościoła, drugiej z mężem do cerkwi.
– Stryj Mikołaj był młodszy od ojca, to i szybciej został Ukraińcem – wtrąciła mama, ale dziadek jakby tego nie usłyszał. A może nie chciał słyszeć.
– Wy, Lachy, nie potraficie pić! Tak Oksana do mnie. Mikołaj: he, he. Nie potrafimy? Ożeż ty! My nie potrafimy pić? Żeby kto inny tak powiedział... machnąłbym ręką, ale rodzony brat nie będzie mnie obrażał. Nalewaj! Mikołaj nalał po szklance tej samogonki, którą Oksana postawiła na stole. Wypiliśmy. Zakąsiliśmy słoniną i ogórkami. Nalewaj! Znowu wypiliśmy i zakąsiliśmy. Samogonka jak samogonka. Mocna, ale pić trzeba. O honor przecież idzie. No i co, Mikołaj, my, Lachy, nie potrafimy pić? Nie potraficie, on tak do mnie. Nalewaj! Nalał trzeci raz. Wypiłem do dna.
– Trzy szklanki samogonu jedna po drugiej.
– Trzy.
– Stryj Mikołaj też?
Dziadek długo nie odpowiadał na pytanie ojca. Uciekł wzrokiem na sufit, błądził po ścianach, zapalił jeszcze jednego papierosa.
– Mikołaj... – urwał, znowu uciekł wzrokiem na sufit, żeby w końcu powiedzieć to, czego się domyślaliśmy: – Jakby nie gadał, że my, Polacy... Po co on gadał?
– Miał słabe serce i nie wytrzymało takiej ilości alkoholu. – Nie wiadomo na jakiej podstawie stwierdziła babcia, zwieszając głowę na piersi, jakby czuła się winna, bo namówiła dziadka do tego wyjazdu.
– Jakby Mikołaj nie gadał...
Nigdy więcej dziadek nie przywoływał wspomnień z Jungówki ani nie opowiadał o swojej młodości, jakby ona przestała go interesować. Babcia też udawała, że to rozdział zamknięty w historii rodziny, chociaż czasem powtarzała, że nie ma nawet jednego człowieka na świecie, który nie pamięta o swojej przeszłości. Raz tylko, było to z dziesięć lat temu, kiedy mój ojciec kupił volkswagena, dziadek powiedział, że za wcześnie się urodził. Wtedy ojciec spytał, jak daleko z Jungówki do granicy w Uściługu i że teraz mogliby tam pojechać.
Dopiero po pogrzebie babci dziadek zaczął dopytywać się, czy każdego puszczą za Bug i czy potrzebna jest wiza.
– Takie czasy, że kogo stać, może lecieć samolotem nawet na koniec świata – odparł cierpkim tonem mój ojciec. – A co, czyżby ojciec miał zamiar odwiedzić swoje rodzinne strony?
Dziadek nie odpowiedział. Wieczorem przyszedł do naszej części domu, poprosił Majkę, żeby zaparzyła herbatę, na stole postawił butelkę oryginalnego Johnniego Walkera. Nie wyjaśnił, jak to jest w zwyczaju ludzi jego pokolenia, z jakiej okazji taki prezent, tylko kazał podać szklaneczki i je nalać.
– Smakuje jak samogon – powiedział bez zachwytu.
– Nie otrząsa – rzuciłem, stojąc w obronie whisky, chociaż nie przepadałem za mocnymi trunkami.
– Zawieziesz mnie na Wołyń? – spytał wprost i zanim przytaknąłem, plik dolarów położył obok butelki. – To na benzynę i łapówki dla pograniczników. Powinno wystarczyć. Majka może z nami jechać. Nawet lepiej, bo jak ty zmęczysz się za kierownicą, ona poprowadzi auto.
– A co dziadka tak naszło, że właśnie teraz chce się wybrać na Ukrainę?
Spojrzał na Majkę, ale powiedział do mnie:
– Dostałem list od Oksany. Napisała, że teraz, po śmierci Agnieszki, ma mi coś ważnego do powiedzenia.


Prawie dwie doby stało nasze punto przed mostem granicznym z Zosina do Uściługa. My, łażąc po poboczu drogi, złorzeczyliśmy i klęliśmy najpierw w myślach, potem głośno. Nie tylko my. Takich, którzy chcieli zobaczyć strony rodzinne, było więcej. Pierwszego dnia przed północą, gdy kolejka samochodów nie posunęła się nawet o metr, zaproponowałem, żebyśmy pojechali do Dorohuska albo Hrebennego. Ktoś z kierowców tak samo zniecierpliwiony jak ja nie radził szukać szczęścia poza Zosinem, tym bardziej że po ukraińskiej stronie drogi jeszcze gorsze niż w Polsce i niewiele stacji benzynowych jest czynnych całą dobę.
– Trzeba jechać przez Uściług. Tędy najbliżej do Kisielina – powiedziała Majka, spełniająca obowiązki pilotki. Odwróciła się do dziadka, jakby oczekiwała od niego aprobaty wniosku, do którego doszła, przypatrując się mapie, lecz on nawet nie wzruszył ramionami. Pewnie już był obecny myślami w domu Oksany i opowiadał jej, z jaką ciekawością jechał do krainy swego dzieciństwa. Może też przekonywał ją, że bezgraniczne przywiązanie do jakiejś zasłyszanej opinii czy miejsca jest nieszczęściem.
Dla mnie i Majki podróż na Wołyń była kolejną wycieczką podczas wakacji, taką samą jak wczasy w Chorwacji czy zwiedzanie zamków bawarskich. Dla dziadka ta wyprawa miała większe znaczenie niż zeszłoroczna pielgrzymka do Częstochowy. Wykonywał ostatni lot nad kołyską pamięci. Pomyślałem też, że to niebywałe przeżycie dla starego człowieka, który od pogrzebu babci nie potrafi uwolnić się od rozmyślania o miejscu swego wiecznego spoczynku.
– Najpierw jedziemy do Jungówki czy prosto do Kisielina?
– Do Kisielina, do domu Oksanki – powiedział dziadek takim tonem, jakby już dawno zdecydował, gdzie się zatrzymamy. – Jungówki nie znajdziesz nawet na najbardziej dokładnej mapie.
– To jak tam trafimy?
– Jungówka, wnusiu, jest w mojej pamięci. Mnie ucieszy zapach ziemi. Może grusza została? Tam – dziadek wyciągnął prawą rękę – był dom Garczyńskiego. Też na podmurówce. Za nim domy Marelów, Antoniego i jego młodszego brata Bolesława. Sokołowskich też było dwóch. Po drugiej stronie drogi mieszkał Kozina i jego szwagier Walenty.
– Dziadek tak dokładnie pamięta?
– Choćby Rada Najwyższa Ukrainy uparła się, Jungówki stąd jej nie wymaże – pokazał ręką na swoją głowę.
– Nie po to jedziemy z jednego końca Polski na drugi i jeszcze dalej, żeby nie zobaczyć miejsca urodzenia dziadka i nie wziąć choćby garści ziemi do woreczka – przypomniała Majka, przymrużywszy powieki, jakby się zastanawiała, czy na pewno wzięła woreczek na ziemię.
Nie widziałem nikogo z ukraińskiej części rodziny, dlatego przed wyjazdem mój ojciec tłumaczył, że skoro stryj Mikołaj był bratem jego ojca, czyli mojego dziadka, to Oksana jest jego stryjenką. Jak wyglądał Mikołaj i czy był podobny do dziadka, ojciec nie wiedział. W naszym domu nie zachowało się nawet jedno zdjęcie zagranicznej rodziny.
– A kim jest dla mnie twoja stryjenka Oksana? – spytałem mojego ojca trochę niepotrzebnie.
– Jak to kim? Babcią stryjeczną.
– I tak mam się do niej zwracać? Babciu stryjeczna?
– Lepiej: kuzynko, stryjenko albo najlepiej: ciociu. Starsi ludzie na wschodzie lubią, jak młodsi tak się do nich odzywają. Tam są same ciocie i wujkowie.
Zatrzymałem fiata przed ostatnim domem na ulicy Korduby i tryumfalnie nacisnąłem na klakson obwieszczający koniec podróży. Staruszka w odświętnej chustce, wygięta w kabłąk, podparłszy się laską, wysunęła głowę z cienia na ganku, jakby nie mogła doczekać się gości, chwilę mrużyła oczy i stała z otwartymi ustami, by wyprostować się i zawołać z nieukrywaną radością:
– Dziunio pryichał!
Potem coś szybko mówiła po ukraińsku do dziadka, czego nie rozumiałem, pokazując na mnie otwierającego bagażnik okurzonego fiata, na Majkę wpatrzoną w ruiny pobliskiego kościoła, na nowy dom za drzewami w narożniku podwórza.
– Przyjechałem z wnusiem i jego żonką – pochwalił się dziadek, wyraźnie zadowolony. – Wnusio wdał się we mnie. Jest nauczycielem matematyki i zna się na komputerach. Majka skończyła bohemistykę na uniwersytecie. Uczy w szkole i zarabia na tłumaczeniach dla firm. O, im dobrze.
– Moim toże choroszo – zgasiła go Oksana łamaną polszczyzną, jakby chciała, abyśmy zrozumieli, co miała na myśli. – Teraz wszystkim młodym dobrze, Dziunio. A nam już źle. Im człowiek starszy, tym mu coraz trudniej. Mimo to nie powinniśmy narzekać. Najważniejsze, Dziunio, żeby naszym dzieciom i wnukom było dobrze. Jak im będzie dobrze, nam też będzie dobrze.
Na szczerbate schody wyszedł mężczyzna niewiele młodszy od Oksany, także przygięty do ziemi, wyciągnął obie ręce w stronę dziadka, śmiejąc się i wołając niezrozumiale, udawał, że biegnie, szurając przy tym butami o wydeptaną dróżkę.
– Pawło, moj synok – powiedziała Oksana do mnie i Majki. – Dla was będzie wujek. I Julia, jego druga żonka. Pierwsza pomarła. A to mój wnuk Ołeksandr i jego kobietka Ludmyła. O, i są ich dzieciaczki – dodała, gdy na schody drugiego domu, nie drewnianego jak ten, przed którym staliśmy, lecz murowanego, wciśniętego w kąt podwórza, stanęli dwaj chłopcy.
– Jaki ten Pawło podobny do dziadka Władysława – szepnęła Majka. – Nawet tak samo się śmieje. A jak stawia nogi, to do środka.
– Bratanek dziadka – przypomniałem, nie widząc w jej spostrzeżeniu niczego zastanawiającego.
W pachnącym przeszłością domu Oksany, Pawła i Julii wszystko na nas czekało. To znaczy na długim stole przykrytym haftowanym obrusem stały butelki wódki i wina, obok nich półmisek z kiełbasą pokrojoną w plastry, salaterki z kapustą, sałatką jarzynową, ogórkami kiszonymi, przed każdym krzesłem był talerzyk w ciapki, przy nim leżał pączek malwy. Jeszcze wpatrywaliśmy się w święte obrazki i fotografie na ścianie, a już Pawło wołał, żeby siadać do stołu, bo wódka się grzeje i jedzenie stygnie. Zerknąłem na dziadka, przypominając sobie jego opowieść o tym, jak w podobnym miejscu nie dał się pokonać swemu bratu Mikołajowi (może to był ten sam pokój?), ale on nie wyglądał na takiego, który o tamtym pamięta.
W sobotę przy śniadaniu stół niczym nie różnił się od tego, przy którym rodzina Oksany witała nas dzień wcześniej. Przy obiedzie miejsce kupnej wódki zajęły plastikowe butelki kryształowego płynu.
– Samogonka. Własnej roboty – pochwalił się Pawło, zanim dziadek spytał, z czego ten napitek. – Z pszenicy. Dwa razy filtrowana. Drugi raz przez skórkę razowego chleba.
– Ile Pan Bóg dla mnie przeznaczył, tyle już wypiłem – powiedział dziadek, odsuwając od siebie szklankę, na co mój rówieśnik Ołeksandr zareagował śmiechem.
Mimo to Pawło wyciągnął rękę po szklankę, która stała przed dziadkiem.
– Pawło. – Oksana pogroziła mu palcem.
– Matusia, gość w dom...
– Pawło, nie zmuszaj Dziunia. – Oksana wzięła dziadka w obronę, przytulając się niezwyczajnie do jego ramienia, na co wszyscy zwrócili uwagę. – Najpierw niech młodzi wypiją, bo po trzeźwemu nie zrozumieją tego, co mam szczery zamiar wyznać. I jak będziecie słuchali mojej spowiedzi, nie przerywajcie. Pokutę dawno mam za sobą.
– Matusia znow – powiedział Pawło do swojej żony.
Oksana zaczęła od przypomnienia, że urodziła się w Kisielinie w tym samym domu, w którym teraz siedzimy przy stole. Jej ojciec był nauczycielem w szkole powszechnej. Matka jak leśniczyna czy żona popa wychowywała dzieci. Nie sprzątała, nie prała, nawet nie gotowała. To należało do obowiązków służącej. Gdy Oksana skończyła szesnaście lat, a był już czwarty rok wojny, powinna wyjść za mąż. Najlepiej za nauczyciela, urzędnika, policjanta, w ostateczności za syna leśniczego, żeby jak jej matka nie musiała tyrać.
– I wtedy poszłam z koleżankami do parku na zabawę. Tam, na swoje nieszczęście, pierwszy raz zobaczyłam Dziunia. – Oksana przeniosła spojrzenie znad talerzyka na ścianę, chwilę milczała, jakby się zastanawiała, czy wypada powiedzieć nam, co było dalej.
– Dlaczego na swoje nieszczęście mama poznała Dziunia? – spytała Julia, żona Pawły.
Zamiast odpowiedzieć wprost, Oksana powtórzyła, że był czwarty rok wojny. Wtedy rozkwitła wiara w wielką i samodzielną Ukrainę. Ją widywano z Polakiem w parku, na jarmarku, na potańcówce, nawet w cerkwi i kościele. Ktoś ostrzegł ojca, że jeśli Oksana wyjdzie za mąż za Dziunia, tragicznie to może się skończyć dla całej rodziny. Najlepiej więc, żeby ojciec Oksany znalazł sposób na wybicie jej polskiego kawalera z głowy. Jeśli to okaże się niemożliwe, żeby dał łapówkę temu urzędnikowi, który wysyła zdrowych i silnych mężczyzn do Niemiec.
Na początku każdego miesiąca kisieliński policjant wywoził na komendę w Horochowie młodzieńców wyznaczonych na przymusowe roboty. Dziunia i jeszcze dwóch zawiózł pierwszego maja. Jak długo trwają te roboty, kiedy Dziunio wróci, tego Oksana nie wiedziała i nikt nie chciał jej powiedzieć. Płakała. Nie jadła. Nie spała. Myślała nawet, żeby uciec z domu do Niemiec i tak długo szukać Dziunia, aż go znajdzie.
– W czerwcu... – Oksana urwała, uśmiechnęła się do siebie, zerknęła na dziadka, a my byliśmy pewni, że za chwilę usłyszymy coś bardzo ważnego. Coś, o czym nigdy nie pomyśleliśmy. Żadne krzesło nie zatrzeszczało, nikt nie kichnął, nawet nie zganiał much, które spacerowały po stole między miskami. W tej wyczekującej ciszy było słychać jedynie tykanie zegara dochodzące z kuchni. – Jak ciebie, Dziunio, zabierali na te roboty do Niemiec... ja byłam drugi miesiąc w ciąży.
Dziadek się wyprostował, otworzył usta, jakby chciał o coś spytać, ale się nie odezwał.
Pawło, synok, to twoi prawdywy otec. – Położyła głowę na ramieniu dziadka i tkwiła tak bardzo długo, a my, oniemiali, jeszcze nie wierząc w to, co usłyszeliśmy, patrzyliśmy, czy na pewno Pawło jest podobny do dziadka. – On twój synok, Dziunio.
Ołeksandr pierwszy otrząsnął się z zamyślenia:
– Tato wiedział? – spytał.
Pawło najpierw przytaknął, potem dodał, że domyślił się wtedy, kiedy umarł Mikołaj.
– Jak to wydało się, mój ojciec pojechał do Jungówki. Tam zażądał, żeby twój młodszy brat, Dziunio, Mikołaj, po naszemu Mykoła, ze mną się ożenił. – Ołeksandr chciał o coś spytać, lecz Oksana ruchem ręki nakazała mu milczenie. – To było jedno. Było też i drugie. Jak koń zabił ojca Dziunia, jego matkę Konstancję wydali za mąż za dużo starszego wdowca po sąsiedzku. Bogatego Ukraińca Marczuka. Dziunio i Mikołaj mieli tę samą matkę i dwóch różnych ojców.
– Nieprawdopodobna historia – stwierdziła Julia.
– Dlaczego mama przez tyle ukrywała prawdę? – Uderzywszy pięścią w stół, aż talerze rozedrgały się, spytał Pawło po ukraińsku.
– Mykoła też nie wiedział, że nie jest twoim ojcem, a kochał cię jak prawdziwy ojciec – odpowiedziała Oksana także po ukraińsku. – I Dziunio tego nie wiedział. Tylko ja wiedziałam, mój ojciec i moja matka, i matka Mykoły. Jeszcze jedno wam powiem.
– Kolejna sensacja – szepnęła Majka.
– Dobrze się stało, że pierwszego maja Dziunia wysłali na roboty do Niemiec. Gdyby jego tam nie wysłali, to dwa miesiące później upowcy by go zarezali, jak rezali Lachiw w Zagajach, Paluchnie, Lokaczochach, Zahorowie Nowym... Jego może by spalili w kościele w Kisielinie, co od jedenastego lipca czterdziestego trzeciego roku po dziś stoi jak pomnik. Ty, synok – uśmiechnęła się do Pawły – nie miałby ojca, a tak...
Oksana nie musiała kończyć. Domyślałem się, że w Niemczech dziadek poznał babcię Agnieszkę, tak samo jak on wywiezioną na roboty. Wrócił z nią do innej Polski, ożenił się, spłodził mojego ojca, a ponieważ przed wojną zaczął chodzić do gimnazjum w Horochowie, został kierownikiem szkoły w Zielonej Górze. Przed śmiercią babcia zażądała od dziadka, żeby pochował ją nie na cmentarzu Nowym w Zielonej Górze, gdzie są groby sąsiadów, lecz na cmentarzyku przykościelnym w Nieliszu koło Zamościa, bo każdy powinien czekać na Sąd Ostateczny tam, gdzie się urodził.
– Zielona Góra jest wasza. Wrócicie tam sami – nareszcie dziadek odezwał się do mnie i Majki.
– A dziadek...?
– Ja zostanę w Kisielinie, gdzie mój syn pierworodny, mój wnuk i prawnuki, moja... – podniósł mokre oczy na Oksanę, a ta zdjęła chustkę ze swojej głowy i próbowała je otrzeć. – I skąd najbliżej tam, gdzie się urodziłem. Do Jungówki.
Już chciałem zawołać, że mój dziadek oszalał, kiedy Majka powiedziała, że wyznaczył sobie taką pokutę.

 

Alfred Siatecki