Miasto jako czytelnia

Przeczytajmy sobie wiersz. Do kawy. Co prawda nie jest to kawiarnia literacka, tylko McDonald’s, ale odrobina wyobraźni pozwoli spotkać się nawet ze zmarłymi. Do wyboru mam wiele wierszy: oprócz tomiku ks. Jerzego Szymika i Antologii poezji karmelitańskiej, ostatnie numery „Pro Libris”, „Toposu”, „Zeszytów Literackich”, a jeszcze w Przypadkach mojego życia Romana Brandstaettera jego utwory poetyckie wplecione między anegdoty, refleksje, wspomnienia. W Krakowie wiersze powinny smakować lepiej, ale to nie jest prawda. Smakują najwyżej inaczej niż w Brodnicy, w Głogowie czy w Zielonej Górze. Co by nie powiedzieć, najwięcej poezji przeczytałem w moim rodzinnym mieście i w pociągach. Gdybym wpadł na pomysł tego felietonu wcześniej, może wybrałbym inny lokal na jego początek, ale nie narzekajmy, czytajmy.
Zacznę po znajomości, od s. Marii Grażyny od Ducha Świętego i Matki Kościoła, a ja wiem jeszcze, że nazywa się ona Zieleń OCD.

I cisza w słowie zamieszkała milczeniem.
A pod stopami puch nadziei
rozkwitającej barwami mchu.
Tu człowiek podążą w stronę światła.
(*** I cisza w słowie)


Często sobie ją przypominam, kiedy w drodze do i z pracy na trasie Jabłonowo Pomorskie – Toruń Główny widzę na jednym z dworców napis Zieleń. Poznaliśmy się w pociągu. Widać podróże nie tylko kształcą, ale i łączą. Miałem wtedy w plecaku małą bibliotekę, podobnie jak mam teraz. Jeśli każda książka jest światem, to na miejscu będzie tu początek wiersza Tomasza Różyckiego Plecak: „Ten świat, a także kilka innych światów/ zmieści się w bocznej kieszeni plecaka”.
Przed wyjściem z lokalu jeszcze dwa łyki poezji. Niech to będzie Cyprian Kamil Norwid z motta u Brandstaettera: „Odkąd na ten świat patrzę! Rzeczywistością całą/ Jestże entr’acte w teatrze?” (Tymczasem). I sam Brandstaetter: „W kawiarni w Gazie/ Piję z maleńkiej czarki turecką kawę”. Wyobraźmy sobie, że właśnie tak jest. Wielcy razem ze mną przy jednym stoliku. I w Krakowie jest ziemia święta.
Mam mało czasu, dwie i pół godziny między pociągami. Przyjechałem z Zabierzowa, gdzie byłem nad grobem brata i bratowej. Na jej tablicy napis: „Kochała Boga, męża i góry”, na jego wykuć dałem słowa św. Pawła: „Największa jest miłość”. Jestem w drodze do Torunia, w którym umówiony jestem z córką na powrót (jej samochodem) do domu. Jeszcze na Floriańskiej czytam Prado ks. Jerzego Szymika, a w nim litanię pytań:

czy nie mieć z kim dzielić wzruszenia rozwija
lub niszczy?
czy pytanie o prawdę jest przywilejem Piłatów?
czy wrażliwość to skarb lub ułomność?
czy rośnie w tobie podziw dla dobroci?
czy nie mieć do kogo wracać jest szczytem
wolności?
czy miłość i cierpienie można zakląć w ciszę?
czy rozumiesz co znaczy że Jezus był bezdomny?


Ksiądz i poeta, w książkach kompan wielu mych podróży. Prawie jak średni brat, którego nie miałem. Skręcam w stronę Zaułka Niewiernego Tomasza. Moje ulubione miejsce w tym mieście. Gdy zobaczę napis z jego nazwą na ścianie kamienicy, mogę powiedzieć: byłem w Krakowie. „Jestem gorszy niż Tomasz/ wkładam palce w rany/ które sam zadałem”. To z pamięci, bo sam napisałem. Na Sławkowskiej szukam księgarni Znaku, w której często bywałem. Myślałem, że biorąc jakiś tomik z półek, przeczytam coś „na gapę”. Rozglądam się z niedowierzaniem, ale już jej nie ma. Przechodzę na równoległą ulicę św. Jana (Zbigniew Rokita policzył: „w Krakowie mamy trzydzieści »świętych« ulic”). Wchodzę do antykwariatu. Prowadzą go panie, które w życiu wiele przeczytały (tak myślę) i niewiele zmieniają. Obywają się bez komputera. Pytam o książki Feliksa Netza – autor im nieznany, sprawdzają w kilku zeszytach. Opowiadam krótko o nim, że urodził się niedaleko Brodnicy, że był wujkiem mojego przyjaciela i że go czytam „po znajomości” od blisko roku. Mówią, że były kiedyś w grodzie nad Drwęcą. Po miłej rozmowie (przy książkach jakie mogą być rozmowy) idę na rynek. Na spotkanie z Piotrem Skrzyneckim przed Piwnicą pod Baranami mam wiersz Bogumiły Różewicz Liść serca, który mógłby być tu napisany: „Słomkowy kapelusz maluje/ znak czasu/ pijesz złocisty napój/ unoszę dłonie/ podaję ci liść serca/ A w zamian dostaję/ zaproszenie na koncert”. Patrzę, czy wiatr nie zerwie kapelusza z głowy gospodarzowi tego miejsca. A koncert czeka na mnie po drugiej stronie rynku pod Kościołem Mariackim. Na nim zegar odliczający czas do Światowych Dni Młodzieży. Nie dla mnie, nie dla mnie ten zegar. Nie skarżę się. Żeby coś przeżyć, trzeba mieć więcej lat. Saksofonista z afro fryzurą gra nieznane mi kawałki. W wierszu capriccio (z tłumikiem) Szymona Żuchowskiego trąbka, puzon, fagot, obój, rożek angielski, alikwot, ale saksofonu nie ma. Nic to. Najpierw słucham, a potem idę dalej. Spoglądam w stronę pomnika Adama Mickiewicza. Przypominam sobie śpiewaną przez Czesława Niemena frazę z wiersza Dobranoc: „Dobranoc, już dziś więcej nie będziem bawili” i „słyszę” muzykę Andrzeja Kurylewicza.
Czy ma taką moc liryka, jak chce Konstanty Ildefons Gałczyński: „Tylko ona cię zbawi, przeklęta i jedyna –/ i na gwiazdy wyprawi, rym święty, mowa inna/ – poezja!” (Muzie nóżki całuję)? Dla jednych tak, dla innych nie. Ale ona sprawia, że chodzę po Krakowie w dobrym towarzystwie.
Na Grodzkiej zaglądam do cudzej korespondencji. List Andrzeja Strumiłły z Maćkowej Rudy, 2006 rok to wiersz Janiny Osewskiej:

Lecimy z galaktyką, a nasze wiersze są próbą
ratowania czasu. [...]
Trudno być szybszym od rozszerzającego się
Wszechświata.
Pozostajemy na wieczność w nim. Nadzieją,
że opuścimy
Jego materię i ulecimy w Krainę Ducha daje
nam tylko
wiara i poezja.


Może i ks. Michał Heller, autor książki Wszechświat jest tylko drogą podpisałby się pod tymi słowami. Gdy doszedłem przez Plac Dominikański i Stolarską do Małego Rynku, pomyślałem o swoim mieście. Gdybym napisał takie zdanie „z Farnej, przez Duży Rynek i Kościelną do ulicy św. Jakuba”, poza miejscowymi któż by widział gotycką farę, wieżę ratusza, kościół poewangelicki i pozostałości muru cmentarnego oraz średniowieczne spichlerze. Kiedyś mój syn, wtedy mały chłopak, czytając kolejną tablicę na kamienicy w Krakowie, stwierdził: „Tu wszędzie coś się działo”. Ale czytajmy dalej.

Czytam poetów, żywych i umarłych, uczę się
od nich
wytrwałości, wiary i dumy. Próbuję zrozumieć
wielkich filozofów – najczęściej udaje mi się
uchwycić tylko strzępy ich drogocennych myśli.


To z laudacji Sebastiana Kleinschmidta z okazji przyznania Adamowi Zagajewskiemu Nagrody im. Henryka Manna. Na chwilę jesteśmy w Berlinie. Z wielu pytań, które znajdują się w wierszu Idź przez to miasto, przepisuję jedno: „Czy nie nadużywałeś wysokiego słowa?”. Mogłoby ono być dołączone do litanii szymikowej.
Z książką w ręku być może wyglądam jak ktoś, kto czyta przewodnik po Krakowie, chce poszerzyć wiedzę o królewskim mieście. Czas się udać w stronę Plant na posiłek. Idę ulicami Szpitalną i św. Tomasza. Siadam na ławce. Do bułki i kabanosa wiersz Anny Tokarskiej Deus est i fragmentu Duszy Zagajewskiego. Tworzę z nich dyptyk:

1)
Z wiersza wyszedłeś
w wiersz powrócisz
wreszcie spokojny
w czterech ścianach strofy
wreszcie
bezpieczny
w świecie metafory

2)
Już nam nie wolno używać twojego imienia.
[...]
Wiemy, że nie wolno ci teraz mieszkać
ani w muzyce, ani w drzewach, gdy gaśnie
słońce.
Wiemy – a raczej tak nam powiedziano –
że nie ma cię wcale, nigdzie.


Nie da się wszystkiego cytować i wpisać w ten tekst. Nie dam rady przeczytać wszystkich wierszy, które mam w plecaku. Pominięci tylko z „Zeszytów Literackich”: Tomas Venclowa, Marzanna Bogumiła Kielar, Natalia de Barbaro, Tomasz Łubieński, Jarosław Klejnocki, Anna Arno. Pominięci z „Toposu”. Pominięci z „Pro Libris”. Czas ucieka, pociąg czeka – parafrazuję spopularyzowane przez Jana Pawła II słowa. Idę w stronę Pawiej do dworca PKP.

(tekst pochodzi z cyklu Kto czyta, nie jest samotny)

 

Mirosław R. Kaniecki