Historia pewnego felernego gramofonu

Był ciepły, sierpniowy wieczór. Przez otwarte okno dolatywały do mnie powiewy letniego, sielankowego wiatru. Siedziałem wygodnie na sofie, paliłem papierosa i słuchałem Kazika ze starych kaset magnetofonowych. Wydobywający się dźwięk był koszmarnej jakości, ale klimat dawnych lat wzbudzał we mnie pozytywne wspomnienia.
Dwie godziny wcześniej postanowiłem wziąć się za porządki i pomyślałem, że zacznę od starej komody, w której od lat zbierałem zupełnie niepotrzebne stare graty. Od tamtej pory nie posunąłem się w sprzątaniu ani o krok, choć miałem za sobą przesłuchane trzy kasety.
To były dobre czasy – pomyślałem, zaciągając się i wychodząc na balkon. Stanąłem przy barierce i spojrzałem na betonowy parking, który wyłaniał się dokładnie na wprost. Po chwili usłyszałem kaszel sąsiada z boku. Zauważył, że wyszedłem i wyłonił się zza winkla.
– Ładny wieczór, co nie? – powiedział najzwyczajniej na świecie.
Jego mała, podłużna i zawsze dziwnie przypalona twarz wyrażała zachwyt. To mnie mocno nie zdziwiło. Rysiek, bo tak miał na imię mężczyzna, umiał docenić piękne chwile. Szczególnie gdy trwał weekend i było tuż po wypłacie.
– Ładny – odparłem, wypuszczając dym przez dziurki nosa.
Patrzyłem, jak wiatr porywa go do góry i szybko staje się niewidoczny.
– Czego tak dudni? – ponownie zapytał Rysiek.
– Robię porządki i znalazłem kilka starych kaset – odparłem bez wykrętów. – Jest za głośno?
Mężczyzna spojrzał na mnie przejmującym wzrokiem. Przez chwilę poczułem się nieswojo, bo nie miałem pojęcia, co to możne oznaczać. Dla dodania sobie pewności odwróciłem głowę i zaciągnąłem się mocno.
– Mam stary gramofon. Zajmuje mi kupę miejsca. Może weźmiesz?
– Czemu nie, mogę wziąć. Mam przyjść teraz? – odpowiedziałem zaskoczony.
– Weź tylko jakieś piwo, bo mnie suszy.
Wyrzuciłem niedopałek za barierkę i wróciłem do pokoju. Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Miałem tam jeszcze dwie butelki piwa. Włożyłem je do reklamówki z Biedronki, ubrałem buty i zamknąłem mieszkanie.
Klatka Ryśka była jakaś inna. Domofon był zepsuty, a na ścianach pełno było napisów. Dzieciaki siedziały na schodach zamiast przed komputerami. Zapukałem pod dziesiątkę.
Otworzył osobiście i od razu złapał za torbę, którą trzymałem w rękach.
– Pięknie, pięknie – mruczał do siebie, prowadząc mnie do dużego pokoju.
Pomieszczenie wytapetowane było zieloną, odklejającą się przy suficie tapetą w złociste wzory. Znajdował się tam duża czerwona wersalka, regał, meblościanka i stary telewizor.
– Siadaj, mam go gdzieś tutaj – powiedział Rysiek, stając za szafką i przewracając stojące tam kartony.
Usiadłem grzecznie, ale niepewnie. Rozglądałem się z zaciekawieniem i jednocześnie odrazą. Poczułem, jak do moich nozdrzy wdziera się zapach smażonej cebuli.
– Mam w końcu to gówno! – krzyknął mężczyzna z radością, próbując podnieść ogromne pudło. – Pomóż mi do kurwy nędzy! – dodał po chwili.
Podniosłem się żwawo z miejsca i wspólnym wysiłkiem udało nam się wyjąć pakunek. Postawiliśmy go na środku pokoju i zaczęliśmy rozrywać karton, chcąc jak najszybciej dostać się do środka.
Naszym oczom ukazał się potężny gramofon marki Grundig.
– Niezłe cudo – powiedziałem, przesuwając palcem po okurzonej obudowie.
– Od dawna nie działa i zawadza tylko. Może coś uda ci się z niego jeszcze wykrzesać.
– Zobaczymy – odparłem z niedowierzaniem w głosie.
Zrobiłem kilka głębokich oddechów, przygotowując się do wysiłku, jaki mnie czekał. Pudło ważyło dobre trzydzieści kilogramów, a może i więcej.
– Dawaj, dawaj, bo nie mam czasu – powiedział Rysiek, machając na mnie rękoma ze zniecierpliwieniem.
Chwyciłem go mocno i wyparowałem z mieszkania, czując, jak pod ciężarem powoli łamie mi się kręgosłup. Zanim dotaszczyłem go do swojego pokoju, minął kwadrans.
Postawiłem swoją zdobycz na podłodze i usiadłem zdyszany. Oddychałem ciężko i zastanawiałem się, czy było warto. Kosztowało mnie to sporo wysiłku i dwie butelki piwa, a gramofon nie wyglądał na coś, co mogłoby mieć większą wartość.
Odetchnąłem kilka minut i wziąłem się za oględziny. Okazało się, że w kartonie poza gramofonem znajdowały się dwie winylowe płyty. Na jednej z nich uśmiechała się uwodzicielsko Zdzisława Sośnicka, druga natomiast była zapakowana w szarą kopertę. Włączyłem przewód do zasilania, ułożyłem płytę i wcisnąłem start. Ku mojemu zdziwieniu płyta zaczęła się obracać.
– Działa! – krzyknąłem z entuzjazmem, który opadł kilka sekund później.
Sośnicka nagle przestała się kręcić. Zdjąłem więc ramię i zacząłem przyglądać się igle. Na moje laickie oko wszystko wyglądało dobrze. Włączyłem więc przycisk jeszcze raz. Tym razem gramofon nie ruszył. No tak – pomyślałem – czego mógłbym się po nim spodziewać?
Ze złością walnąłem ręką w solidny drewniany bok. Wstałem, sięgnąłem po papierosa i zaciągnąłem się. Spojrzałem na urządzenie. Prezentowało się dość okazale, choć było mocno zdezelowane. Przednia obudowa z metalu, drewniane krawędzie, wbudowane radio i wielkie suwaki. Kiedyś musiał to być szczyt marzeń niejednego słuchacza. W tej chwili jednak zastanawiał mnie głównie fakt, czy opłaca się go naprawiać, czy może będzie lepiej, gdy oddam go na złom.
– Ostatnia próba, jeżeli nie zadziałasz, jutro wylądujesz na śmietniku – powiedziałem głośno, tak żeby gramofon dobrze mnie usłyszał.
Usiadłem ponownie na podłodze i wyciągnąłem płytę, która znajdowała się w nieopisanej kopercie. Ułożyłem ją delikatnie na talerzu i opuściłem ramię.


Stało się coś dziwnego.


Ogarnęła mnie całkowita ciemność. Po chwili jednak mogłem zobaczyć osnute mgłą, szybko poruszające się obrazy. Wzleciałem przez drzwi balkonu i unosiłem się nad bloki osiedla. Szybowałem z ekscytacją nad dachami. Minąłem komin pobliskiego zakładu i przedszkole, przed którym bawiły się dzieciaki. Później wciąż w górę, ku samemu niebu.
Poczułem strach. Byłem tak wysoko.
Nagle zacząłem pikować pionowo w dół. Znalazłem tuż nad budynkiem, który zamieszkiwałem. Zatrzymałem się na korytarzu. Stałem tam, choć byłem niewidoczny i nie w swoim ciele. Poczułem to.
Na drugim piętrze wytatuowany mąż, dwójka płaczących dzieci. Na stole zupa i otwarta butelka wódki. Kobieta. Krzyki, przepychanki i cios w policzek. Kolejne łzy.
Trzecie piętro z samego rogu. Starszy mężczyzna od trzydziestu lat przykuty do wózka inwalidzkiego. Umęczony życiem, tak samo jak żona. Brak pieniędzy na jedzenie i leki. Bezsilność i żal.
Pod szesnastką piękna dziewczyna. Ogromnie samotna, porzucona przez męża. Jemu sąd przyznał opiekę nad synem. Codziennie po pracy upija się winem. Popada w depresję.


Poczułem to cierpienie w samym środku. Było przeszywające na wskroś i niebotyczne. Nie mogłem się uwolnić, a oplatało mnie coraz mocniej i mocniej. Znajdowałem się w jądrze ludzkiej udręki. W matni, która nie ma końca.


Rzuciłem się ku gramofonowi. Zdjąłem szybkim ruchem ramię z obracającej się płyty. Usłyszałem zgrzyt. Przestała się obracać, a ja wróciłem do swojej materii i mieszkania. Poczułem wilgoć na całym ciele. Byłem spocony i śmierdziałem. Z wycieńczenia ugięły się pode mną kolana i upadłem na posadzkę.
Obudziłem się, gdy na dworze już świtało. Spojrzałem na elektroniczny zegarek stojący na półce. Była 5:55. Wstałem i sięgnąłem po papierosa.
Bolała mnie głowa, jakbym miał ogromnego kaca. Złapałem się rękoma za głowę i próbowałem wytłumaczyć sobie to, co zaszło wczorajszego wieczoru.
To nie było naturalne. Ten felerny gramofon nie był zwykłym urządzeniem. Chyba, że mi już całkowicie odbiło. Po ciele przeszedł mnie dreszcz.
Rzuciłem się po telefon i wybrałem numer Anki. Długo nie odbierała.
– Słucham?! – rzuciła z niechęcią.
– Musisz natychmiast do mnie przyjechać! – powiedziałem z podnieceniem.
– Oszalałeś chyba! Jest piąta rano. Zresztą ja w odróżnieniu od ciebie pracuję. Czego naprawdę chcesz?
– Stało się coś naprawdę dziwnego. Wczoraj dostałem od sąsiada gramofon. Włączyłem jedną z płyt i...
– Naćpałeś się?! Nie odzywałeś się do mnie przez miesiąc, a teraz dzwonisz i mówisz, że mam przyjechać, bo kupiłeś jakiś pieprzony stary gramofon?! Chyba sobie, kurwa, żartujesz! – krzyknęła i rozłączyła się.
Rzuciłem ze złości telefon, który na szczęście upadł na wykładzinę. Poszedłem do łazienki, odkręciłem kran i przemyłem twarz zimną wodą. Chyba naprawdę ześwirowałem – pomyślałem, wpatrując się w swoje odbicie.
Wróciłem jednak z powrotem do pokoju i wybrałem ponownie jej numer. Odrzucała go kilkukrotnie, ale ja nie dawałem za wygraną.
– Co jeszcze?! – usłyszałem w końcu.
– Proszę cię, przyjedź, nie żartuję. Jeżeli uznasz, że zwariowałem, już nigdy więcej nie będę ci zawracał głowy – powiedziałem spokojnie.
Zjawiła się pół godziny później. Otworzyłem drzwi i pomyślałem, że jej zasępiona mina nie wróży nic dobrego. Położyła torebkę na krześle, wyciągnęła cienkiego mentolowego papierosa i spojrzała na mnie.
– Chcesz mnie zaciągnąć do łóżka, przeprosić czy coś jeszcze innego? – powiedziała cynicznie.
Podszedłem do niej bez słowa i podałem zapalniczkę.
– Usiądź spokojnie i zapal – odparłem, wskazując jej kanapę.
Zrobiła to powoli, wciąż z obawą, co tak naprawdę od niej chcę. Wyczułem to w jej ruchach i sposobie ułożenia ściśniętych warg. To mnie trochę rozbawiło.
– Chcę, żebyś razem ze mną posłuchała jednej z płyt. Muszę cię jednak przestrzec, że nie jest to zwykłe nagranie.
– Niezwykłe? To znaczy jakie? Co to za muzyka?
– To nie muzyka. To odczucie.
– Czego?
– Cierpienia. Po włączeniu tej płyty poczujesz cierpienia ludzi w tym budynku – odpowiadałem z powagą. Anka wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Chyba naprawdę myślała, że chcę ją przelecieć tego poranka.
– Pieprzysz – powiedziała, gasząc papierosa w zapełnionej po brzegi popielniczce.
– Chcesz spróbować?
– Chyba naprawdę jesteś walnięty. Włącz tę płytę – powiedziała stanowczo.
Usiedliśmy razem na podłodze, blisko siebie i gramofonu. Jeszcze raz spojrzałem jej w oczy, które wyrażały niedowierzanie. Złapałem ją za rękę.
– Jesteś gotowa? – zapytałem, na co ona kiwnęła potakująco głową.
Uruchomiłem sprzęt, a winyl zaczął powoli się kręcić.


Czułem ją całym sobą. Byliśmy jedną istotą, połączeni ze sobą wszystkim. Duszą i ciałem, choć nie byliśmy żadną materią.
Tym razem ulecieliśmy przez uchylone w kuchni okno i znaleźliśmy się nad parkingiem. Przez chwilę obserwowaliśmy poruszających się na nim sąsiadów. Okrążyliśmy blok i polecieliśmy nad market.
I znów w górę pionowo, aż poza atmosferę.
I w dół. Spadaliśmy, tak jakbyśmy się mieli za chwilę roztrzaskać o chodnik.
Stanęliśmy między ścianami w środkowej klatce. Zaczęło się.


Stary hydraulik jeszcze się nie obudził ze snu. Jego żona ze swoim kochankiem wyjechała z miasta, a córka uciekła z domu i ćpa na dworcu kolejowym. On nie może się z tym wszystkim pogodzić. Pije codziennie, chcąc zapomnieć.
Kobieta z 5H urodziła niepełnosprawną córkę. Ojciec ulotnił się przy pierwszej okazji. U dziecka zdiagnozowano niedawno nowotwór. Rozważa zabicie dziewczynki i siebie.
Wdowa z czwartego piętra nie daje sobie rady z samotnością po tragicznej śmierci męża w wypadku samochodowym. Bierze pigułki, a dzisiaj wieczorem zamierza skoczyć z okna.
Wszyscy mieszkający tak blisko siebie. To wszystko dzieje się tuż za ścianą.


Czuliśmy ten ból wszystkimi zmysłami. On tkwił głęboko w naszym umyśle i nie pozwalał myśleć o niczym innym. To było przejmujące, niczym narodziny lub śmierć.


– Nie mogę już! – usłyszałem krzyk w swoim umyśle, ale na początku nie wiedziałem, do kogo należy. – Proszę, przestań! – powtórzyło się, a ja zorientowałem się, że to Anka.
Wytężyłem swoją słabą wolę i zdecydowanym ruchem uderzyłem w obracający się talerz. Gramofon się zatrzymał, a my powróciliśmy na podłogę w moim mieszkaniu.
Byliśmy tak wycieńczeni, że leżeliśmy zdyszani, nie odzywając się do siebie.
Minęło dobre pół godziny.


– To straszne i dziwne... Co to było? – odezwała się Anka.
– Cierpienie – odpowiedziałem.
– Ale dlaczego i po co?
– Nie wiem. Może tak po prostu.
– To niezwykłe, ale czemu może służyć? Może powinniśmy kogoś o tym powiadomić?
– Kogo?
– Nie wiem, policję, Kościół?
– I co oni z tym zrobią?
– Nie wiem.
– A co ty chcesz z tym zrobić?
– Nie wiem. Pójdę wziąć prysznic, bo muszę iść do pracy.


Gdy zamknęła drzwi łazienki, wstałem i zapaliłem papierosa.
Później zapakowałem płyty, owinąłem gramofon w karton i wyniosłem go na śmietnik.

 

Marcin Radwański