Prozy

Obraz. Martwa natura z liliami Elżbiety Balickiej. Został wyjęty z tekturowego opakowania i położony na stole. Zobaczyłem. Duży format. Papier. Kolory. Takie było pierwsze moje wrażenie. I nadal jest duży. Teraz w domu patrzę na niego od czasu do czasu. Ustawiam w różnych miejscach, daję mu oświetlenie, by wydobyć tkwiącą w nim energię kolorów i sens przekazu. By był ze mną, jak najbardziej dostępny i przeniknięty. Czuję jego magię, piękno, materię istnienia, intensywność malarskiej wizji. Wszystko w nim jest wyeskalowane, zagęszczone i coś ważnego się unaocznia. Bogata warstwa barw, kontrastowo do siebie odniesionych, zaostrzonych liniowo. Stłoczonych obsesyjnie, może pod presją zagrożenia. Niepokojące cienie od wewnątrz go trawią. Artystka wie, że musi dopiąć swego, wyrazić siebie, wzmacniając ekspresję. Owoce pomarańczy i gruszek leżą na wyraźnie zaznaczonym stole, nie w pełni realistycznym, po malarsku przykrytym obrusem, ugiętym z prawej strony falą fałdy. Na środku, pomiędzy owocami, szklany wazon, w wazonie woda, dwie wysokie łodygi lilii, które w odpowiedniej chwili rozchylą białe kielichy kwiatów. Zieleń, fiolet, siena, ugier, błękit, pomarańcz, biel. Jest w obrazie baśń, mroczna aura snu, natura, posmak tajemnicy, której warto się domyślać.


W Chynowie.
Przed przejściem dla pieszych na zielone światło czekają dwie kobiety. Trzymają obleczone w celofan bukiety kwiatów, opięte czarnymi, pogrzebowymi szarfami. Naprzeciwko jest kościół, przed kościołem kilka osób, a dalej cmentarz. Mróz styczniowy, śnieg się położył cienką warstewką. Auta wolno jadą po wyczernionym asfalcie. W pobliskiej piekarni pachnie nocą wypieczony chleb. Otwierają się drzwi autobusu, dymi komin. Jadę na targ kupić warzywa na obiad. Jest dobrze. Malarstwo świata odsłania w skończoności doniosłą nieskończoność.


Szron. Wczoraj szara, mglista niedziela. Wczesny mrok. Listopadowe zimno i krajobraz zgaszonej roślinności, nie tak łatwy do przyjmowania. Wzrok ku czemuś innemu chciałby. Dzisiaj poniedziałek, wszystko odmienione. Ranek wyjaśniony światłem. Lekko. Patrzę i chcę patrzeć. Każda rzecz okryta iskrzącym szronem. Na łodygach zielska, na gałązkach drzew, zwłaszcza na tych najdrobniejszych. Na trawie, na ziemi, na kamieniach. Las olchowy i wysokie drzewa wierzb całe w gęstej bieli. Dostojeństwo, któremu nic nie dorównuje. Widok dech w płucach zapiera. Widać powietrzną przejrzystość, która jakby sama sobą zdaje się być ośmielona. I co mam z tym zrobić?


Czyjeś. Czyjeś słowa „jestem pod wielkim wrażeniem” i o fascynacji, tak piękne i oszczędne, że aż bolesne, są mi dzisiaj jak szczelina ostrego światła, w zgęstniałej osaczającej mnie ciemności. Przylgnęły do mnie całym ciałem. Wysłane z iPhone’a.


Nic. Nie lubię tego słowa. Ma w sobie lekceważącą treść i ostentację zamykającą możliwość jakiejkolwiek rozmowy, dowodzenia prawdy, bo coś jeszcze jest. Owo wstrętne „nic” ustala koniec poszukiwania. Żaden kolejny krok, żadne odkrycie już nie jest brane pod uwagę. Jest arbitralne, ostre, nieznoszące sprzeciwu. Wiem, że z tą arogancką pewnością i uporem, należy się nie zgodzić. Bo czy tylko „nic” określa świat? Nie uznaję takich łatwizn myślowych.


Świat. Dociera katastrofalny świat. Mały, wielki. Męcząca okropność i wzruszająca szlachetność, dająca chwile wytchnienia. Albo przynajmniej rozległe pola, na których sarny skubią oziminę. Każdy przejaw ma znaczenie. Słowo, zdarzenie, sygnał. Już za dużo, za dużo tego wszystkiego, co przybija, powala na ziemię i prawie nie widać nadziei. A stracić nadzieję... Zamykać się w sobie, jak w ciemnym pudle, nie chcę, nie potrafię, nie będę, nie zgodzę się, nigdy nie będę obojętny, wyłączony, dopóki serce bije i oczy widzą. Teraz oparłem buty, wyziębione buty, mocno znoszone, marne już, o grzejnik elektryczny, nagrzeją się i odmieni się w nich czucie moich stóp.


Choinka. Pojedyncze płatki śniegu lecą wolno. Pierwsza dekada grudnia. Są już te dni. Zapowiedź blasku. Ciszy. Zasłuchania. Zamyślenia. Melodii. Jak kiedyś. Przypominają się dawne cuda w wiejskim naszym domu. Ruch, praca, uciszone słowa, że zostaniemy włączeni, nawet ja, wtedy kilkuletni, w obrzęd narodzin Dziecięcia, który świat uczyni nowym. Naprawdę nowym. Na dworze silny mróz, śnieg chrzęści, pies biega uwolniony, poszczekuje, gwiazda nad domem świadoma swej misji świeci i zapowiada. Stół czeka. Mama krząta się przy potrawach. Teraz już inaczej, co innego. Świecą komputery. Internet szaleje. Twarze zimne. Wszystko kupuje się w markecie. Opłatkami handlują tłuste straganiary. Wszędzie żarówki. Oczekiwania i tamte tęsknoty zgaszone. Chociaż gdzieś tam, na dnie, nie do końca tak.


Krew w Berlinie. Zginął polski kierowca. Przedświąteczne jarmarki w żałobie. Rzymska „La Repubblica” (19 grudnia 2016) nie wątpi, że mamy do czynienia z wojną cywilizacji i tylko obrona wartości, demokracji, szacunku i solidarności może stanowić skuteczną tamę przeciwko terrorowi. „Corriere della Sera” pisze o krwi pod choinką, „w centrum Berlina, które jest centrum Europy, a może też w dniu dzisiejszym centrum zabijanych zachodnich wartości”. Przesłanie dżihadystów nie mogło być okrutniejsze. Zamachowiec – jakiś uchodźca z Tunezji – posługiwał się kilkoma nazwiskami, dotarł do Niemiec „albańskim szlakiem”. Europa (chora na lenistwo) lekkomyślnie zafundowała sobie potężną dawkę strachu.


Butelka włoskiego wina. Minął miesiąc i stoi nietknięta na stole butelka włoskiego czerwonego wina Evita Primitivo Puglia. Przybyła do mojego domu po napisaniu utworu Proza Italia. Byłem w Italii na przełomie maja i czerwca. Widziałem w Weronie dziedziniec domu Julii, dotykałem jej piersi, jak inni. Patrzyłem na oblicze Dantego, a on na mnie, dość surowo, płynęła woda w rzece Arno. Obok mnie jechał na Placu Świętego Piotra papież Franciszek. Byłem zmęczony i zachwycony Rzymem, fontannami, obeliskami, opowieściami, schodami, Asyżem, natłokiem, zachwycony rozmaitością i barwnością sztuki. Piłem wino podczas hotelowych kolacji, wychodziłem o zmierzchu i o świcie na brzeg Morza Tyrreńskiego. Butelki wina jednak nie przywiozłem. A nieoczekiwanie w połowie listopada w drzwiach stają bracia Mietka – Henryk oraz Jerzy. Usiedliśmy przy stole i Heniu powiada, że podróżował po Italii i stamtąd specjalnie dla mnie przywiózł butelkę wina, kształtem przypominającą wysoką dzwonnicę na Plaza Santo Marco w Wenecji, bo tak chciał po lekturze kawałków mojej prozy.


Kolejny dzień. Pojawiły się na niebie blade seledyny, ale słońca jeszcze nie ma. Świat tonie w szarzyznach. Są też ciemne pasma chmur. Jednak powoli nad horyzontem rozzuchwala się pełnia złocistego blasku.


Zmierzch. Połacie chmur, drobne obłoki, wszędzie, gdzie patrzę, fioletowe i czerwone. Tylko jedno miejsce horyzontu pełne ognia. Zapadające w czerń.


Adam Bagiński. Pracownię malarską ma na poddaszu, w bloku przy ulicy Wyspiańskiego. Bywa w niej klika razy w tygodniu, w godzinach popołudniowych i często aż do późnej nocy pracuje. Jej cztery ściany stanowią dla niego rodzaj azylu i ucieczki od trywialnej codzienności. Tu wraca spokój, nastrój twórczy i natchnienie. Nie za każdym pobytem maluje obrazy olejne lub akwarele. Żaden artysta nie jest tak w stanie. Czasami tylko na nie patrzy, rozmyśla, oddycha, pije herbatę, czyta książkę, przegląda katalog, słucha muzyki w radiu, poszukuje w sobie odpowiedniej wizji, którą by można było na płótno przenieść. Znam tej pracowni każdy zakątek. Klimat. Zapach. Jej stolik, fotel, stół, sztalugi, tubki z farbami, czajnik, radio. Wiem sporo o trudach, a nawet ciężarach, z którymi się artysta zmaga, zanim zdecyduje akwarelę lub płótno sygnować swoim podpisem. Już tylko pobieżny rzut oka na jego dzieła upewnia, że mamy do czynienia ze sztuką świadomą swojego celu, którą cechuje konsekwencja stylu oraz eksploatowanie jednego i jakby tego samego tematu. Jednego, bo tak artysta postanowił. Czy słusznie? Uważa się za malarza europejskiego formatu. Co tydzień hałdujące mu panie entuzjastki deklarują przy herbacie, że maluje coraz doskonalej. I on te gloryfikacje i pochwały bardzo lubi. Przyjmuje je z całą powagą, jak każdy artysta. Artyści są egocentrykami. Można odnieść wrażenie, że Bagiński wcześnie zdołał znaleźć swoją drogę. Nigdy zanadto nie interesowało go realistyczne przedstawianie czegokolwiek. Toteż nie znajdziemy w obrębie jego płócien przedstawienia detali konkretnych przedmiotów – kwiatów, drzew, dróg, pól, jezior, dzbanków, owoców, portretów czy szczegółów architektury. O dziwo, bo właśnie zjawiska natury, ich sfera materialna i żywioł, stanowią punkt wyjściowy, wypełniają niemal bez reszty jego akwarele i obrazy olejne. Kiedyś, na początku, owszem, oglądający mógł bez trudu dostrzec krzewy, trawy, łozy, skupiska wodne, połacie pól, łąk, ale dość szybko to się zmieniło. Szkoda – czasem myślę, że utknął w sferze wysokich uogólnień, które nie każdy rozumie. Rzecz przecież w tym, że przedstawienie realnego przedmiotu, rzeczy lub krajobrazu też nie jest pozbawione duchowości. I o tym warto pamiętać. Ewolucja, jaka tu się dokonała, poszła w stronę znaczącego uogólnienia rzeczywistości. Nadal są to pejzaże, lecz nie w dosłownym znaczeniu. Domyślne. Także wypracował sobie Adam Bagiński pewien sposób, jakby rzec, oddania sylwetki miasta, w którym mieszka, czyli Zielonej Góry. Zawsze jest to widok tej samej panoramy, jaki się może odsłonić oczom, gdy patrzy się ze Wzgórza Winnego od strony Palmiarni. Zaznaczone dyskretnie wieże kościołów i ratusza upewniają, że mamy do czynienia z tym, a nie innym miastem. Nic w tym z fascynacji, która cechowała Hilarego Gwizdałę. Niektórzy odbiorcy lubią te uproszczone ujęcia i chętnie Bagińskiego nabywają, bo każde jest trochę inne, nacechowane inną paletą barw i zmienioną formą. Dużo tych panoram, głównie akwarelowych, powstało. I zdobią ściany wielu mieszkań. To jedyna wyraźna realność, z jaką mamy do czynienia. Pozostałe dzieła – dzieł tych rzeczywistość doprowadzona została do granicy abstrakcji, ale abstrakcyjna nie jest. Jednak domyślać się jej mocno trzeba. Na tym wyczuwalnym styku realności z nierealnością swoją siłę odsłaniają już nie bezpośrednio zmysłowo materialne zjawiska, co z wnętrza artysty płynące emanacje duchowe. O nich najwięcej i najchętniej Bagiński lubi mówić. Dlatego tak inne są to obrazy. Do czegoś innego się odwołujące. Przez ten głównie czynnik są zarazem oryginalne. Nikt tutaj podobnie nie maluje, czasami jedynie ktoś Bagińskiego próbuje naśladować. Czy jednak uda się komukolwiek naśladować obcowanie artysty z tajemnicą istnienia tyleż własnego wnętrza, co otaczającego go kosmosu? Każdy obraz niesie takie przesłanie, takie zmaganie, by te dwie moce ze sobą połączyć i zharmonizować, dać im wyraz, oddać ich dynamikę, czyli demiurgiczną właściwość. Patrzę i to próbuję dostrzec. Cenię, gdy Adam Bagiński w tych aktach twórczych – w tym sięganiu do swego „ja” i sięganiu w sfery sobie nieznane, a uniwersalne – dba o kolorystyczną reprezentatywność. Każdy obraz chce być odkrywcą. Ale czy nim jest? Takie pytanie może się rodzić. Trudne pytanie. Nie prosta odpowiedź. Odpowiedzi mogą być różne. Z jednej strony, w niezwykle subtelnych niuansach jawią się duchowe drgnienia podmiotu, a z drugiej unaoczniona jest nieogarnioność wszechświata. Według mnie Bagiński maluje poezję i metafizykę. Może jakaś ręka jego rękę prowadzi. Ktoś to przyjmie, a ktoś inny nie. Ktoś powie, że jego malarstwo cechuje monotonia i powtarzalność. I na upartego nie da się temu zaprzeczyć. Kogoś innego urzeka piękno jego sztuki. Zmiany ujęć nie zawsze są odbierane tak, jak by tego sobie życzył artysta. Bo pomiędzy duchowością poszczególnych obrazów nie ma wielkich różnic, ale są i wymagają wrażliwego odbiorcy. Te zmiany to jakby mutacje artystyczne, które świadczą, iż poszukiwanie absolutnego piękna trwa. Cel jest blisko, lecz przed pochwyceniem chroni go nieskończoność. Niewątpliwie nie ma w Zielonej Górze drugiego takiego artysty, który miałby podobne ambicje. Zarazem nierozsądnie, wręcz kosmicznie, wyceniającego swoje prace, na które nikogo nie stać. I tak mocno wierzącego w posłannictwo sztuki. Pozostaje więc samotnikiem, który upiera się przy swoich determinacjach. Nie decyduje się na nowe, radykalne pomysły artystyczne. Można dopatrzyć się jakiegoś rodzaju stagnacji. Zastanawiam się, czy aby na pewno? Raczej Bagiński odnalazł własną drogę i przestrzeń. I nie musi już nic więcej. Nie chce. Nie zaprząta sobie też zanadto głowy, a nawet w ogóle, merkantylnością, niezbyt chętnie o tym mówi, zgadza się z własnym losem. Los artysty jest i musi być ciężki. Zwłaszcza na prowincji. Ludzie nie nabywają jego dzieł (kwestia wysokiej ceny), bo pracują na chleb. Płaci Bagiński miastu comiesięcznie kilkusetzłotowy czynsz za pracownię. Kupuje za prywatne pieniądze, nie żadne inne, potrzebne mu do malowania farby, pędzle, płótna, papiery, kartony, organizuje wystawy, czasem część obrazów przy takich okazjach gdzieś znika, niektóre rozdaje, nie wszystkie wracają do pracowni. Od lat żadna instytucja nie kupiła choćby jednego jego obrazu. Nikogo tu sytuacja artysty nie obchodzi. Nie ma pieniędzy. A on gratisowo Bibliotece oraz Filharmonii użycza wielu swoich dokonań. I ludzie mogą podziwiać ich stałe ekspozycje.


Dynia. Widok dyni zawsze mnie wyposaża w czułość. Jest to owoc, który łączy mnie z wiejskim życiem, dzieciństwem, pięknem pól jesienią. Każdy z gospodarzy uprawiał spore poletka dyni. Pożywne były dla zwierząt i robiono powszechnie z tego owocu kompoty. Zimą jedzono pestki. Kupiłem na targowisku dynię hokkaido (co za nazwa, nigdy bym nie spodziewał się takiej), rozkroiłem, wyjąłem pestki, dużą ich garść. Z jej miąższu ugotuję zupę.


Piątek. Około południa pojechałem na pływalnię przy Sulechowskiej. Dobrze zanurzyć się w ciepłej wodzie. W szatni gwar sześcioletnich dziewczynek, które już są przebrane w zgrabne kostiumiki do pływania. Dwie śliczne przekomarzają się. Wypinają piersi do przodu. Włożyły swoje piąstki pod kostiumy. Napinają je. I szepczą sobie, że takie ładne piersi urosły. Zobacz! Zobacz! – jedna do drugiej.


Cesare Pavese. Książkę tego włoskiego pisarza pt. Rzemiosło życia kupiłem w księgarni „Pod Arkadami” we Wrocławiu latem 1972 roku. Było pięknie. Kilka zdań wystarczyło mi przeczytać, by mieć pewność, że są mi bliskie refleksje o miłości, erotyzmie, dzieciństwie, śmierci, kobietach, piciu wina, samotności, smutku życia i inne. Biogram pisarza wstrząsnął mną do głębi, a szczególnie opisany dokładnie ostatni dzień życia, gdy C. Pavese umierał 26 sierpnia 1950 roku w pokoju turyńskiego pokoju hotelu „Roma”. Dokładnie wtedy, w czwartym miesiącu życia, spałem błogo pod drzewem lipy w Jaromierzu. Miał C. Pavese 42 lata. Jego godziny były już ostatnie. Dzwonił z hotelowego pokoju przez cały dzień do kilku znajomych kobiet, chciał rozmawiać. Jedna zbyła jego zaproszenie, innej mąż akurat był chory i nie mogła się z nim spotkać. Nie zszedł na obiad ani na kolację, ani na śniadanie, a gdy otworzyli drzwi, leżał na łóżku nieruchomy, w ubraniu. Na kartce przeczytano kilka słów pożegnania. Ostatnich słów. Książka z jego bardzo osobistymi zapiskami gdzieś mi przepadła. Wiele razy o tym myślałem, bo dopiero miałem się w jej karty zagłębić. I po 44 latach wróciła książka. Przywiózł mi ją w podarunku pewien człowiek, mieszkający od dawna w Gelsen Kirchen w Niemczech. Doprawdy niesamowite.


Stare rzeczy. Niemodne, pojedyncze, wymagające renowacji czy wręcz naprawy – takie interesują mnie, ze śladami życia. Najlepiej, jeśli są mało użyteczne lub prawie wcale. Bo już zatraciły przypisaną im kiedyś funkcjonalność. Można je kontemplować. Upływ czasu sprawia, że uwidocznia się ich oryginalność. Dusza. Ktoś je wyrzucił lub zostały po kimś. Po takie przedmioty w niedzielne przedpołudnia wybieram się na giełdę staroci. Tam je z Niemiec, a nawet z Holandii, przywożą handlarze i zbieracze. Te eksponaty są niepowtarzalne. Jeśli nie kupisz jakiejś np. ceramiki, mimo że jest ładna, bo liczysz, że innym razem uda się dostać ją dwa, trzy złote taniej, to popełniasz błąd. Drugi raz już się nie pojawi. Czasem nie warto odchodzić od złoconej ramy, od figurki, od mosiężnego dzbanka, świecznika lub efektownej patery, bo za chwilę ktoś inny je zgarnie. Chodzę więc i patrzę. Poznaję już regularnie pojawiające się osoby, ich pasje i spryt handlarski. W gruncie rzeczy ci ludzie robią coś pożytecznego. Dawnym stylom i modom przedłużają żywot. Rzeczy znowu znajdują mieszkania. Znowu cieszą czyjeś oczy. Umyte, oczyszczone lśnią i wyraźnie odcinają się od jałowej typowości współczesnych produkcji. Jeszcze są ludzie kochający piękno sztuki.

 

Czesław Sobkowiak