Madras

Popielowa była ani stara, ani młoda. Wszystko, co w życiu dobre – mówiła dokoła – miała już za sobą. Wcześnie zmarło się jej staremu – odziedziczyła biedę i spokój, święty spokój. Potem córki wydała. Zięć jak to zięć, jak na wsi, na rękach co prawda jej nie nosi, ale dobre słowo od czasu do czasu powie i bić – nie bije, jak inne chłopy, a pije – tylko od święta. Tylko że, w sekrecie zwierzyła się ostatnio Myszakowej, ostatnio tych świąt w jego kalendarzu jakby przybywało. Młodszej trafiło się lepiej – mieszka w mieście, jest panią. Największe dobro, które ją spotkało, to Jędrek, najmłodsze dziecko. „Wyszedł na ludzi”, mawiają we wsi, bo i kształcony, i robotę ma w mieście, niezgorszą, podobno – jeśli wierzyć tym, co gadają – jest jakimś ważnym kierownikiem. Choć mieszka daleko, to często, zwłaszcza latem, odwiedza matkę. Wtedy ta patrzy w niego nabożnie jak przed snem na Ostatnią Wieczerzę zawieszoną nad łóżkiem.
Jędrek do gospodarki się nie garnął. Od małego wątły był i delikatny. I, co nie było dla wielu tajemnicą, z książkami lubił przesiadywać. „Nie będzie, Popielowa, z niego gospodarza, nie będzie”, wieszczono z zadowoleniem we wsi. Jednak matka miała gdzieś ludzkie gadanie. „Ucz się synku, ucz...”, powtarzała, gdy niekiedy rwał się, by jej pomagać. Że zostanie inżynierem, tak wysoko nie mierzyła, nawet nie zdarzyło się jej pomyśleć. Może jakim technikiem? Nawet w modlitwach nie miała śmiałości prosić o tak wiele. A tu masz! – pierwszy inżynier we wsi.
Popielowa mało z dumy nie pękła, jak Jędruś z dyplomem wrócił. Znalazł matkę nad rzeką, krowy pasła. Niewiele z tego dyplomu, co jej podstawił pod nos, mogła przeczytać, bo zaraz się jej oczy zeszkliły. Wtedy to chudobę pędem do obory zagoniła, wyjściową sukienkę wciągnęła na plecy i do sklepu. I rozpowiadać zaczęła, że jej Jędruś nizinierem został.
– Chyba inżynierem – poprawił stojący obok miejscowy nauczyciel.
Popielowa popatrzyła ze złością, że jej radość mąci, zacietrzewiła się, a że ustępować nie zwykła, ucięła krótko:
– Jak mówię, że nizinier, to nizinier! Przecie wiem, co mówię.
Nazajutrz raz po raz wpadała do sklepu, a to po cukier, po olej, to soli jej brakło albo czego innego potrzebnego w kuchni. Sklepowa żartem pytać już zaczęła, czy Popielowa do wojny się szykuje, że zapasy takie czyni? Trwało tak przez najbliższe kilka dni, aż cała wieś wiedziała, że ona, Popielowa, ma w domu niziniera.
Tamtego lata, jak i w te wcześniejsze, jak przyjeżdżał, Jędrek zaprzestał golenia, wciągnął wakacyjne, mocno już wysłużone o strzępiących się nogawkach dżinsy, czerwoną koszulkę, wsunął stopy w drewniaki i zadowolony oznajmił z uśmiechem:
– Teraz czuję, że jestem na urlopie.
Matka cofnęła się pół kroku, przekrzywiła głowę i jak zwykle skwitowała krytyczne:
– To tak ma wyglądać nizinier?! Włosy do ramion, portki w sam raz do roboty na budowie i podkoszulka z jakimś... kudłaczem. – Kiwała z niezadowoleniem głową. Głucha była na tłumaczenie, że te portki to nie na budowę, bo to amerykańskie wranglery kupione za dolary w pewexie, a im bardziej wytarte, tym lepsze, a ten na koszulce, to żaden kudłacz, tylko Che Guevara, kubański rewolucjonista. Pewnie nie wiedziała, kto to taki ten rewolucjonista, w dodatku kubański.
– Nizinier to nizinier – uparcie broniła swojego stanowiska. – W takim ubraniu, w jakim chodzisz, to nawet tutaj nikt cię nie poszanuje.
Tego dnia od rana Popielowa z nadzieją spoglądała ponad płotem w stronę sklepu, kiedy będzie jaka dostawa, bo herbata się skończyła, a lipowa (własnoręcznie kwiat lipy zebrany i słońcem wysuszony!) Jędrusiowi nie smakowała. Towar rzucili przed południem. Udało się. Wróciła, wlokąc w jednej ręce pełną siatkę, w drugiej dzierżąc dwie małe torebki drogocennych wiórków.
– Madras! – zawołał Jędrek, kiedy ujrzał matkę w drzwiach. – Dlaczego mama kupiła tylko dwie torebki? – spytał z nutą żalu i pretensji.
– Bo tylko tyle dawali – powiedziała niewinnie, bezradnie rozkładając tę z herbatą rękę. – Możesz pójść i sobie kupisz, nawet ludzi nie ma.
Skrzywionym spojrzeniem ogarnęła wychodzącego syna. Wyglądał jak uczniak, który do babci na wakacje przyjechał. Nie wdał się w ojca, pomyślała z żalem, niewielki i taki chudy, tylko te czarne jak wrona włosy i zarost ma po nim. Piersi, ręce i nogi skudłaczone, że aż strach.
Popielowa nieraz powiadała, że chłop powinien wyglądać jak chłop: trochę brzucha, ręka jak bochen chleba, szeroki w barach. Jakby żal, ten jeden jedyny, do stwórcy miała, że poskąpił jej Jędrusiowi wyglądu. Bo urodziwy to on jest, myślała, niczego sobie, po niej to ma. No i mądry. Gdyby tak przyszło jej wybierać między wyglądem a rozumem, bez wahania wybrałaby to drugie. Nieraz ją takie myśli nachodziły, smętnymi jesiennymi popołudniami, a potem wielki wstyd ogarniał za grzech chciwości. Wtedy na wieczorną mszę truchcikiem pędziła i długo przepraszała, wedle ważności, najpierw Bozię, potem Najświętszą Panienkę, za te żale i dąsy. Przecież panbóczek ma tyle na głowie, zatem jak może wszystko spamiętać. I znowu ciepłe myśli w stronę Jędrusia skierowała. Że już powinien być z powrotem. Dlaczego tak długo? I wyszła przed dom się rozejrzeć.
A Jędrek grzecznie przycupnął na końcu kilkuosobowej kolejki. Same kobiety. Patrząc po ubiorze – miejscowe, tylko ta przed nim nie stąd, z pewnością. Poczuł obłoczek markowego zapachu, przyjemny, uderzający w zmysły kobiecością. Stał już z kilkanaście, jeśli nie więcej minut, a do przodu nie posunął się nawet o centymetr. To za sprawą podchodzących w tym czasie mężczyzn. W zamkniętej dłoni dzierżąc skrupulatnie odliczone pieniądze, wyciągali ręce ponad głowami stojących i zawartość przekładali do dłoni sklepowej, „połówkę” albo „ćwiarteczkę” prosząc. Ona z zaufaniem (stali klienci) jedną ręką brała ten bilon, jednocześnie drugą z wyczuciem sięgała na właściwą półkę. Nikt się nie sprzeciwiał, nie protestował, widocznie taki był tutaj zwyczaj. Którego Jędrek nie uznawał. Zdążył zapomnieć, że można bez kolejki. Kobiecie przed nim też się to nie podobało. I szybko dopatrzyła się również w nim mężczyzny nie stąd. Przypadkową zawarli znajomość i wymienili się swoim niezadowoleniem. I stali się sobie bliżsi. I mimo woli, bez jakichkolwiek deklaracji, utworzyli front jedności przeciwko idącym na skróty. „Tak nie może być!” – burzył się Jędrek i postanowił przeciąć ten łańcuszek potrzebujących. Niech no tylko który podejdzie! Postanowił działać.
Weszło dwóch gospodarzy: wypłowiałe marynarki, robocze drelichowe spodnie, na głowie kaszkiet, u drugiego beret z antenką – nie pozostawiały wątpliwości. Wiekowi albo spracowani, trudno rozpoznać. Ustawili się na początku, trochę z boku, odliczyli drobniaki i kolejno, niemal szeptem poprosili: „dwa chlebusie” i „jeden chleb i sporty”.
Teraz nie wypadało, pomyślał Jędrek, bo jak? Jeden, nie miał wątpliwości, jego dziadkiem mógłby być. Patrzyli na nich, on i jego nowa znajoma, potem wymienili porozumiewawcze spojrzenia: „niech ten chleb sobie kupią”. I zaraz po nich wszedł on, zamaszystym krokiem. Powiało wzdłuż kolejki, jakby przeciąg nagle się zrobił. Stanął przy ladzie obok starszej kobieciny, ale jakby jej nie widział, jakby nikogo nie widział. Tylko on – niewysoki, szczupły, w wyblakłej wiatrówce z szerokimi szlufkami u dołu – i sklepowa.
– Jaśka, daj mi pół litra! – rozkazał.
Jędrek spojrzał na znajomą, ona na niego. I zobaczył albo tylko chciał zobaczyć w jej oczach, że teraz! I podszedł pewnym krokiem.
– Panie, bądź pan uprzejmy i stań w kolejce – powiedział spokojnie, choć w środku wszystko się burzyło.
Ten się odwrócił w jego stronę i strzelił spojrzeniem mogącym powalić osiłka, nie tylko chuchraka takiego jak Jędrek. Nawet nie usiłował kryć zdziwienia. Kto ośmielił się zwrócić mu uwagę?! Kim jest, że mówi, co ma robić, gdzie stanąć! Przecież on stąd, miejscowy, z należnych mu przywilejów korzysta, a ten – cofnął się pół kroku, by lepiej ogarnąć spojrzeniem – nieogolony przybłęda w krótkich pantalonach z poszarpanymi nogawkami zwraca mu uwagę. Zasyczał ze złością:
– Jak panu dobrze, to pan stój! – I był pewny, że ten syk zrobi wrażenie. I znowu odezwał się do sklepowej: – Jaśka, daj mi pół litra. – Kobieta za ladą jakby nie słyszała. Jakby się zastanawiała po czyjej stanąć stronie.
– Prosiłem, by stanął pan w kolejce! – Jędrek ostrzej ponowił propozycję.
Kobiety z kolejki zaczęły się przyglądać z ciekawością. Wiedziały o mężczyznach to, czego oni nie wiedzieli o sobie.
– Co mi pan zrobi, gdy nie stanę? – zaczepnie i prowokująco odezwał się nieznajomy.
– Nic... – powiedział Jędrek, siląc się na spokój. – Ponad to, że nie kupi pan tej swojej flaszki.
Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Nieznajomy w wiatrówce powoli tracił pewność siebie. Powiódł spojrzeniem wzdłuż kolejki (może szukał wsparcia?). Widząc obojętność, rzucił na szalę najważniejszy atut.
– Pan nie wiesz, kim ja jestem! – odezwał się hardo.
Na Jędrku i to nie zrobiło wrażenia.
– Powiem panu: takim samym kolejkowiczem jak my wszyscy, którego miejsce jest... – zrobił ćwierć obrotu – o tam. – Wyciągniętą ręką wskazał koniec kolejki, która tymczasem urosła do drzwi. – Stanie pan sobie grzecznie... albo opuści sklep. Wybór należy do pana.
Po takim dictum cisza bardziej zgęstniała. Może dlatego melodyjnie zabrzmiał kobiecy głos skierowany do tutejszego smakosza procentowych trunków.
– To pan nie wiesz, kim ten pan jest. – A po chwili, ściszonym głosem, jakby do siebie: – Trafił swój na swego.
Mężczyzna w wiatrówce spojrzał na kobietę, potem na tego przed nim. I stracił pewność siebie: bezwiednie opuścił ręce, złagodniała mu twarz, oczy zasnuły mgłą spolegliwości. Naraz się odwrócił i wyszedł. Jędrek spojrzał w stronę, z której usłyszał: „To pan nie wiesz, kim ten pan jest”. Miał wrażenie, że zna ten głos. Nie mylił się, to Myszakowa, matki sąsiadka, uśmiechała się życzliwie, aczkolwiek ostrożnie, by kto inny, prócz niego, tak mu się zdawało, nie dojrzał tej radości.


Kiedy pod wieczór na werandzie pili herbatę, Jędrek od razu zauważył, że matka jest jakaś nieswoja. Tak dziwnie nie miała nic do powiedzenia. Mieszała dawno już rozpuszczone trzy łyżeczki cukru. Słychać było dzwonienie szklanki. Potem siorbnęła dwukrotnie i podniosła zatroskane oczy.
– Co żeś znowu w sklepie narobił? – spytała.
– W sklepie? Ja? – odpowiedział szczerym zdziwieniem.
To „znowu” zabrzmiało jak wyrzut. Stanęły mu przed oczami tamte sprzed lat zdarzenia. Na poczcie ofuknął za pogaduszki przez telefon panienkę, która (dowiedział się kilka godzin później) okazała się być żonę milicjanta, innym razem wdał się w słowne utarczki z urzędniczką w gminie, też żoną kogoś tam ważnego. Potem, po jego wyjeździe, we wsi długo się mówiło, jakiego to „ważnego” syna ma Popielowa. Teraz ten młody, niewiele starszy od niego, mężczyzna w sklepie w niebieskiej wiatrówce. Pojął, że to pewnie ten sam ciąg zdarzeń. I wtedy matka się odezwała:
– Czy wiesz, kogo wyrzuciłeś z kolejki?!
Jędrek zaczął tłumaczyć, że on tylko zwrócił tamtemu uwagę, żeby też... Ostatnich słów matka już nie dosłyszała.
– To milicjant na rymeryturze! – powiedziała z przejęciem, drżącym z emocji głosem, zamilkła, ciężko westchnęła i po chwili: – Ty już nigdzie sam nie chodź, będziesz potrzebował co kupić albo załatwić, to powiedz – zabrzmiało ni to jak prośba, ni polecenie. – Po paru dniach wyjedziesz, a ja zostanę.
Jędrkowi żal się zrobiło matki, Myszakowej i wszystkich innych – żyjących w cieniu milicjantów na emeryturze, ich żon za sklepową ladą, na poczcie, urzędników z gminy...

 

Edward Derylak