Dzieciaki

Taki dziesięciopiętrowy blok na osiedlu jest jak okręt. Jak dzieciak wysoko podniesie głowę, to widzi, jak ostatnie piętro pędzi przez chmury.
Na kolanach podchodziło się do samej krawędzi dachu, aż strach zatykał gardło.
Na każdym piętrze mieszka załoga tego okrętu – wypróbowana kompania na dobre i na złe, tu zawsze pożyczysz wódki, tam ktoś miał telefon, a gdzieś jeszcze mieszkała piękna samotna sąsiadka.
Nasz okręt nie bał się swojego losu, kto miał wiedzieć, że gdy dorośniemy, rafy staną się większe, morze głębsze, a blokowa przyjaźń przeminie?
Ten blok stoi do dzisiaj, już z inną załogą. Nasza ferajna rozpłynęła się po wszystkich oceanach tego i tamtego świata.
I tylko nasze duchy wciąż siedzą godzinami przed klatką, zdobywają mistrzostwo w piłkę i chowają się przed rodzicami.

Moja pierwsza śmierć
Na ścianie naszego bloku ktoś nabazgrał zdanie „Moja pierwsza śmierć”. Bez sensu. Przecież nikt się u nas nie truł i nie skakał z okna. Jedyne co mogliśmy zrobić, to posłać szczególnie gęstą flegmę między krzywe litery.
Szelest nigdy nie myślał dużo o dziewczynach. Więc kiedy spotkał Miłość, postanowił sprawę zignorować. Udawał przed nami i samym sobą, że wszystko jest po staremu. Stał się nawet jeszcze bardziej arogancki i brutalny.
Swój upadek Szelest zawdzięczał chudej blondynce z nierównym uzębieniem, która w wakacje odwiedzała bezdzietne wujostwo. Kompletnie nie mogliśmy zrozumieć, co w niej widział nasz przyjaciel.
Niestety, procesy biologiczno-chemiczne, jakie zachodziły w Szeleście, wzięły górę nad jego prostym i zrównoważonym umysłem. W końcu, na oczach wszystkich, zamiast grać z nami w piłkę, poszedł na spacer z dziewczyną.
Pod koniec wakacji blondynka wróciła do domu. Kończyło się lato, zniknął gdzieś Szelest. Po dwóch miesiącach pojawił się chudy i cichy, nie chciał patrzeć nam w oczy. I wtedy przypomniał mi się napis na ścianie „Moja pierwsza śmierć”. Szelest już to wiedział.

Lestnica na niebiesa

Naszą muzyczną edukację zawdzięczamy płytom przywożonym przez naszych ojców i wujków od Ruskich. Dwukolorowe okładki posiadały tak dziwne tytuły, że nie od razu wiedzieliśmy, o kogo chodzi. Na naszych gramofonach grały „Lestnica na niebiesa” i „Kamanda Pinka Flojda”.
Na „Lestnicy...” był taki utwór, „Od kiedy cię pokochałem”, który stał się naszym hymnem. Nie wiedzieliśmy, o czym opowiadała piosenka, bo nie znaliśmy angielskiego. Jednak kiedy leciała z głośników, czuliśmy, że ktoś śpiewa o naszych sprawach.
Nasz blok też grał swoje „Od kiedy cię pokochałem”. Utwór zaczyna się od partii gitary. To odgłos bawiącego się rodzeństwa. Po chwili wchodzi perkusja i bas, to nasza sąsiadka zza ściany, najpierw odkręca kurek od wanny i gramoli się do środka, ślizgając się na piętach. Pojawia się melodia wokalisty. Dziś niedziela, więc Rybczewski otwiera wszystkie okna, z których leci Disco Relax. Utwór rozwija się. Pojawiają się kolejne głosy. Najpierw głuche uderzenie spadającego przedmiotu. Za chwilę krótki, szczekający bas i wysoki kontrapunkt żony. Więc bas dwa razy i trochę wyżej. Żona odpowiada. Bas zaczyna dudnić. Płacz dziecka – to blokowa solówka. Na tle płaczu melodia żony, wysoko i smutnie. Jeszcze trochę basu, tym razem długo, w koło ta sama fraza. Po chwili wszystko znika. Pojawia się szum rur przenikających ściany bloku. Ślizgają się pięty, przelewa się woda. Utwór się kończy. W oknach migoczą niebieskie refleksy telewizorów.

Montana
Piwnica łączyła wszystkie klatki i zawsze mogliśmy przenieść się na drugi koniec bloku, gdy ktoś nas przeganiał. Oprócz nas, znajdował tam też schronienie Montana, starszy od nas o kilka lat, który nie chciał z nami gadać. Ksywę zawdzięczał pierwszym w bloku oryginalnym jeansom, które wtedy były dla nas nieosiągalne.
Kiedy zeszliśmy do piwnicy, Montana już tam był. Spojrzał na nas z niecierpliwością, ale bez złości. Szelest, jak zwykle najodważniejszy z nas, przywitał się i zrobił aluzję do piwa, które pił Montana. Ten zawahał się, ale podał butelkę. Każdy z nas wziął po łyku. Nikt nie dał po sobie znać, jak okropny smak miał ten pierwszy raz w naszym życiu. A jednak to właśnie od tej chwili zaczęła grać katarynka: zakochany Szelest zawsze jednak bardziej kochał wódkę, a Gruby nigdy nie pił i wiele go ominęło – w tym nasze uznanie. Misiaczkowi zdarzało się, że po kilku głębszych traciła rozum, że aż przykro o tym mówić. Reszta też – rosła, starzała się, traciła, zyskiwała, ale nigdy na sucho.
A może było odwrotnie: Szelest pił spokojnie, tylko na chrzcinach i urodzinach, Gruby się stoczył, Misiaczek nigdy nie piła, bo miała ojca pijaka...? Nie wiem, wtedy to nie było jeszcze takie pewne.

Karmel gubi zegarek ojca
Gdy wracaliśmy ze szkoły, okazało się, że Karmel zgubił zegarek ojca, oczywiście, pożyczony bez jego wiedzy. Fajne elektroniczne cacko z wieloma funkcjami, które przywiózł wujek z RFN-u. To był dla Karmela długi powrót do domu. Jeszcze trzy, dwa zakręty i będzie musiał przywitać się z piekłem. W końcu szedł tak wolno, że prawie stał w miejscu.
– Chłopaki, nie idę dalej. On mnie zabije! – zaczął swój wstęp do płaczu Karmel.
Zaczęliśmy go pocieszać, ale bez przekonania. Nogi Karmela same zaczęły się cofać. W końcu kucnął i bez żenady zaczął ryczeć. Po chwili jednak wyprostował się.
– Wiem, wiem! Powiem, że mnie napadali i zabrali zegarek. Tylko... – spojrzał na nas błagalnie – musicie mnie uderzyć, bo mi nie uwierzy.
Sprawa wydawał się prosta. Zaciskasz pięść i walisz prosto w twarz. Ale tak na zimno, bez powodu, to jednak nie to samo.
Pierwszy był Marcin, który zamachnął się, ale przed samą twarzą ręka mu zwiotczała i cios był pozorny, chociaż i tak Karmel przewrócił się i złapał za nos. Zrobiło się trochę żenująco i nieprzyjemnie zarazem. Niestety, twarz Karmela wciąż nie była wiarygodna. Potem próbowali inni, ale sytuacja zaczęła być beznadziejna, bo nikt z nas nie miał siły się przełamać. Karmel dostał spazmów.
– On mnie zabije, zabijeee! – ryczał. I ruszył na nas z pięściami.
Na taki obrót sprawy szlag trafił Grubego. Prawym prostym powalił Karmela na ziemię, poprawił dwa razy i złapał go za szyję. Ledwo żeśmy go odciągnęli.
I tak Karmel dostał wpierdziel dwa razy, bo nas sąsiad podejrzał i doniósł ojcu.

Pimpek
Nazywaliśmy go Pimpek, bo był mały i chudy. Strasznie się wtedy wkurzał, sztywniał cały, zaciskał szczęki, aż mu żyły na szyi wychodziły. Nikt nie chciał Pimpka na boisku, braliśmy go zawsze w ostateczności i tylko na bramkę. Pimpek nie miał łatwego życia ani na podwórku, ani w domu. Ojciec skutecznie wybijał mu na tyłku i głowie jakiekolwiek poczucie wartości. Pimpek nie wierzył w siebie, a my nie wierzyliśmy w Pimpka.
Na wielki mecz przygotowaliśmy się długo. Mieliśmy nawet coś na kształt treningów. Przeciwników nazywaliśmy Chamami. Byli to mocni, duzi chłopcy, którzy swój sukces znajdowali w tym, że parli na oślep do przodu. Strzelali z każdej pozycji, nawet jak nie było szans trafić, byle z całej siły. Budzili taki strach, że zabrakło nam bramkarza. No i trzeba było wziąć Pimpka.
Pierwszy strzał wygiął ręce Pimpka jak trzcinę. Druga potężna bomba wgniotła go do bramki. Pimpek zwymiotował, ale wstał. Po petardzie z pięciu metrów z nosa poleciała mu krew. Sami mieliśmy ochotę mu jeszcze dowalić. Przecież przegrywaliśmy, a na Pimpka nie było co liczyć.
– Pimpek, ty pierdoło! – ktoś krzyknął, kiedy piłka po raz kolejny trafiła do siatki.
Podarty, zakrwawiony Pimpek patrzył tylko tępo w ziemię. Następna akcja była ostatnią. Szybka kontra i nasz bramkarz został sam na sam z Chamem. Pimpek nie wymiękł. W momencie strzału skoczył wprost pod nogi przeciwnika. Wątłe ciałko przyjęło całą siłę kopnięcia. Nawet było słychać, jak dostał. Pimpek miękko opadł na boisko. Ale z piłką w rękach.

Pięta Achillesa
Musieliśmy koniecznie sprawdzić, czy mamy piętę Achillesa, o której mówiła nasza polonistka. Gruby wymyślił, że musimy poddać się próbie siły, charakteru i odwagi.
W próbie siły mieliśmy zawisnąć na rękach na zewnątrz bloku, trzymając się framugi okna. Na szczęście Gruby mieszkał na pierwszym piętrze. Zawsze bałem się wysokości i szybko spociły mi się ręce. Pode mną był żywopłot i trawnik zanieczyszczony przez psy. Nie chcę mówić, co było dalej.
W próbie charakteru każdy z nas miał zniszczyć swoją ulubioną rzecz. Dla nas to nie było trudne, ale Gruby posiadał oryginalną kasetę Gunsów przywiezioną przez wujka z RFN-u. Miała błyszczącą okładkę i wciąż wspaniale pachniała. Nasz kumpel drżącym głosem poprosił Szelesta, żeby zniszczył kasetę. Gdy ten otworzył pudełko, Gruby wybuchnął płaczem.
Trzeba było mieć odwagę, żeby odwiedzić Pimpka. Jego ojciec miał swoje zwyczaje. Nigdy nie otwierał okien w mieszkaniu. Cała rodzina żywiła się rybami i smażoną cebulą. Wszyscy namiętnie palili Carmeny. Wytwarzali taki gaz, że płynęły łzy. Ja, Gruby, Szelest i Misiaczek wprosiliśmy się do Pimpka. Gdy ogarnęły nas pierwsze mdłości, Misiaczek wybiegła z mieszkania. Co dama, to dama.
Tylko Szelest przeszedł zwycięsko wszystkie próby. Właśnie triumfował na ławce przed blokiem, gdy z nadjeżdżającego samochodu wysiadła jego matka. Najpiękniejsza kobieta, jaką widziałem. Spojrzała na nas zalotnie i chwiejnym krokiem weszła do klatki. W powietrzu unosił się zapach perfum i alkoholu.
Szelest nie odezwał się już do nas do końca dnia. On też miał swoją piętę achillesową.

[tekst nagrodzony III nagrodą w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej]

 

Łukasz Staniszewski