Lulajże laleczko

Geneza. Asocjacje


Wówczas

Oto ona – hybryda z miękkiej masy i ognia. Wynurza się ze stosu iskier i świeci nienaturalnym blaskiem. Mami, uwodzi naszyjnikiem z płomieni. Nadeszła! Piekielna, samozwańcza papieżyca. Jej wyciągnięte w górę dłonie wydają się błogosławić z ironią urbi et orbi. Pokornie schylam głowę pod jej lawą błogosławieństwa, a ona wlewa mi się w puste kratery po dawnych myślach. Czuję, jak wypełniam się nadnaturalną mądrością i wiedzą, zgłębiam zagadkę wszechbytu. Ożywcze prądy krążą w mojej zatankowanej ogniem głowie, spopielając dawne synapsy. Nie ratuję się gaśnicą rozsądku, pozwalam płonąć stosom pełnym swoich starych historyjek. Ulotnią się do miejsca, w którym już dawno powinny tkwić – zdematerializują się w niebycie.
Drżałam na całym ciele, zęby szczękały, pogrążałam się w przyjemnym transie. Byłam obok, nad i pod sobą, wypełniałam swoim ciałem całą prywatną galaktykę jestestwa. Poczułam, że znów mam władzę nad tymi skomercjalizowanymi kawałkami plastiku, steruję nimi, manewruję – kierując je wprost do piekła. Ponownie mogłam oglądać to misterium ognia, pasję przemijania. Czułam się niczym szalony Neron, który przygląda się płonącemu miastu i jego spalającym się mieszkankom. Liturgia ognia, oczyszczenie. Święte obrzędy palenia lalek!
Jak zwykle jako pierwsze spalały się długie włosy i oto nagle nad głową lalki pojawiała się aureola zniszczenia. Mogłam w tej jednej chwili paść na kolana i modlić się do tego świętego trupa, ale zwykle udawało mi się powstrzymać ten nagły impuls. Spalony nimb ulatniał się jak dym, a w miejscu włosów widziałam już tylko łysą, odstręczającą czaszkę. Wkrótce i ją pochłaniał ogień – skóra twarzy zniekształcała się i deformowała, jakby dotknięta błyskawiczną progerią. Ogień łapczywie zlizywał z twarzy martwe, wytrzeszczone oczy, niewielki nos i czerwone usta. Całość jednym strumieniem spływała w dół na idealne piersi i wąską talię. Tak, mogłam dostrzec, jak wygląda ogień w piersiach, dostrzegałam topiącą się bliznę po matce – cień pępka, widziałam gotującą się w płomieniach zawartość różowych dawniej majteczek z misternej koronki.
Szybko zostawała przede mną tylko bezkształtna masa z długimi, smukłymi nogami, która – choćby mogła – nie miała jak uciekać. Wyobrażałam sobie, że nogi próbują bezskutecznie wywijać pożegnalne hołupce, tańczą jakiegoś obłąkańczego kankana na pograniczu życia i śmierci, a w zasadzie już za zasłoną Pani Kostuchy. Wkrótce wszystko znikało, wpalało się. W ogniu widziałam jeszcze bąble wrzącej masy, ale i one w końcu przestawały pękać. Pozostawałam sama przy dogasającym demonie ognia. Chociaż nie... Nie byłam sama. Towarzyszył mi obezwładniający, nieludzki swąd. Przenikał włosy i ubranie, komórki mojej skóry, a nawet myśli. Byłby ohydny – z pewnością dla większości ludzi, ale jednak nie dla mnie. Rozkoszowałam się nim z przyjemnością, jak inni upajają się perfumami Chanel Nº 5 czy intymnym zapachem kochanka. Pijana aromatem, przez wiele godzin tkwiłam w ekstazie osobistej mszy zachwytu.

Duhkha*. Brak trwałego zadowolenia
W czasie mojego dzieciństwa stosy płonęły o wiele częściej niż za czasów inkwizycji. Bez sądu i procesu, bez świadków i mów obrończych adwokatów skazywałam moje prywatne czarownice na piekielne męki w językach ognia. Sanctum officium! Chwytałam lalki mocno za włosy – te wszystkie puste blondynki, temperamentne rudzielce i ponętne brunetki, często nie zadając sobie nawet trudu, by ściągnąć z nich ubrania (a przydałoby się je obnażyć dla ich większego poniżenia) i wrzucałam je po kolei w otwór gębowy najświętszego ognia oczyszczenia. Paliłam je wszystkie bez wyjątku, wciąż zdejmując z półek w pokoju następne i następne, bez końca odnajdując w swoim otoczeniu ich plastikowe, wstrętne ciałka. Te obrzydliwe, dziewczyńskie wersje miniaturek Joanny d’Arc, długorzęse i wydatnoustne, cycate i płaskie jak szkolna tablica, krótkospódniczkowe i długonogie. Obrzydliwe, obrzydliwe, obrzydliwe! Wszystkie lalki mojego dzieciństwa! Niech idą ode mnie precz!
Jakże chciałam, by wciąż konały w nieugaszonym ogniu, by bez końca żarły je nienasycone płomienie. Jaką perwersyjną przyjemność odnajdywałam w tym spektaklu destrukcji, gdy oglądałam, jak ich figurki topią się jak wosk i znikają w smrodzie śmierci. „Kismet, kismet! Lulajże, laleczko!” – nagradzałam się szeptem ekstazy, koiłam rozkoszne podskoki duszy. O tak, miałam duszę. Śliczną, okrutną duszyczkę panienki z dobrego domu, która potrafiła odróżniać dobro od zła i znała trzy modele francuskiej koniugacji czasowników. Kochałam wszystkie pieski, nie znosiłam słodkich kłębuszków kociąt, ale z czystą nienawiścią paliłam tylko je – wszystkie lalki mojego dzieciństwa.
Mogłam w żarze ogniska piec nabite na patyk jabłko z dziadkowego ogrodu lub znalezionego w piwnicy ziemniaka. Mogłam przy wieczornym ogniu na rodzinnym podwórku grzać tylko poobijane kolana i posiniaczone dłonie. Mogłam śpiewać w blasku płomieni wszystkie znane mi piosenki, które usłyszałam w trzeszczącym radiu – mogłam tańczyć beztrosko ni to nogami, ni to rękami, naśladując powyginane sylwetki z barwnych plam telewizyjnych teledysków. Mogłam, mogłam, mogłam... Tyle rzeczy pozornie mogłam, ale ja wolałam palić, palić, palić! Tak bez tytoniu – palić swoje lalki.
Nigdy mi ich nie brakowało, wciąż kolejne ciocie i zaaferowani sobą wujkowie ofiarowywali mi kolejne zapasy „opału”. Choć teraz wydaje mi się to dziwne, to zawsze dostawałam tylko plastikowe lalki. Bywały wśród nich i smukłe Barbie – samotne, z Kenem lub w zestawach z domami i basenami, częściej jednak zwykłe lalki z siermiężnego plastiku, który topił się nadzwyczaj smrodliwie i bez wdzięku. Lalki ubrane w stroje ludowe i lalki udające brzydkie, pokraczne bobasy; lalki w kraciastych sukienkach i białych bucikach, przypominających miniaturowe trumienki oraz lalki w spodniach ogrodniczkach. Te większe spośród nich były zwykle tandetnie wykonane, a ich twarze wyobrażały idealną pustkę.

Filtrowanie doświadczeń. Peregrynacja czucia
Brzydziła się ich martwymi, plastikowymi ciałami i twarzami-maskami. Z przerażeniem myślała, że jest dziewczyną, że rzekomo należy do wielkiej, światowej zmowy różowych księżniczek. Nie chciała nigdy w niczym przypominać tych ugrzecznionych idiotek. Nie chciała, by prasowany puder ukrywał meandry jej zmarszczek, a szminka położona na wargach była obramowaniem dla wszystkich wypowiadanych przez nią zdań. Chciała być w przyszłości wolna od terroru kobiecości. Z całej siły pragnęła, by ukryte pod ubraniem atrybuty płci nie determinowały jej personalnych wyborów. Anatomia nie mogła stanąć na drodze do jej rozwoju, genitalia nie mogły jej zaklinować w drzwiach bezradności.
Ze wściekłością rzucała lalki w ogień, a potem przez krótką chwilę napawała się swoją władzą. Oto ma moc sprawczą! Oto może sterować kukiełkami kobiecości! Oto ona – władczyni plastikowych marionetek! Plastikowa Alfa i Omega! Nie, nie miała w nocy koszmarów naszpikowanych trupami lalek. Żadne sowy z wykrzywionymi złowieszczo dziobami i olbrzymimi gałkami oczu nie pohukiwały jej po północy za oknem. Jednookie czarownice z obciętymi piersiami, dosiadające w wyuzdanych pozach poszarpane wiatrem miotły, nie przelatywały wieczorem nad jej łóżkiem z głośnym „szuuuuuu!”. Nie czuła się przez lalki przeklęta, nikt nie wbijał z wściekłością szpilek w jej podobiznę – laleczkę voodoo. Ale i tak często nie mogła w nocy zasnąć. Przez wiele godzin czuła jeszcze na policzkach ciepłą łunę bijącą z ogniska; długo, narkotycznie wąchała swoje włosy, przesiąknięte odorem palącego się cielska dziewczęcości. Szperała w szufladach wspomnień w swoim mózgu, szukając bezkształtnych marzeń. Nie znajdowała jednak w nich nic, co mogłoby ukołysać jej umysł do snu bajeczką uspokojenia. Żadna z historyjek z jej życia nie działała jak smoczek na niemowlaka. Musiała zatem pozostać mocarną, wszechwładną władczynią marionetkowego świata!
Gdy nad ranem noc zwijała już swoje ponure instalacje cieni i półcieni z jej pokoju, podbiegała do wiszącego na ścianie lustra, analizowała. Badała swoje ciało centymetr po centymetrze, opuszkami placów wychwytywała podskórne nurty.
Przetwarzała dane...
Przetwarzała dane...
Przetwarzała dane...
Nie chciała zauważyć najdrobniejszej oznaki swojej płci, nie chciała być dziewczynką, nie chciała być nigdy kobietą. Marzyła, że zapomina swoje żeńskie imię, zmazuje je u wszystkich ludzi gumką amnezji, wciska je matce głęboko w gardło, do zadławienia (ale nie do zwymiotowania, by przypadkiem nie wypłynęło z powrotem i nie usiadło na tronie jej płciowości). Niech je żre, niech rozgniata zębami, miażdży na cząstki i fragmenty liter. Niech mlaszcze mokrym od śliny językiem, niech używa wszelkich dostępnych jej enzymów, by je zmielić, przemienić w papkę barwioną co najwyżej tuszem z długopisu, którym urzędnik wpisał jej dawne imię w akt urodzenia.
Pragnęła śmierci siebie – dziewczynki i narodzin siebie – chłopaka. Wszystkie spalone lalki miały ją w jakiś tajemniczy, magiczny sposób do tego marzenia przybliżyć. Mniej lalek w jej pokoju to przecież więcej testosteronu w krwi, w tkankach. Gdyby tylko ktoś sprzedawał lizaki z tym steroidowym hormonem płciowym, mogłaby je kupować na kilogramy i bez końca zlizywać z nich całą męskość. Bała się, że pewnego dnia bez tego hormonu wyskoczą jej nagle baloniaste biodra i pokraczne Himalaje piersi. Nawet hodowana cicho we wnętrzu jej ciała siostra anoreksja, wysuszająca jej kobiecość towarzyszka życia, nie pomoże jej przy tej bolesnej transformacji.
Owijała więc ciasno kropki brodawek bandażem, by żadna wypukłość dojrzewania nie wydostała się na światło dzienne. Wygryzała paznokcie do krwi, aby w niczym nie przypominały damskich tipsów plastikowych laleczek. Specjalnie przewracała się na betonowe powierzchnie, nabijała sobie z premedytacją siniaki, świadomie kaleczyła kolana, by choć w tym upodobnić się do beztroskich, nieostrożnych chłopaków. Nosiła męskie majtki, które ukradła kiedyś w desperacji kuzynowi i nie mniej męskie spodnie, w kieszeni zawsze odpustowy pistolet strzelający samym dźwiękiem. Dźwiękiem tęsknoty za byciem facetem. Gdy ciężar żeńskiego życia wydawał się już być ponad jej siły, przykładała zabawkową broń desperacko do skromni i naciskała spust. Wewnętrzna sprężynka naciągała się, a do jej uszu dolatywał krótki, suchy dźwięk.
„Brzdęęęk!” – i już nic nie pozostawało z rojeń.
Ból był dobry, bo prawdziwy, realny. A najlepszym spośród nich był ten cielesny. Cymes! Przynosił wyzwolenie z kołowrotka myśli, tonował wewnętrzne napięcie nerwowe, rozluźniał mięśnie – podobnie jak wstrzyknięty zręcznymi dłońmi anestezjologa chlorek D-tubokuraryny. Znów więc dla osiągnięcia ulgi psychicznej musiała nabijać sobie nowe siniaki i rozrywać strupy na kolanach. Krew spływała bez skargi po jej łydkach, a ona miała nadzieję, że to jedyny rodzaj krwi, który z niej kiedykolwiek wypłynie. Nie widziała przed sobą menstruacyjnej przyszłości, szczerze mówiąc – nie widziała przed sobą żadnej przyszłości. Dryfowała w teraźniejszości, walczyła z tu i teraz, z sobą. Balansowała na cienkiej linie pomiędzy normalnością a szaleństwem.

Praźródło – matka. Leczenie objawowe
Pomiędzy normalnością a szaleństwem, pomiędzy matką a psychologiem. Wysłała ją do niego, a jakże. Matka, mateczka, mamuśka. Dość już miała jej przebieranek w męskie stroje, zakrwawionych kolan i granatowych map siniaków na ciele. Dość już miała jej wiecznego oglądania swojej płci w lustrze i pełnych ironii spojrzeń. Niedobrze się jej robiło od smrodu palonych, plastikowych lalek. Chciała, by stosy inkwizycji kobiecości jej dziecka przestały płonąć. Chciała różowego tiulu, spinek, kokardek i ciuci-ciuci. Chciała, by córka podbierała jej szminki, biżuterię i buty na obcasie. Niechby nawet – do cholery! – ukradła jej najlepszy biustonosz, ten francuski, z finezyjną koronką i misterną konstrukcją fiszbinów! Niechby go nawet przymierzyła, niechby tylko choć na niego popatrzyła, a potem to nawet pożarła i wypluła, wszystko jej jedno! No dobra, niechby go nawet choć dotknęła! Nie, to było za wielkie, za odważne marzenie. Przecież jej córka nie jest w stanie nawet dotknąć damskiego fatałaszka, zwyczajnie się go brzydzi! Chyba ją parzy w dłonie, gotuje się w jej rękach jak ten lalczany plastik w ognisku.
A ona – matka tak walczy o to niewdzięczne dziecko, tak próbuje! Do psychologa prowadzi, na terapii nie oszczędza. I co z tego ma?! Kilka głupich rysunków, które jej córka namalowała na polecenie tego quasi-specjalisty. Jakieś esy-floresy, kredkowe wygibasy i oczywiście lalki. Zawsze tylko one i one! Znów płonęły sobie beztrosko na każdym pieprzonym obrazku tej stukniętej dziewczyny! I znów o mało nie zwymiotowała! Ponownie nieomal poczuła ten obrzydliwy smród palonego plastiku.
Ta terapia to zupełnie zmarnowany czas! Psycholog tylko siedzi rozparty na fotelu jak basza, paluszki ułożone w przepisową piramidkę, w oczach wymuszone, profesjonalne napięcie, a jej córka gryzmoli na potęgę te swoje trupki lalek! Niby wyraża w ten sposób na papierze swoje uczucia! No, co to za terapia?! Toż konował by szybciej wyleczył te jej obsesje. Gdyby tylko znalazła na to jakieś pigułki, jakieś pastylki! Zaraz by je załadowała w głupi dziób tej córki – wariatki. Niech działają, niech naprostują ten zepsuty umysł, niech rozpuszczą kwasami te chore rojenia, te omamy plastikowe, lalkowe we łbie kiełbaszenie! Skąd to się u niej bierze, to całe wydziwianie, fochowanie, upór jakiś bezsensowny...
Stosy lalek jednak wciąż dymiły, zatruwały serce rodzicielki, gryzący dym plastiku mącił jej myśli. Córka chyba już otruła się oparami po tych lalczynych smrodach! Dopiero co wczoraj przyłapała ją, jak ścinała nożyczkami swoje rzęsy. Tłumaczyła, że nie chciała mieć takich długich, podobnych do tych od lalek. Prawie na siłę zaprowadziła ją znów do psychologa. On długo spoglądał na nią z jawną fascynacją, a potem kazał jej rysować te beznadzieje rysunki. Gdy jako matka tak ciężko doświadczonego dziecka spojrzała na niego z wściekłością, chrząknął coś tylko niewyraźnie i zapytał córkę o to, czy jakiś nieznajomy pan nie kazał jej dotykać się w „to” miejsce! Nie, tego już było dla matki za wiele. Szarpnęła córką jak wyrywanym z ziemi chwastem i wymyślając psychologowi od zboczeńców, wybiegła z nią z gabinetu. No, bo kto to słyszał, jaki znowu pan, jakie dotykanie?! Jej przecież o lalki smażące się, wędzące, śmierdzące, o lalki spalone jej chodziło!

Dziedziczka abominacji. Odkrycie
Rysunki w gabinecie psychologa mi pomogły... Pomogły mi w podjęciu decyzji, że już na pewno do żadnego psychologa nigdy nie pójdę. Gdyby był lalką, wrzuciłabym go bez wyrzutów sumienia, prosto w ogień i otrzepała dłonie – trzask-prask! Niech się smaży, aż po koniuszek tego okropnego, długiego, krogulczego paznokcia lewej ręki! Brrrrr! Brzydziłam się nim i jego chorymi insynuacjami. Jaki nieznajomy pan, jakie dotykanie?! Czy tak trudno zrozumieć, że nie chcę być dziewczyną? Nie chcę mieć ciała nafaszerowanego hormonami, estrogenem i progesteronem, nie chcę figurować w spisie ludności tego kraju w rubryce: „Kobiety”. Nie... bo nie!
Ja, samozwańcza władczyni marionetek, tak oto postanawiam: palić wciąż będę w ogniu nieugaszonym wszystkie swoje lalki, tak mi dopomóż ogniu najświętszy i ty, Hefajstosie, patronie mój doskonały! Oto jestem już pewna, że matka mnie nie akceptuje, przepycha mnie przez życie jak zbędny balast, gotowa chętnie się go pozbyć. Nie wiem dlaczego, nie wiem od kiedy. Może od zawsze? Co, ciekawi jesteście, co słychać u mojego ojca? No cóż, ja nie ukrywam, także. Niestety, sprawę komplikuje nieco fakt, że jakoś nie wiem, kto nim jest. Moja matka jakoś nie raczyła mnie o tym drobnym fakcie poinformować. Ot, taka mało ważna informacja, prawda? Przecież ona nie powinna mieć żadnego znaczenia dla mojego życia. Jestem już przecież dużym człowieczkiem, a nie takim tyci-tyci, tatuś nie musi mi czytać bajek przed snem ani wycierać zasmarkanego noska. Obejdę się bez niego! No, powiedzcie szczerze, po co komu ojciec? No, po co? Bankomatem ma mi być comiesięcznym, a może czymś na kształt martwej natury, co to tylko leży bez ruchu na kanapie przed telewizorem i pochrapuje niemiarowo? Nie potrzebuję takiego genetycznego wieszaka na uczucia w moim życiu, nie potrzebuję! Słyszycie, nie potrzebuję! Nie, nie, nie!
(Łzy, szloch, wycie)
Kurtyna w dół... Auć, jeszcze i ona bezdusznie walnęła mnie w głowę! Ach, gdyby tylko była lalką, od razu bym ją spaliła! „Fruuuu!” – tylko popiół by z niej pozostał. Szare płatki łupieżu z tkaniny, która kiedyś istniała.

Kismet. Odzyskiwanie pamięci


Potem
Kilka kilogramów przetopionych lalek potem... Nie byłam już tylko inkwizytorką laleczek – plastikowych boginek dzieciństwa. Stałam się dorosłą inkwizytorką. Kolejny kawałek plastiku w moim życiu, czyli dowód osobisty, uczynił mnie pod względem prawnym osobą dorosłą. A już zupełny przypadek zrobił ze mnie kogoś zupełnie innego. Wiecie, szukałam w domowych szafkach tych wszystkich papierzysk, mniej lub bardziej przydatnych do złożenia podania o wyrobienie dowodu osobistego. Niby tysiące razy wcześniej przekopywałam te szuflady, niby znałam je na pamięć, ale jakoś udało się im mnie zaskoczyć. Nagle to zobaczyłam... Taki pożółkły wycinek z gazety, z niewyraźnym zdjęciem. W sumie to miałam już zmiąć ten papierek i wyrzucić bez czytania do kosza, ale moją uwagę przyciągnęła fotografia. Z przerażeniem zauważyłam na niej roztrzaskany samochód, na którego masce siedziała wystrojona na biało lalka. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu kukła nie spadła z auta, tylko zadzierała do góry nogi, jakby siedziała na niewidzialnym fotelu ginekologicznym. Artykuł nosił tytuł „Śmierć tuż po ślubie”.
Trzęsłam się... Dygotałam...Treść żołądka podjechała mi do gardła... Mimo to czytałam, a każde ze zdań burzyło mój świat na tysiąc i jeden kawałków, każdy wyraz był niczym bomba podłożona pod moją dotychczasową osobowość. Fragmenty zdań wbijały mi się w czaszkę niczym szpikulce: „Młoda para właśnie wracała z kościoła po swoim ślubie...”, „Jechali na zabawę weselną w pobliskiej remizie...”, „Jadący z naprzeciwka drogą pijany rolnik Anatol P. nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze...”, „W wyniku wypadku śmierć poniosły dwie osoby...”.

Reminiscencje. Strzępy wrażeń

Naraz poczułam potężny ucisk w głowie, jakby ciśnienie śródczaszkowe miało ją znienacka rozsadzić. Jakaś moc wspomnień przeniosła mnie tam, wtedy... I już zaczęły mnie osaczać, okrążać... Jakieś błyski przed oczyma, straszliwy huk, a potem przerażająca cisza. Cisza, cisza, sza... sza... sza... To było o wiele gorsze od najgłośniejszego nawet hałasu. I jeszcze ten nagły swąd. Znajomy smród palonego plastiku i czegoś jeszcze. A potem dalekie rozmowy, odgłosy syren karetki pogotowia, straży pożarnej i policji, ciemność... Zanim jednak zapadła, taka najciemniejsza, najgłębsza, nim moje powieki całkowicie zasłoniły źrenice, po raz ostatni spojrzałam na Nią. Spojrzałam tam, gdzie siedziała. Już zawsze będę tego żałować. Zemdlałam...

Paroksyzm bólu. Przypominanie
Tak, już wiedziała, przypomniała sobie. Przez tyle lat oddalała od siebie to wydarzenie, aż ono samo znów dostało się do wnętrza jej wypierającej nieszczęścia świadomości. Ściskając w dłoniach wycinek prasowy tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie, pobiegła do matki. Wydawało się jej, że gdzieś w tle wciąż słyszy śmiejące się głośno wszystkie spalone przez nią lalki. Plastikowy śmiech z plastikowych usteczek, produkowany przez plastikowe marionetki.
Matka spała przed włączonym głośno telewizorem. Ta blada twarz także wydała się jej naraz bardzo podobna do plastikowej. Martwej. Obojętnej. Obcej. Przestraszyła się, że może nie zdąży już zadać najważniejszych pytań, może jest już za późno, krzyknęła więc przeraźliwie, a matka wówczas otworzyła szeroko oczy. Przerażone, bynajmniej nie martwe. W zasadzie to spoglądające na nią z mieszaniną wściekłości i strachu. A ona chciała w końcu wiedzieć, chciała mieć pewność – co było w jej pamięci prawdą, a co fałszem. Chciała się upewnić, że rzeczywiście pamięta i Ją. Taką malutką i bezbronną. Cząstkę siebie.
Był tylko dziki wrzask. Skowyt jadu. I nienawiść, która płynęła z ust matki niczym gorąca, niszcząca wszystko na swej drodze lawa. Toksyczna wydzielina zainfekowanego chorobą gruczołu macierzyństwa. Chciała się dowiedzieć? – To się dowiedziała! Tak, matka urodziła ją dwa lata przed ślubem. Tak, postanowiła wyjść za mąż za jej ojca, jechali po ślubie w kościele na wesele do remizy. Tak, jakiś pijany kierowca wjechał w ich auto. Tak, był wypadek, straszny wypadek. Tak, jej mąż – pan młody, zmarł. One ocalały. Matka i córka.
Nie, matka kłamała! Był jeszcze ktoś! Jeszcze ktoś był w tym ich rozbitym aucie!
I znowu wrzask matki: Nie, były tylko one! Tylko one wyszły z wypadku cało. No i jeszcze ozdobna lalka na wraku samochodu. Udająca samotną, szczęśliwą pannę młodą.
Nie, kłamała! Dlaczego matka tak bardzo wypierała fakty?! Tam był ktoś jeszcze! I Ona była tam przecież, prawda?! Była?!
Matka w końcu pękła, uwalniając z siebie tajemnicę. „Tak, był tam ktoś jeszcze. Ona, taka malutka, taka jak ty. Twoja siostra bliźniaczka... Nie zdążyli jej uratować. Spaliła się w aucie”.
I zaraz pretensje w głosie matki: „Dlaczego to ona, a nie ty?!”.
Słowa rodzicielki jeszcze przeszywały mieczami okrucieństwa powietrze, gdy ona sama przewróciła się nagle. Znieruchomiała. Zesztywniała. Zaniemówiła. Pogotowie zabrało ją do szpitala, smutny pakunek bólu i destrukcji. Wylew. Paraliż. Brak kontaktu. Córka jeszcze zatem zdążyła poznać prawdę. A więc miała siostrę bliźniaczkę! Małą towarzyszkę wzrostu lalki. Jechały razem w tym ślubnym aucie w drodze na wesele rodziców. Ale tylko jedna dojechała do pełnoletniości. Mała siostrzyczka już na zawsze pozostała w jej wspomnieniach miniaturką, drobną laleczką, która spaliła się w czasie powypadkowego pożaru w aucie. Ona zaś ocalała. Ocalała wbrew życzeniu matki, która wolała, by to jej siostra nadal żyła. Zatem stąd ta całożyciowa nienawiść rodzicielki, stąd jawna niechęć względem niej, dziwna awersja.
Po tylu latach ona sama przypomniała sobie ten wypadek, ten nieludzi widok palącej się siostry. To właśnie jej gorejące ogniem zwłoki zobaczyła, nim zemdlała, a powieki litościwie zasłoniły panicznie przerażone oczy. Przez całe życie jej podświadomość wypierała z umysłu ten widok, ale ciało wiedziało swoje. Stąd wciąż obsesyjnie spalała lalki, wciąż jakąś perwersyjną przyjemność sprawiało jej oglądanie płonących figurek. Widać w ten sposób radziła sobie z wydarzeniami, których nie mogła zrozumieć ani o których nie mogła porozmawiać. Paradoksalnie, w płomieniach ognia ratowała swoją normalność, przyszłość, tożsamość, jestestwo. Uwalniała zamrożone wcześniej emocje.

Zdrowienie. Powolne kroki
Kierowca karetki transportowej cicho pogwizdywał jakąś melodię, która mogła być zarówno fragmentem pieśni kościelnej „Kiedy ranne wstają zorze”, ale także równie dobrze motywem z filmu „Ojciec chrzestny”. W samochodzie leżała na noszach, przypięta mocno pasami, na oko pięćdziesięcioletnia kobieta. Nie wiadomo, czy spała, na jakim poziomie świadomości odbierała otaczającą ją rzeczywistość. Może dryfowała gdzieś hen, za horyzontem? Tuż przy niej siedział osiemnastoletni młodzieniec. Wciąż spoglądał na twarz leżącej, a potem kilkakrotnie pochylał się nad jej uchem. Coś do niego szeptał, coś nucił. Gdybyśmy nachylili się bliżej nad tą dwójką, moglibyśmy być może usłyszeć jego słowa. Tak, to wydaje się możliwe, rzeczywiście coś słychać: „Lulajże, laleczko!” – śpiewa chłopak na melodię znanej kolędy. I tak uśmiecha się przy tym delikatnie, nieśmiało.
A oto już ta tajemnicza karawana dojeżdża na miejsce. Stary budynek, łuszcząca się farba, aureola smutku. I jeszcze napis gdzieś na drzwiach: Dom Pomocy Społecznej „Wszystkie barwy codzienności”. Sparaliżowaną kobietę wnoszą do środka. Jest jeszcze trochę zamętu z papierami, trochę zamieszania i krótkich dyskusji, ustaleń. On zostawia numer telefonu do siebie. I oczywiście ową kobietę. Kobietę, która jest jego matką.
Gdy wychodzi za bramę budynku, mówi już tylko sam do siebie: „No, dość w moim życiu tego teatru kabuki!”. Może wypadałoby, żeby jeszcze ostentacyjnie zapalił papierosa i zaciągnął się ze smakiem dymem, ale przecież to nie film, nie czytamy skryptu scenariusza filmowego. Mamy więc scenę bez tytoniu, za to z zagadką. Tym razem już ostatnią. Bohater opowiadania jest najwyraźniej już zmęczony wciąż zmieniającą się akcją. I to na dodatek pod sam koniec tekstu! Czy to wypada tak gmatwać misternie konstruowaną fabułę? Halo, pisarczyku!

Rozplątanie. Obwąchiwanie życia
Płomienie ognia strzelały wysoko w górę, jakby próbowały podpalić brzeżki sukienek przelatującym nisko aniołom. Znów był ogień, znów płonęło. Tym razem jednak nie wrzucałem do ognia plastikowych lalek, ale wszystkie swoje ubrania – beznadziejnie kobiece sukienki, zbyt kolorowe swetry i rajstopy. Poczułem, że nareszcie jestem wolny – wolny od tajemnicy i obsesji matki. Już nie musiałem rysować tych wszystkich infantylnych, głupiutkich rysunków w gabinecie psychologa, by zrozumieć swoje pokrętne uczucia. Nim moja matka weszła w hermetyczny świat po wylewie, zdążyła jeszcze rzucić w moim kierunku tych kilka zdań, z których zbudowałem sobie tratwę ratunkową. Okazało się, że z nas bliźniaków to moją siostrę kochała bardziej. To za nią tęskniła całe życie, to ją opłakiwała, to ją chciała mieć przy swoim boku. Niestety, z tamtego wypadku wyszedłem cało tylko ja – dwuletni, okaleczony synek z żałobną duszyczką. Nie mogła mi nigdy wybaczyć, że to nie ja się spaliłem w tym samochodzie, tylko moja siostra bliźniaczka. Chciała wciąż mieć przy sobie śliczną córeczkę, a nie bezużytecznego syna z krzywymi nogami. Niestety, nie potrafiła wskrzesić zmarłego dziecka. Postanowiła więc nagiąć rzeczywistość do swoich marzeń i to mnie przeobrazić w swoją utraconą córeczkę. Tuż po wypadku, gdy tylko oboje, psychicznie pokaleczeni, wyszliśmy ze szpitala, zaczęła ubierać mnie w ubrania mojej zmarłej siostry. Nazywała mnie jej imieniem, przedstawiała publicznie jako dziewczynkę. Nikt nic nie zauważył, byliśmy naprawdę z siostrą wyjątkowo do siebie podobni. Nieświadomie zgodziłem się odgrywać dla niej i dla otoczenia ten teatr absurdu, w sferze publicznej funkcjonowałem jako dziewczynka. Jednocześnie nie mogłem się z tym pogodzić, walczyłem z narzucaną mi płcią. Stąd moje wybuchy buntu, wizyty u psychologa, nienawiść matki.
Wciąż widziałem pod zamkniętymi powiekami to palące się małe ciałko siostrzyczki. By zagłuszyć własny ból, zacząłem palić lalki. W takich momentach, tam przy ogniu, to coś w mojej martwej duszy jakby mniej bolało. Ogień koił nerwy, przypalał bliznę po siostrze. Swąd niósł wyzwolenie.
Matka po wylewie zawiesiła się gdzieś w mózgu, znieruchomiała jak plastikowa laleczka, kaleka marionetka w rękach przeznaczenia. Jest manekinem na sklepowej wystawie ludzkiej egzystencji. Nie będę jej animował swoim życiem – wystarczyło, że przez tyle lat na jej polecenie posłusznie poruszałem pacynką mojej utraconej siostry. Zostawiam bawienie się lalkami kilkuletnim dziewczynkom. Jutro odbieram nowy dowód osobisty, w którym będę już zapisany jako mężczyzna. Więc powiedzmy szczerze – nie wypada mi już bawić się lalkami.

(praca otrzymała II nagrodę w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. E. Paukszty w Kargowej)


* Buddyjski termin z sanskrytu, oznaczający bolesność lub cierpienie.

 

 

Anna Kokot