Pięć mazowieckich opowiastek

1. Kolistość
W naszej rodzinie ciągle ktoś wyruszał w niepewne. Do Parany w Brazylii, do Prus, na łaskawy chleb, do Mławy albo na kolejną nieszczęsną wojnę. I ciągle potem trzeba było wszystko zaczynać od dymu z komina... Nasza historia toczyła się pod górę kostropato i drabiniasto jak te koła, które wyrabiał ojciec, stelmach. Dobrze o tym powiedziała kiedyś ciotka Chrobotka. Była już stara, miała prawie sto lat. Całe życie tyrała u kogoś na służbie i zapomniała czytać i pisać. Litery nie były jej potrzebne, bo i po co? Czy do zmywania garów albo dawania prosiakom żreć potrzeba kaligrafii? Nie potrzeba. Nic nie potrzeba.
Zastałem ją w lipcowy dzień przed letnią kuchnią przy smażeniu naleśników. Kiedy zapytałem, jak to było kiedyś: czy tak samo, ciociu Chrobociu, czy inaczej, ona nie patrząc na mnie, powoli nałożyła ciasto na patelnię, zakołysała, żeby się równo rozlało i postawiła na ogniu. A potem wzruszyła ramionami:
– Jak było?... Zawsze było tak samo, Stefciu, koliście. Potoczyście.
Nie zrozumiałem, a wtedy dała mi naleśnika, kazała zjeść i popić mlekiem.
– Kiedy byłam młoda – powiedziała po chwili, patrząc, jak jem – taka młoda jak ty tera, to wszystko mnie się zdawało piersze i ostateczne. A potem... Hmm..., potem to już tylko takie, co już kiedyś było. Przez całe życie patrzałam, jak łzy płynęły i jak wysychały, ale oczy były te same. Było, minęło, ale znowuż będzie, zanim minie. I tak wkoło Wojtek, na okrągło. Takie to nasze życie i całe jestestwo. Koliste, powiadam – westchnęła. – Jedz, pojedz se gorącego, Stefciu, bo zimne niedobre i trzewiom zaszkodzić może.
– A skoro tak koliście się to wszystko toczy – zapytałem po chwili – to znaczy, że kiedyś znowu wszystko stracimy? I że trzeba się będzie błąkać to tu, to tam, jak dotąd?
Popatrzyła na mnie poważnym wzrokiem, a na jej czole, tuż pod brzegiem chustki, pojawiła się taka podłużna, troskliwa zmarszczka.
– A kto to wie? Nikt... – odpowiedziała. – Ale... Zresztu, chodź, cuś ci pokażę.
Podniosła się i kazała mi iść za sobą do wozówki. Tam w rogu stała stara dwukółka żelaźnianka, jeszcze po mniej czy bardziej świętej pamięci Bolku Wróżbicie. Zaprzęgał w nią, całował ciotkę Chrobotkę w usta i ruszał po jarmarkach i odpustach sprzedawać przyszłość i ciepłe lody. Był ciotki Chrobotki mężem przyszywanym. Bliską duszą.
Ciotka zrzuciła z dwukółki parciane, zakurzone worki.
– Patrz – powiedziała poważnym tonem – te koła przetoczyły się po świecie wte, wewte i nazad niepamiętne kilometry. Ale od kiedy świętej pamięci Bolek umarł, jeszcze za bolszewickiej wojny, dwukółka nie drgnęła ani o włos. A przecie to ciągle koła...

2. Pranie
W środy ciotka robiła pranie. Gotowała, krochmaliła, dorzucała farbki ultramaryny, żeby, jak mawiała, pościel była biała jak list. A potem rozsnuwała pomiędzy papierówkami żagle prześcieradeł, poszew, powłoczek i jaśków. Jak skończyła, lubiła usiąść sobie na zydelku, żeby odsapnąć. Patrzyła na upraną pościel jak kapitan okrętu na morze – szerokim, jasnym spojrzeniem. I wtedy dziwnym trafem, jak na zawołanie, zrywał się lekki wiatr. Uśmiechała się, bo tak miało być. Jej oczy niebieściły się tajemniczo. Spoglądała na prześcieradła, a które właśnie dotknęła okiem, zaczynało posłusznie się kołysać. Jeśli teraz czasem rozmyślam, co wtedy bywało naprawdę magiczne, to właśnie spojrzenia ciotki Chrobotki. I te prześcieradła.

3. Fasola
Zachodziłem do niej czasem, żeby się wygadać albo poradzić w jakiejś ważnej sprawie. Słuchała uważnie, nie przerywała i nigdy nie kazała sobie dwa razy powtarzać albo opowiadać jeszcze raz od początku. A uważnie słuchając, zwykle coś robiła. Kroiła pokrzywy dla kurczaków, zarabiała ciasto albo cerowała. Była jedną z tych najprawdziwszych osób, które jak małe dzieci nigdy nie siedzą bezczynnie.
Tamtej wiosny byłem w podłym nastroju. Chciało mi się płakać. Ciotkę Chrobotkę zastałem przy łuskaniu fasoli. Kiedy przestąpiłem próg, powoli podniosła głowę i popatrzyła na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami. Popatrzyła i już wiedziała. Ale o nic nie zapytała. Zresztą, nigdy nie pytała pierwsza. Zawsze dobrze wiedziała, że jeśli jakieś słowo ma paść, to i tak prędzej czy później padnie, jak ulęgałka. Po co je pośpieszać? Po nic. Przecież słowo, jak to słowo, musi się wypowiedzieć w powietrzu. Wymówić sobą w przestwór.
– Dlaczego jest tak, jak jest?... – zapytałem owego dnia ze ściśniętym gardłem.
Ale musiałem to powiedzieć takim tonem, że ciotka przerwała łuskanie, kazała siadać i powoli opowiadać po kolei.
Wziąłem głęboki oddech i zacząłem wyliczać wszystkie biedy ostatnich tygodni i dni. Choroby matki, brak pracy ojca, drożyznę, że nie ma jak opłacić kursu krawieckiego dla Wandzi, mojej siostry, i wreszcie to najważniejsze: że nie rosnę. Że mając osiemnaście lat, mierzę zaledwie sto pięć centymetrów*... I Anielka, moja druga siostra, też nie rośnie. Mówiłem tak i mówiłem, a co zdanie, to w oku stawała mi łza. Co zdanie, to smutniejsza, najsmutniejsza...
Słuchała mnie, kiwała głową, a suche fasolowe ziarna spadały, cicho podzwaniając o ścianki blaszanej miski jak sygnaturki w odległych kościołach.
– Co komu pisane, to i tak będzie – westchnęła wreszcie. – Choćbyś nie wiadomo co robił, to i tak pójdzie w puste nic. W niwecz. Tak to już Pan Bóg skarkulował ten świat. Sekretnie. Ot, i to wszystko... A życie? To całe życie? Piasek między palcami, nic więcej.
Zebrała w fartuch fasolowe strąki i powoli odłożyła na zydel obok. Potem, mrużąc oczy, uważnie spojrzała gdzieś za mnie, w jakąś dal za oknem. Pomyślałem sobie, że może kogoś albo czegoś wypatruje. Jej błękitne oczy najwyraźniej próbowały się przebić, przecisnąć i zobaczyć. Nawet głowę zadarła, jakby to coś było daleko, wysoko, hen. I wypatrywała uparcie. Co tam wtedy ujrzała, jakie światy-zaświaty, nie wiem.
– Jest dzień i jest noc – odezwała się po chwili. – I jak kto pyta, jest, i jak odpowiada, też jest. I jeszcze czasem jest tak, że nijak nie idzie odpowiedzieć. Przynajmniej za tego tutaj naszego bytowania. Bo w głowę zachodzisz, gadasz, udajesz, pstrokacisz oszukańczo na lewo i prawo, że już coś niecoś wiesz, a i tak na mało lepszego głupka
wychodzisz. W ten czas zdrowiej zamilknąć. Patrz, ten stary Pykiel, znałeś go, właśnie wziął i umarł. Nagle, na serce. A przecież chłop był rumiany malowany i najpierwszego zdrowia. Powiadają, że pewnie podsłuchał zwierzęta i dlatego. A taki był mądry, a jaki wygadany, że ho ho! Każdego jednego na zebraniach w remizie ogniowej przegadał, bez wyjątku. I co z tego? Niby z takiego tępego bydlęcia słowa nie wydębisz, ale jak już, to nie daj Panie Boże! – Ciotka Chrobotka tylko machnęła ręką. – Chcesz żyć, nie podsłuchuj. Nawet wigilijną nocą.
– Tak, z tymi stworzeniami to trzeba uważać – podjęła po chwili. – Że niby takie nic, prawda? Tylko łeb urżnąć, do gara i na stół, a jednak. Albo znowuż takie ziele. Drzewo na ten przykład. Z jednego drzewa krzyż i łopata, lubią powtarzać przysłowiowo. A czemu akurat krzyż? Czemu nie kołyska? Przecie drzewo samo z siebie takie niewinne, daje owoc albo cień, a pozwoliło z siebie zrobić takiego potwora. Dlaczego? Nie da się powiedzieć. A skąd się to całe cierpienie bierze, pytasz? Pójdziesz kiedy ze mną na Budy Strzegowskie, to wtenczas dopiero najprawdziwsze cierpienie zobaczysz. Tam żyje stara Weronika, głucha i niewidoma. Głucha jak pień i ślepa jak noc... Od drzwi chatki do studni któś jej zrobił niby taki płot z łat drewniannych byle jakich, żeby po nim trafiła i se mogła wody nacisknąć. I co z tego, skoro przy studni żuraw? Wysoki wniebogłosy i próchniaty, że strach. To jak nacisknie? Wody w domu nie ma, a ognia boi się palić, to czasem całymi tygodniami nic gotowanego do ust nie włoży, chyba że któś się zlituje i przyniesie. Ale to rzadko, bo przecież człowiek prędzej gówno spod własnej dupy zje, niż drugiemu coś da bezcennie. A jak ją kto zapyta, jak się Weronice żyje, a ona jakoś tam po swojemu usłyszy czy zrozumie, to tylko się kłania głęboko i żegna po trzykroć, jak jakaś Ruska. I oczy podnosi niewidomie w sufit, jak w niebo, i cała się uśmiecha, wdzięczna anielsko. Głupia albo święta, powiadają o niej. Pewnie i jedno, i drugie, kto to wie? Ten cały jej żywot to dopiero jest droga krzyżowa. Pan Jezus Nazaretański na krzyżu cierpiał bez mała trzy godziny, a ona już tak ze trzydzieści lat, z okładem! I co na to powiesz, Stefek? Nic nie powiesz, bo na to nie da rady po ludzku odpowiedzieć. Nijak. Tylko gębę zamknąć i cicho siedzieć, sza... – przerwała i popatrzyła w okno.
– A czemu jest tak, jak jest? – wzruszyła ramionami. – Ano właśnie... – I przyłożyła sobie palec do ust.
Cisza zapadła. Takiej ciszy, jak wtedy, już nigdy potem nie słyszałem. Bywały cisze przeróżne, wygodne, niewygodne, gęste i jak makiem zasiał, krajowe i zagraniczne, pospolite i przed burzami, ale takiej jak tamta u ciotki Chrobotki już nigdzie potem nie zastałem.
Po chwili, kiedy zbierałem się do wyjścia, ciotka powiedziała bardziej do samej siebie niż do mnie:
– U tej Weroniki, w tej jej chatce, wszędzie kurz na trzy palce bez mała, ale pachnie żywym jaśminem. Nawet zimową porą. I nikt nie wie, jak i skąd. Owszem, węszyli pokątnie, wsadzali nosy, ale nigdzie nic, ani świeżej gałązki, ani perfumy, a jednak pachnie. Cuda codzienne, prawdziwe niewidy!
I kręcąc głową, wróciła do łuskania fasoli.

4. Wariaci

Jak to jest, że prawie każda wieś ma swojego wariata? – zastanawiałem się. Zwykle jest taki jeden. Ten najbardziej znany, najoryginalniejszy i najbardziej wariacki. Inni też są, ale z takich czy innych względów pozostają niepopularni. Bo są na przykład źli, ponurzy, bo się ich wszyscy boją. Lubią robić psikusy albo bywają niebezpieczni dla kobiet. Albo krzyczą i biją czym popadnie. Albo, i to jest najgorsze, są opętani i ucieka się od nich jak diabeł przed wodą święconą, i nie chce się nic o nich wiedzieć.
Jak to jest, zachodziłem w głowę, że wariat ma zwykle inne imię niż ma naprawdę? No bo, dajmy na to, pierwszego z brzegu Staśka S. nazywają Józiem. „O, popatrz, to ten głupi Józiu, zezun, co ma tylko trzy palce u rąk!”. Nawet trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby o nim powiedzieć: „głupi Stasiek”. Nigdy w życiu! Ale „głupi Józiu” – tak, jak najbardziej. Skąd się to brało, nikt się nie zastanawiał. Po prostu: „głupi Józiu” i już.
A tę starą wariatkę ochrzcili Bartułką. Nikt nie zna jej imienia, bo jego nigdy nie miała. Znaleziono ją niemowlęciem. Dawno temu pod drzwiami kościoła. Rozsupłano zawiniątko i zaczęli ją wołać Bartułka, i tak już zostało. Nikt nie zachodził w głowę dlaczego. Po prostu: Bartułka, bo zawinątko bartułe w sobie było, czyli lite albo sute.
„Bartułka, znaaajda! Bartułka, znaaajda!” – niosło się wołanie dzieciaków, kiedy oważ ciągnęła przez Baboszewo swoje ciężkie i śmierdzące ciało. Tylko czasem, choć wcale nie tak rzadko, wołanie nagle zamierało na widok pary oswojonych ptasząt kopciuszków, co mieszkały w jej łachmanach i lubiły se szczebiotliwie wyfrunąć spod jej pach. Ot tak, w powietrze, jak to ptacy! Bartułka zaśmiewała się wtedy do rozpuku i machała rękami, a jej małe oczka zdawały się mówić: „A widzicie, nie jestem taka głupia, jak wam się zdaje!”. Po chwili ptaszki wracały pod pachy, a Bartułka dalej człapała po wsi, żując bezzębnymi dziąsłami kamyki.
Albo czemu nazywają Adasiem rumianego syna Genowefy Grzędy, sławnej krawcowej z Baboszewa pod Płońskiem? A była to krawcowa ekstraordynaryjna – szyła nawet mundury wojskowe, oficerskie, na zamówienia z Warszawy! Utarło się dać głupiemu Adasiowi parę groszy, żeby poszedł i podlał kwiaty na cmentarzu. „Skwar latoś niemiłosierny, roboty, pani kochana, we żniwa co nie miara, jak się mu da, to pójdzie i podleje”. Adaś lubił zaczepić, chwycić mocno za ramię i pleść jakieś koszały-opały, których nie sposób było zrozumieć. „Daj spokój, Adaś, idź se stąd. No, idź, wynocha!” – opędzano się przed nim jak przed jakąś zarazą. A wtedy Adaś mocno się denerwował. Kręcił głową, odgrażał pięściami i pluł na lewo i prawo gęstą śliną. Uspokajał się dopiero na widok wyciągniętej ręki z papierosem. Brał i długo wąchał, a potem kazał sobie przypalić, zaciągał się głęboko, uśmiechał i już wszystko było dobrze. Nikt nie pamiętał, a może nawet nie wiedział, że „głupi Adaś” to tak naprawdę Karol.
Bywali też wariaci istniejący tylko w połowie. To znaczy istniejący lub nie. Taka Cześka z Ponikwi na ten przykład. Cześka jednak nie byle jaka, bo – przysłowiowa! Od niepamiętnych czasów mawiano, że ktoś wygląda albo śmieje się „jak Cześka z Ponikwi”. Czyli, że – nie przymierzając – głupawo. Tylko w tym szkopuł, że nikt nie miał pojęcia, co to za Cześka. I z jakiej Ponikwi – też nikt nie wiedział. Podobno widywano ją kiedyś żebrzącą po odpustach, ale nikt sobie za to by głowy uciąć nie dał. Tak było do dnia, kiedy to jednego roku w Przemienienie Pańskie pojawiła się na odpuście w Drogiszce. Ktoś ją wtedy zapytał, skąd jest, a ona, że z Ponikwi i że Cześka ją wołają. I czar prysł jak cudowna woda ze źródełka opodal drewnianego kościoła, gdzie siedziała, żebrząc. Czar prysł, bo już było jasne, że Cześka naprawdę istnieje, ale jeszcze bardziej prysł, bo ani tak bardzo głupawo nie wyglądała, ani się głupawo nie śmiała. Ot, taka zwykła żebraczka, jakich setki. Ale przysłowie zostało.
Byli też wariaci niemal zupełnie nieznani. Najczęściej ukryci przed oczami ciekawskich. Głęboko zaszyci w głębi chałup, wstydliwi. Bano się, że jak kto zobaczy, to odkryje tajemnicę, że tak naprawdę to wszystko było inaczej. Że to wcale nie ruskie sołdaty w wojnę z dwudziestego roku zgwałcili żonę C-owskiego, tylko po prostu „tak już musiało być”, choć C-owscy to najprzykładniejsi i bogaci gospodarze, i parafianie, że mucha nie siada. Nijak nie szło sobie wyobrazić, że najnormalniej w świecie mogą mieć taką nieczaśną dziewuchę. A podobna do C-owskiego jakby kto skórę ściągnął!
Byli też odmieńcy-legendy. Trochę jak senne widma, które przeszły tuż obok, nie pozostawiając śladu.
– Pytasz, synku, co to za landszaft na tej ścianie? – Matka przysiada na brzegu mojego łóżka. – Za mały byłeś wtedy, nie możesz pamiętać, ano to posłuchaj.
I zaczyna opowiadać, jak to jednego razu przerywała buraki z ciotką Chrobotką. Właśnie skończyły rząd, kiedy ciotka Chrobotka powiedziała:
– Patrz, któś idzie drogu.
Matka odwróciła się i zobaczyła, jak pomiędzy wierzbami powoli drepcze w stronę Strzegowa mały, śmieszny człowieczek. W poszarzałej, za ciasnej marynarce, brązowych spodniach i starym kapeluszu. Na plecach niesie przytroczony sznurkami jakby wielki kajet. Kiedy się przybliżył, okazało się, że ma już swoje lata. Chuda twarz pobrużdżona była zmarszczkami. Tylko mu te małe oczka płonęły jakby nieziemskim blaskiem. Wydawało się, że wszystko wie i rozumie.
– Kto ty jesteś? – zapytały.
Popatrzył na nie i tylko się lekko uśmiechnął, jakby się dziwiąc, że nie wiedzą. Zdjął z nosa okrągłe okulary w kościanej, popękanej oprawce i zaczął je przecierać chustką do nosa brudną jak święta ziemia. I dalej się uśmiechał, i zerkał raz na matkę, raz na ciotkę Chrobotkę. Ciotka szturchnęła matkę łokciem, że to może głuchy jakiś albo niemota.
– No powiedz, kto ty jesteś? – zapytały znowu.
Człowieczek spoważniał, ostrożnie nałożył okulary i uroczyście zdjął z prawie łysej głowy kapelusz. Potem dumnie wymamrotał tak fikuśne imię, że go nie zapamiętały, i że jest „artyst”. A mamrotał jakby z ruskim akcentem.
Matka wzięła go do nas, żeby się umył i przenocował. Kiedy zapytała, jaki ty jesteś artysta i co za sztuki pokazujesz, człowieczek sięgnął po swój wielki zeszyt, pogrzebał w nim i wyjął mały, kolorowy obrazek. Podał go matce. Na obrazku był jakiś dom, ulica, a w dali za domem wieża kościelna. A wszystko bardzo piękne, kolorowe i wypisz wymaluj jak żywe. Uśmiechnął się, wskazał palcem obrazek i powiedział:
– O.
I było to jedyne słowo, nie słowo, jakie z siebie tego wieczora wydusił. Matka o nic nie wypytywała, bo przecież nie wypadało.
Po kolacji, zaraz jak skończył jeść, odsunął talerz i rozłożył na stole te swoje papiery. Podkręcił knot lampy i starannie rozłożył ołówki i kredki, kolorowe krążki wodnych farbek, kozik do ostrzenia, maleńką brązową flaszkę po lekach, w którą nabrał wody z wiadra, i różnej wielkości pędzelki. Wyjął drewnianą fifkę, obsadził papierosa, zapalił i zaczął malować. Pykał kłębuszki dymu, a spod jego palców wyrastać zaczęły jak prawdziwe: wieżyczka naszego kościółka, dwa stare dęby, obrys parkanu z dartego kamienia, zieloną smugę Wkry z rybakiem w łódce i zarośla starowkrza. A ponad tym wszystkim niebo niebieściutkie i bardzo niebiańskie, i słońce, choć za oknem była już przecież noc. Bo wszystko odmalowywał z głowy, tak jak zapamiętał za dnia.
Rano zjadł na śniadanie twaróg ze szczypiorem, a potem wyciągnął do matki rękę z tym obrazkiem.
– Dla nień, niech ma... – powiedział.
Potem zarzucił na plecy te swoje kartony, uchylił kapelusza i zniknął. I nikt go więcej tu u nas nie widział. Gdyby nie ten landszaft na ścianie, to matce czasem się wydaje, że może go wcale nie było i że może jej się to wszystko tylko przyśniło jak jakaś leśna baśń.

5. Szatkowanie
Szatkowanie kapusty to było dopiero coś! Szatkownica była przechodnia i trzeba ją było wcześniej zamawiać. Tego dnia, kiedy się miała pojawić, ojciec szedł na podwórze odkryć kapuścianą reję, potem turlał przed sień beczkę osiemdziesiątkę, fasował dekiel, sprawdzał, czy się przez rok nie wykoślawił i czy leży fest, i długo ostukiwał bednarki, ta tam, tak tak, ty tyń, ta tam... Wreszcie pomywał ukropem, żeby się do środka żadna zaraza, zajda czy, nie daj Boże, ansy nie wdały. Para wesoło buchała w jesienne powietrze. Powiadali, że taka kapuściana para jest dobra na nieszczęśliwą miłość. Najbardziej tę z żałosnych, kiedy to podstarzały jegomość zakocha się w młodej dziewczynie albo na odwrót. Ale jak parę należało w takim ambarasie aplikować i czy rzeczywiście pomagała, tego nie wiedział nikt. Na koniec ojciec jeszcze raz ostukiwał bednarki. Krótko i lekko, ta ta, ty tyń. I beczka była gotowa.
Tymczasem w domu zbierały się wszystkie ciotki i sąsiadki. Jedna przynosiła ciasto drożdżowe z kruszonką, inna nalewkę z pigwy, a jeszcze inna, co biedniejsza, przychodziła od lat tak samo – na koślawy ryj i do towarzystwa. Plotki były, śmiechy, chichoty, opowieści o dawnych czasach, o duchach i o miłości.
– A bo to od razu trzeba się zakochiwać albo iść za mąż? – Ciotka Chrobotka nie miała złudzeń. – Gdybym ja wszystkich kawalerów, co do mnie w swoim czasie w konkury uderzali, miała nosić w sercu, to by tam dla was miejsca nie starczyło. A tak, to i oni się zmieścili, i wy nie narzekacie! – Ciotka wesoło machnęła ręką.
– Ciociu, a co to znaczy, że to się nigdy nie wymydli? – zapytała nagle Anielka.
– Co się nie wymydli, córuchna? – Ciotka Chrobotka zmarszczyła czoło.
– No to, tutaj... – I Anielka dotknęła się poniżej pępka.
Popatrzyliśmy wszyscy na siebie, ktoś się nawet wymownie zakrztusił.
– Bo na tańcach w szkole w Rydzynie to taka jedna mi powiedziała, żebym tego nie żałowała, bo i tak się nie wymydli. – Anielka miała rezolutną minkę. – A potem jeszcze powiedziała, że jak nie dasz chłopakom, to dasz robakom...
Zamilkła szatkownica i w kuchni zapadła głucha cisza. Przerwała ją dopiero mucha, która taktownie uwięzła gdzieś w pajęczynie. Potem ojciec chrząknął chyłkiem, że może, ten tego owego, wyjdzie przed sień zobaczyć, czy przypadkiem deszcz nie idzie... I szybko wyszedł.
Anielka zagryzła kapuścianego głąba, wyczekująco spoglądając na ciotkę Chrobotkę. Ciotka poprawiła chustkę na głowie, musnęła guzik wysoko zapiętej pod szyją bluzki i nagle szeroko się uśmiechnęła.
– Chocie no tutaj, Niesiu, siadaj! – przywołała Anielkę, klepiąc się w kolana.
Kiedy Anielka umościła się wygodnie na jej kolanach, ciotka Chrobotka zaczęła ją ostrożnie głaskać po włosach swoją sękatą od roboty dłonią.
– Śliczna i taka mądra dziewuszka z ciebie, aniołku – zaczęła. – I o ważne sprawy potrafisz zapytać, chociaż dziecko jeszcze jesteś. A tera pokaż mi, Niesiu, gdzie masz serce.
Anielka szybko pokazała paluszkiem.
– No właśnie, tutej – przytaknęła ciotka. – To jak tutej będzie dużo, dużo tego serca i dużo miłości, to tam... – ciotka zrobiła nieokreślony gest wokół pępka – to tam się będzie mydlić i mydlić w nieskończoność. I się nie wymydli. Przenigdy. Ale jak serca będzie tylko tyle, co kot napłakał, to się mydlenie szybko skończy. Oto i cała zagadka.
Anielka patrzyła na ciotkę Chrobotkę, nie do końca rozumiejąc.
– Trza kochać, moje dziecko, mocno kochać, a wtedy wszystko jest możliwe! I wstydzić się nikt nie musi, że się mydli, ani rumienić, i we wszystkim jest nadzieja. Teraz już wiesz?
Anielka niepewnie pokiwała główką, że tak.
– No to jak już wszystko wiesz... – Ciotka szeroko się uśmiechnęła i zaczęła rozsznurowywać buciki Anielki. – Skoro już jesteś taka duża i mądra panna, to zaraz nam tutaj pokażesz, co umiesz!
I uniosła Anielkę do góry jak lalkę i wstawiła prosto do beczki z kapustą. Tylko czubek głowy jej było widać.
– Deptaj, deptaj, tylko aby nie omykaj! – Pogroziła uśmiechniętym palcem.
Chwilę potem otwarły się drzwi i pojawił się wuj Longin, co to uciekł z katorgi na Syberii. Wuj Longin lubił zajrzeć, kiedy akurat było szatkowanie. Siadał wtedy pośród kobiet, uśmiechał się i wyciągał zza pazuchy buteleczkę. Któraś stawiała szklanki, któraś małosolne, inna jakąś spyrkę i na zdrowie, żeby nam się.
Jako weteran wuj Longin miał napoleońskie jeszcze prawo do wyszynku napojów spirytusowych. Nikt nie pytał o żaden glejt, nikogo nie obchodziło, jaka wojna czy powstanie zrobiły go weteranem, wystarczyło, że był na Syberii.
Jak się już wszyscy dobrze rozgrzali, kobiety prosiły, żeby wuj Longin coś opowiedział, a najlepiej tamto o mandżurskiej wojnie.
– Znacie to na wylot, tyle razy już gadałem – próbował się wymigać i z szelmowskim uśmiechem pukał się palcem w policzek, żeby mu która całusa przyznała. Wtedy co młodsza i ładniejsza całowała ten policzek weterański i jeszcze czasem czule pogłaskała po siwiutkiej czuprynie.
– No to jak już tak koniecznie chcecie, kobitki, popłakać, to czemu nie?
I cały kontent zaczynał snuć fabułę obszerną jak Syberia, duszoszczypatielną jak cała Rosja, za każdym razem odrobinę inną niż poprzednio, ale zawsze pełną tajemniczych niedomówień i miłosnych zwrotów akcji. Było tam przemijanie, wiatr, była rozważna, romantyczna, był ranny żołnierz, biedna sierotka, czekanie, sukienki, pocałunki, słodkości i szczęśliwe rozwiązanie, czyli wszystko, czego potrzeba kobiecie. One słuchały, kiwały głowami, wzdychały i ściskało je w dołku, bo też by tak chciały. Pierwszą łzę ocierały zwykle wtedy, kiedy ona z tym maleństwem na ręku wsiadała do pociągu w Chabarowsku, a on wsparty o kule zostawał na peronie i było już wiadomo, że już nigdy, przenigdy... Ale najciekawsze, że jak szatkowanie szatkowaniem, żadna nie zapytała wuja, co było dalej. Zupełnie, jakby je to w ogóle nie interesowało. A przecież wuj miał w zanadrzu i to, jak podły los rzucił na drugi koniec świata, a potem na przeciwległy, i jak o mały włos, i jeszcze wiele, wiele innych niezwykłych rozmaitych, ale one nic, tylko wszystkie chlipały milcząco. Najpewniej jednak jak zawsze chodziło o to samo. Tylko o opowiadanie i słuchanie. Bo przecież wiadomo, że to jest najważniejsze.
Kiedy wuj Longin kończył opowieść o mandżurskiej wojnie, któraś pytała o Syberię. W oku wuja błyskał wówczas nerw zawadiacki, kazał sobie jeszcze dolać, nabierał powietrza i już za moment wszyscy byli tam wraz z nim. Gdzieś nad Irtyszem, na północ od Omska.
– Pięć zamarzniętych reniferów widziałem, tak było zimno! O, tak im kopyta sterczały, o, tak! – I pokazywał wyprężonymi ramionami jak.
Klękał tam na tym mrozie i błagał Ostrobramską i Tę z Kodnia, Obydwie, żeby gdziekolwiek wrócić i żyć. A wszędzie, jak okiem zatoczył, tylko biel, las, las, biel, lodowata mgła i nic więcej.
– Mocz zamarzał w locie i dzwonił o lód jak sygnaturka. I ten wicher z góry, z dołu, z lewej, z prawej. Takie pizdy wygwizdy, że nie do pojęcia!
Tygodniami majaczył po pas w śniegu, padał i podnosił się i znowu, i znowu, byle dalej, byle bliżej zachodniej strony, byle gdziekolwieczek indziej! Żywego ducha całymi wiorstami, ba, setkami wiorst nie uświadczył. Tylko czasem ptasi krzyż sępił na śnieżnym niebie albo wilczy cień pośród świerków. I ta trwoga, że nie ma już żadnego później, żadnego jutro, że to się stanie już tu i nie będzie już nic więcej. I ta przerażająca ulga, że zamarzających śmierć nie boli, bo jest snem. A potem, po kolejnej nocy bezbrzeżnej, kiedy się rankiem wydrapywał z jamy w śniegu, to nagłe zdumienie, jak cholernie trudno jest umrzeć. Jakże trudno umrzeć, choć już się chce i potrzebuje!...
– Taki z człowieka jest zwierz niedobity, mówię wam, a uparty na to życie jak pies na kości.
Powinno go już unicestwić tyle razy: zimno, głód, zapadające się pod nogami jęczydoły, łamiące się nawałą śniegową gałęzie, niedźwiedzie, które spotkał, bezsens, panika, rozpacz, wszystko! A on żył. Ciągle żył. Nie wiedział, gdzie jest i czy nie kręci się w kółko, ale brnął byle dalej i dalej. Do siebie, do Strzegowa, do Polski, do tego białego, z najśmielszych snów, dziwnego nikąd!...
I wreszcie ten poranek i tor kolejowy, jak zmartwychwstanie. Kiedy przypadł szyn, przyłożył ucho, czy nie dudni, czy nie nadjeżdża. Nie mógł tego ucha oderwać. Przymarzło. Dopiero jak skrzesał ogień i podpalił skórkę brzozowej kory, którą zawsze miał przy sobie, to jakoś odtajało. I ucho przyłożył jeszcze raz, i usłyszał... Dudni, nadjeżdża!!!
– O, popatrzcie tutaj, ten siny ślad mi został, jak stygmata boska.
Kiedy dotarł do ludzkiej siedziby: „Najabrsk, tak się zwało, to miasto”, dowiedział się, że przez cztery lata była Wielka Wojna Światowa, i że nie ma już cara, i znowu jest na mapie prawdziwa Polska. Niepodległa. Bezzabornaja.
– Nikakoj Priwislańskij Kraj, tol’ka toczna prawilnaja Pol’sza – powtarzał Nikołaj Aleksandrowicz Angebaum, lejtnant „Krasnoj Armii” – Wozwraszczaj, towariszcz Poli’jak!
Nie chciał wierzyć. Dopiero jak Nikołaj Aleksandowicz Angebaum, lejtnant „Krasnoj Armii”, powtórzył kilka razy z naciskiem: „Kanieszna, pażausta, daroga swobodnaja, ujezżaj, towariszcz Pol’jak! Ujezżaj!!!”, wreszcie poczuł się wolny. Wsiewo otliczno swabodnyj. Wyrobił papiery i wrócił do Polski nowo narodzonej. Do Polski z mgły i majaków.
Kiedy pojawił się w Strzegowie i szedł drogą z synem, to powiedzieli, że dziadek z wnukiem idą... Tak zmarniał i zestarzał się.

[tekst nagrodzony I nagrodą w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej]

 


* Opowiada Stefan Pycka (1906-1979), niskiego wzrostu aktor teatralny i cyrkowy. W latach 1932-39 członek znanego w całej Europie berlińskiego zespołu cyrkowego Schaeffer’s Liliputaner. Po wojnie współtwórca warszawskiego objazdowego Teatru „Bajka”. Zagrał m.in. w Krzyżakach A. Forda. Mieszkał w osadzie Strzegowo na Mazowszu.

 

Krzysztof Martwicki