+18, czyli raczej dla dorosłych

Ostatnio spotkałem się ze stwierdzeniem, że w piśmiennictwie, które uprawiam, zbyt wiele jest wulgaryzmów. Jest w tym ziarno prawdy. Wszak nieraz w tekście rzuci się jakąś k...ą, ch...m czy sk........m, jednak bez przesady. Z tego co się orientuję, w dotychczas opublikowanych przeze mnie wierszach (tomiki, antologie, almanachy, wydawnictwa pokonkursowe, prasa) nie nadużywam wulgaryzmów. Ostre przekleństwa powinienem policzyć na palcach obu rąk. Nieco gorzej jest z tekstami prozatorskimi. W tym przypadku raczej liczenia bym się nie podjął (zawszę byłem kiepski z matematyki, co mogą potwierdzić moje nauczycielki, które darzyłem ogromną sympatią w odróżnieniu od przedmiotu, którego uczyły). Ten język jest językiem bohaterów moich prozatorskich próbek. Ich jednak trudno oskarżyć. Więc jako autorowi nie pozostaje mi nic innego, jak całą winę wziąć na siebie.
Nie ja pierwszy i nie ostatni. Już Janowi Chryzostomowi Paskowi w Pamiętnikach pisanych pod koniec XVII wieku zdarzało się rzucić mięsem. Z ust jednego z hetmanów (nie pamiętam już którego, Pamiętniki Paska czytałem ponad dwadzieścia lat temu) padły słowa: „Dawać tego sk…….a”. Dotyczyły one Kmicica (pierwowzór Andrzeja Kmicica z Potopu Henryka Sienkiewicza), który po powrocie ze zwiadu biegał po majdanie, siejąc panikę wśród żołnierzy przerażony potęgą nadciągających Moskali. Jak wynika z przekazu Paska, najbardziej krwisty bohater Sienkiewiczowskiej Trylogii nie zawsze był bohaterski. Podobnym epitetem Pasek określił księcia Siedmiogrodu Jerzego Rakoczego, który od południa najechał ziemie Rzeczpospolitej i wspólnie z Karolem Gustawem i Radziwiłłami dążył do rozbioru Polski.
Pamiętam, wraz z kumplami (byliśmy w ósmej klasie) słuchaliśmy z wypiekami na twarzy nagranej na kasecie wyprodukowanej w gorzowskim Stilonie XIII księgi Pana Tadeusza (poetycki majstersztyk) oraz głupkowatej w treści (tak to oceniam z perspektywy czasu) bajeczki o księżniczce o nimfomańskich skłonnościach. Autorstwo obu sprośnych naszpikowanych przekleństwami tekstów przypisuje się czołowemu polskiemu romantykowi Aleksandrowi Fredrze, znanemu z wielu wybitnych dzieł, które za moich czasów były w kanonie lektur szkolnych. Spostrzegłem, że wielu moich kolegów miało problemy z nauczeniem się na pamięć dwudziestu paru wersów inwokacji naszej epopei narodowej, z ogromnym wysiłkiem dukając je przy tablicy (wówczas był chyba taki wymóg, by każdy kończący szkołę podstawową znał wstęp do jednego z najwybitniejszych dzieł polskiej literatury), jednak do perfekcji opanowali XIII Księgę nie mieszczącą się nawet w lekturach nadobowiązkowych, której wybrane fragmenty na zawołanie recytowali bez zająknięcia. Może po prostu byli słuchowcami i łatwiej przyswajali treść, słysząc ją niż widząc (patrz: czytając). W tych czasach nie było jeszcze legalnych audiobooków. Przynajmniej nie przypominam sobie o takich. Ten na stilonowskiej kasecie był raczej nielegalny.
Mocne przekleństwa znaleźć można w prozie trzech muszkieterów pokolenia współczesności, czyli Marka Nowakowskiego, Marka Hłaski oraz Andrzeja Brychta. Jednak biorąc pod uwagę, że bohaterowie ich twórczości reprezentują tak zwany margines społeczny, zwany wówczas lumpenproletariatem, czyli drobnych przestępców, ludzi od szemranych interesów, bywalców melin, tanie dziwki i innego rodzaju niebieskie ptaki, ogromną przesadą byłoby stwierdzenie, że ich twórczość epatuje wulgarnością językową. W liczącym niemal sto stron Księciu Nocy Nowakowskiego ostrych przekleństw jest zaledwie kilka. Podobnie jest z twórczością najwybitniejszego pisarza nurtu chłopskiego w literaturze polskiej Wiesława Myśliwskiego (dwukrotnie nagrodzony Nagrodą Nike, a ostatnio Literacką Nagrodą Miasta Warszawy). W jego bodajże najlepszym dziele Kamień na kamieniu główny bohater zbulwersowany do granic wytrzymałości haniebnym poniżeniem brata wykrzykuje do sprawcy jego poniżenia: „Ty, (tu pada ostre przekleństwo oznaczające syna kobiety trudniącej się nierządem) Skoblu!”. W filmowej adaptacji tej powieści w reżyserii Ryszarda Bera z roku 1995 przekleństwo jest w nieco złagodzonej formie i oznacza potomka rodzaju męskiego psa rodzaju żeńskiego, co powoduje pomniejszenie ekspresji i ładunku emocjonalnego, przez co scena nie jest już tak przekonująca i autentyczna jak w książce.
Naszpikowana przekleństwami jest debiutancka książka Doroty Masłowskiej (uważanej za największe objawienie ostatnich lat w polskiej literaturze) Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną, w której autorka przybliża subkulturę blokersów. Książki nie czytałem, oglądałem film na podstawie tej książki w reżyserii Xawerego Żuławskiego (genialna rola Borysa Szyca). Bez wątpienia mogę stwierdzić, że pod względem rzucanego mięsa dorównuje on filmom Władysława Pasikowskiego czy Wojciecha Smarzowskiego.
Podobnie jest z tekstami piosenek. Nie będę tu przytaczał hip-hopu, bo w tym nie siedzę. Kilkanaście lat temu wpadła mi w ręce kaseta hip-hopowej grupy z Poznania, w tekstach której stosunek słów niecenzuralnych do tak zwanych cenzuralnych wynosił mniej więcej jeden do jednego. Mięsem lubi też nieraz sobie rzucić Kazik (na tym polega urok jego twórczości), zarówno w piosenkach do własnych tekstów, jak i tych napisanych przez swojego ojca Stanisława Staszewskiego. Mocne słowa można też znaleźć w twórczości nieodżałowanego Jacka Kaczmarskiego czy satyrycznych piosenkach Krzysztofa Daukszewicza. Tego typu przykłady zapewne można by mnożyć. Jednak ten tekst, który z zamierzenia miał być felietonem, nieco się rozrósł, a nie chciałbym zanudzać potencjalnych czytelników.
Co by nie pisać o wulgaryzmach, były, są i zapewne będą elementem naszego języka. Język ulicy, który wdarł się do literatury (niekoniecznie pięknej), ciągle ewoluuje. Jest żywy i wulgarny, ale bywa też i uniwersalny. Weźmy na przykład taki uznawany za wulgarny czasownik pierdo..ć. Powszechnie oznacza gadanie głupot. Wystarczy jednak dodać mu kilka przedrostków czy przyrostków, dzięki czemu będzie można określić wiele podstawowych czynności. Tak na przykład z przedrostkiem za- znaczy tyle co ukraść (coś) lub uderzyć (w coś). Z przedrostkiem u-, uciąć, obciąć (coś np. ucho, rękaw), oblać (kogoś na egzaminie). Z przedrostkiem o-, zbesztać, zrugać (kogoś) lub sprzedać. Z przedrostkiem wy-, wyrzucić. Z przedrostkiem w-, zjeść, ewentualnie wpaść (w coś, na przykład w kałużę). Z przedrostkiem prze-, przegrać, przepuścić, przetrwonić. Z zaimkiem się, oznacza guzdrać się, robić coś wolno. I tak niemal można zrobić z każdym wulgaryzmem, gdyż większość z nich cechuje się niezwykłą pojemnością semantyczną. No cóż, wyrażenia poprawne i dobrze ułożone mogą im tylko pozazdrościć.

 

Adam Bolesław Wierzbicki