Prozy

Dzień zaczął się od niespodzianki. Nie nowym wierszem, co byłoby czymś świetnym, gdyby okazał się wysokiej miary, lecz tym, że z samego rana, tuż po otwarciu swojego warsztatu, mechanik samochodowy (w Zawadzie) gratisowo naprawił w moim dwudziestoletnim Oplu Astrze światła mijania, które wysiadły. Pokrzepiło mnie to. I mogłem już jechać bez obawy, że policja wlepi mi mandat. Jednak czyn, a nie słowo – bezinteresowne czyny. Gdybyśmy znacząco byli do nich zdolni, mogłyby w przestrzeni międzyludzkiej sprawić wiele dobrego. Inaczej mówiąc – tak niewiele trzeba. Potem ubrałem się w stare rzeczy, łachy, podarty sweter, nieco przepoconą koszulę, znoszoną czapkę, podarte, wybrudzone robocze spodnie. Buty na nogi. I wcześnie, mimo kwietniowego zimna, ruszyłem do ogrodu, by pobrudzić ziemią ręce. Szarża zielska, traw, pokrzyw, dziczenie drzew i krzewów przybrały na sile. Tak ma się rzecz z ogrodami. Można się nimi fascynować i je oglądać i o nich czytać, myśleć na rozmaite sposoby, ale trzeba też pamiętać, że w ich kształt wpisany jest ogromny wysiłek. Człowiecza myśl i dusza. Płynie stąd nauka, której nie lubimy. Wymagają nieustannego (wszystko wymaga) kształtowania, dbałości, pielęgnacji. Ostatnio jednak utrwala się mentalność, żeby dać jak najmniej wysiłku, mieć za darmo, łatwo, natychmiast, bez pracy, dostarczone kurierem, w ładnym opakowaniu. Tu i ówdzie jednak ludzie pamiętają o obowiązkach. Szarpię więc darnie, przetrząsam zgnilizny, wycinam gałązki, bolą ręce, ziemię uwalniam od korzeni i widzę, że może być czysta i piękna. Jest rano. Chłód. Dobry moment, gdy słońce wychodzi tuż nad czubki drzew olchowego lasu i przez mgliste powłoki przedziera się żółtomleczne jego światło. Ale wieczorem ostra połówka księżyca wysoko nad budzącymi się do życia lipami. Niepokojąca. Połowa kwietnia. Rok temu dni były ciepłe, słoneczne. Mietek Warszawski miał przed sobą, dla siebie, na swoim łożu, zaledwie dwa tygodnie życia.

Żyjemy z dnia na dzień. Tu i teraz. Jakby nie było przeszłości. Szybko się we współczesnych głowach to, co było, anihiluje. Wiadomości i opakowania podlegają zniszczeniu. Nikt już nie je dwudniowego chleba. Wczorajsze gazety są warte wyrzucenia. Świadomość nie nadąża za zmianami, nie wiadomo, jaki ich cel, jaki skutek, co będzie jutro, za co mamy być odpowiedzialni. Ze swoim „tak” albo „nie”. Brak szerszych odniesień. Dzisiaj ważne jedno, jutro co innego, nowe poglądy, reklamy, rozkazy, hasła, strategie, interesy, zalecenia, rzeczy, diametralnie inne w ustach tych samych ludzi, którzy wczoraj głosili swoje pewności i już ich nie głoszą, głoszą nowe pewności. Maszyny cywilizacji dyktują taki bieg. Zmieniają zawartość. Może tak trzeba. Za chwilę wszystko zmieni się. W jakie teraz? Życie. Chwile. Pozbawione przeszłości. Głębi. Namysłu. Dezaktualizujące się rzeczywistości. Na każde spostrzeżenie, rację koloru, znaczenia i przeznaczenia napiera wielość różnych, nowych zdań i emocji. Wrażeń. Oto epoka Internetu. Kwitnie relatywizm. Jest, czego dotąd nie było. Takiego świata jeszcze nie było. Młodziutkie dziewczyny za kierownicami luksusowych aut. Powiększają sobie usta. Ciężary pozornie ramionom odjęte, kłopoty myślom, hierarchie zawieszone, granice przekraczane, człowiek uwolniony, odkrywa potencje, sfery (w które wchodzi) i tam rozwija rulony swoich (uprawnionych) pomysłów, alternatyw, czuć, istnień oraz wizji i już nie udaje mu się inaczej potwierdzać swego „ja”, cały nurzając się w imaginacjach, w cyfrowych widokach, wirtualnych sensach piękna, śmierci, miłości i rozkoszy itd. Daje się pochłaniać i nimi zniewalać. Klika i uzyskuje szybki efekt. Bez trudu. I zarazem komunikuje się z innymi. Dostępny jest cały Glob. I znowu klika, bo nie umie inaczej funkcjonować. Byleby czymkolwiek zapełnić pustkę. A co będzie, gdy wyłączą prąd? Ale. Ania Kwapisiewicz-Sevens, od lat mieszkająca w Belgii, wiedziona szlachetnym pomysłem, zrobiła garść przekładów poezji poetów flamandzkich. Dokonała tego z zapałem i uzyskała dobry efekt. Duża to przygoda czytać rzeczy literackie z innego, choć nie tak odległego, zwłaszcza obecnie, obszaru kulturowego. W rzeczy samej podobne w nich problemy egzystencjalne i rozterki duchowe. Ciemność i światło, marzenia i niepokoje. Pytania o sens egzystencji. Tyle że ujmowane z innego nieco punktu widzenia. Z innego okna Europy.

Wiosna. Gniją liście, zalegają. Wilgotny zapach. Słychać mowę ptaków. Trawy weszły w miejsca kwiatów i warzyw. Róże kolcami ranią ręce. Uporałem się. Trzeba iść powoli i ostrożnie wyrywać i ciąć, i tak podążać do celu. Piszę do B. D. z dobrą intencją i pocieszeniem, po przeczytaniu jej wierszy, że jest poetką. Ale B. D. z powagą odpowiada mi, że brak jej iskry do tworzenia. Od iskry wszystko się zaczyna. Tak. Iskra decyduje. Ma rację. Daje ogień. Drogę. Dzisiaj mało kto tak traktuje tę subtelność związaną z tworzeniem. Chyba niedobra to epoka, w której kto cokolwiek napisze (lub namaluje), zaraz rości sobie prawo do bycia artystą. Mamy wolność. Wysyp, a wręcz napór „dzieł”. To sprawia, że marnieje waga prawdziwych dzieł. Co jednak dzisiaj znaczy prawdziwych? Wielu wmawia sobie i innym, po różnych kursach i warsztatach artystycznych, że ich miejsce jest w mediach, galeriach i na salonach. Że to, co robią, oznacza sztukę. Która jest prawdziwa. No tak. Jak rozsądzić? Trzeba się zagłębić, cierpieć, coś wydobyć, coś ukryć i odkryć w słowach. I na dodatek nie być poza układami. Utwory Beaty Patrycji Klary są niebanalne. Ostatnio wydała Obiekty totemiczne nagrodzone Lubuskim Wawrzynem Literackim. Niebanalne – to jeszcze nie tak dużo, ale już coś, jakiś w tym przyczółek wartości. Furtka do bycia rozpoznawalną, oryginalną w swoim rytmie, tematach, fascynacjach, detalach, obsesjach itp. I w epatacjach, które mają przykuwać uwagę czytelnika. Byleby nie stało się to fetyszem, manierą, jedynym punktem dojścia. Różnym celom poezja służy, do różnych zadań jest powołana. Tło magiczne, totemiczne – nie do odrzucenia, ale czasami może przeszkadzać. Jak w każdej sztuce, dzieło winno być świadectwem, śladem osobistej prawdy (tu sporo trzeba się napocić), korespondującej z doświadczeniem podmiotowym, które jak linie papilarne pozwalają identyfikować rzeczywistość duchową twórcy. Czy taka jest książka Klary? Władek Łazuka wydał nakładem Biblioteki w Gorzowie okazały zbiór wierszy Chwila z kosem. Ładnie edytorsko zrobiony. Jest cała jego poezja zanurzona w naturze, „z dala od zgiełku świata”. W niej poetycko autor żyje i znajduje swoje duchowe racje, dla niego autentyczne, które jako poeta pielęgnuje. Między podmiotem lirycznym a przyrodą zdaje się nie być rozdźwięku. Poetyckie zmaganie ma na celu wyrażenie sakralności natury. Jak np. w wierszu Biel krajobrazu, która (ta „biel”) skłania poetę do odłożenia „kartki i ołówka”, „żeby nie zranić” jej literackim gestem. Sporo w tej książce pięknych utworów, takich jak Lato, które (w wierszu) jest znakomitą, wysoką racją istnienia, więc „nic więcej nie trzeba”. Subtelne to wiersze, nie narzuca się nimi poeta, który ceni ciszę. Tylko stara się istnieniu dać poetycką pochwałę. I raczej wyrazić jakąś cząstkę swojego rozumienia i współistnienia. W zwyczajności opisów i obrazów, w panowaniu nad słowem daje o sobie znać dojrzałość. A skoro Gorzów, to muszę zauważyć, że dziwny jest w treści i w intencjach w „Pegazie Lubuskim” (nr 65) tekst „Od red. nacz.”. Już nie te czasy, Irku, żeby niemal nakazywać poetom, co pisać należy. I tak to zbliżył się wieczór. Adam (Bagiński) – też poniekąd przyrodnik – dał mi (dzisiaj) piękną, nasyconą poezją akwarelę. Owoc jego metafizycznych kontemplacji. Jest w nią wpisany fakt artystyczny, który wiedzie do uniwersalnych miar i wizji przestrzeni kosmicznej duchowości. Adam ma tę drogę już ustaloną, wielokrotnie potwierdzoną. Wielu nie zdaje sobie sprawy z jej wagi. Albo wolą innego rodzaju malarstwo. Takie, które wystawione jest na ryzyko kontaktu z konkretną rzeczywistością. Oglądam akwarelę w ten wiosenny wieczór. Lubię te nasycone barwami. Warto pomyśleć, jakie piękno jest w stanie nami zawładnąć, przyprowadzając do wysokiego stanu urzeczenia, zauroczenia i pewności jego wysokich znaczeń. I też jakie przerażenie i okropieństwo ludzkich czynów, cierpień i zdarzeńzdoła poruszyć sfery człowieczej wrażliwości. Piękno, piękno, nadziemskie jego tonacje. Malarstwo powietrza i chmur. A gdzie twarze, ręce, oczy ludzi... Trudy codziennego życia, które także dodają dziełom sztuki głębię i ciężar prawdy? A z Adasiem to byliśmy w czerwcu w Norwidzie, na promocji kolejnej książki Wojtka Śmigielskiego Śnieżnobiałe wiśnie, obficie ilustrowanej Hrisulidisem, wydanej przez Pro Libris. Był to ważny dla poety dzień. Wszystkie te wiersze, często kilkustronicowe, są bardzo osobiste. Idą „Ku tej jedynej o której wiem”. Eksplorują intensywnie, rytmicznie, wspomagane dygresjami literackimi (Asnyk, Broniewski, Mickiewicz), podmiotowe wnętrze, w którym na równi gra erotyka, doświadczenia z kobietami i sprawy życia publicznego. Świetnie Małgosia to spotkanie (w istocie rozmowę) z autorem poprowadziła. Wina nie dało się potem prawie wcale napić, bo dzisiaj wszyscy przyjeżdżają autami. Dało się tylko wręczyć Mirce piękny, zielony, duży klonowy liść. Znak dnia. I znak lasu pod Zieloną Górą. Ale to już inna „Bajka”.

Ryndak (Zbigniew), ur. 17 marca 1935. Prozaik – autor kilku powieści oraz zbioru felietonów: Drugi brzeg miłości, Góry i doliny, Czarne anioły i in. W dawnym czasie jedyny tutaj autentyczny, z krwi i kości, narracyjny literat. Jego twarda, realistyczna proza, pokazująca prowincję, ludzi bez retuszu, czasami chropawa, miejscami ostra, przysporzyć mu miała podobno nawet niejakich problemów. Ale to już odległa przeszłość. O sobie tak pisze: „Wychowany zostałem w kulturze porządku, punktualności, gospodarności”. Pamiętam lata, kiedy Zbigniewa Ryndaka było w Zielonej Górze pełno. W Empiku, Topazie, Mokce, kawiarniach... W etatowych publikacjach Gazety Lubuskiej (w dziale terenowym pracował), na zebraniach literackich. Jeździł enerdowskim trabantem, a potem fiatem 126p. Barwna postać, bo przekorna. Zauważalna. Zachowująca dystans do wszystkiego. Jechaliśmy na Jubileusz do sędziwego Wiesława Sautera, a on, prezes miejscowego ZLP, w drugą stronę, na swoje gdzieś z czytelnikami w powiatowym miasteczku (lub w GS-sie) spotkanie autorskie. Które mu ktoś z „Białego Domu” przy ulicy Westerplatte podobno podrzucił. I on to bez wahania łyknął. A przecież nie był partyjny. W każdym słowie i w geście wyrazisty. Po swojemu dowcipny. Lubił czuć się pisarzem. Był beneficjentem awansu społecznego. Cieszyła go osiągnięta pozycja. Starał się z dużym przekąsem oraz uśmiechem, ironicznie, trochę prześmiewczo, zwłaszcza o kolegach literatach, snuć swoje opowieści. Szkoda, że nie napisał środowiskowej powieści. Czytałoby się z zainteresowaniem. A zorientowany był w szczegółach. Anegdociarz. Kiedyś w felietonie Na gorąco o elitach zielonogórskich napisał: „Jelita”. Należało być ostrożnym w jego towarzystwie, gdyż co się powiedziało, zanadto prywatnie i szczerze, potrafił zaraz przytoczyć, podając oczywiście nazwisko rozmówcy. To był jego żywioł. Wbić szpilkę. Zamieszać. Zawsze nienagannie ubrany, zadbany, z Grundigiem pod pachą, jego głos w jednolitym tonie. Ostentacyjnie szpanował, paląc kultowe w owym czasie papierosy Marlboro. Powściągliwy. Jakby nie cały się odsłaniał, bo nie chciał lub nie potrafił. Nigdy chyba nie używał głosu w mocniejszej tonacji. Kiedy odeszła od niego żona (z jakimś bokserem z Poznania), przy okazji opróżniając mieszkanie z czego cenniejszego tylko się dało, np. dzieł sztuki, a także (podobno) zawartości konta, to następnego dnia kolegów i znajomych, w redakcji lub na ulicy, o tym informował. Taki miał sposób na odreagowanie stresu? Czasami go odwiedzałem w jego redakcyjnym pokoiku, nie miał czasu, siedział za maszyną do pisania, pisał, co miał pisać dla uzyskania wierszówki i z obowiązku, ale bywało, że opowiadał o swoich rewelacjach, znajomościach, np. z Andrzejem Brychtem (autorem Raportu z Monachium), z którym się kumplował. Uporządkowany, żył (żyje) regularnym rytmem, był na ustach wielu. Ryndak był, Ryndak powiedział, pisze nową powieść itp. Mówiło się o nim. Dlatego, że o wszystkim miał i głosił swoje zdanie, często kontrowersyjne. Teraz też różnorakie zdania obwieszcza na swoim blogu. A to zawsze zaciekawia. A potem nagle, gdy osiągnął emeryturę, zniknął. Przestał publicznie się pokazywać, nie przychodzi już na żadne spotkania, zebrania literackie, nie ma z nikim kontaktu. Tak się jego życie zmieniło. Jego pasją, która dała mu podobno niezłe pieniądze, było prowadzenie biura matrymonialnego. Więc wyłączył się Zbigniew Ryndak z wszelakich kontaktów ze środowiskiem literackim. Ale. Kilka dni temu dzwoni Adam i powiada, spotkałem na deptaku Ryndaka. Wyobraź sobie. Trzyma się dobrze. Ma 81 lat. Podążał do apteki. Nie tylko pisze, ale i gdzieś w Belgii podobno wydają mu książki, które rozprowadzane są po całym świecie. Przysyłają nawet honoraria. Jak duże, nie wiadomo. Zdumiewające to, jakby nie patrzeć. No i zaczęło się opowiadanie, jak to chodzili do Palmiarni. Wybierali stolik. Ryndak miewał gest, fundował herbatę. Wyjmował legitymację pisarską, opowiadając poznanym panienkom, jaki to literacki świat on reprezentuje, a na dodatek otwierał legitymację dziennikarską. Chciał imponować. Pytam: i co, działało to na dziewczyny? Adam odpowiada: działało. Nie rozumiałem, skąd oni dwaj przy jednym stoliku. Co takiego mieli wspólnego. A mieli. Właśnie to, że obaj są po szkołach spożywczych. Adam trafił na praktykę (staż) na rok do cukrowni Chybie koło Cieszyna, a Ryndak na kilka lat do krochmalni w Sulęcinie. Obaj wyrwali się z tych prowincji w inne (artystyczne) światy. Trafili do Zielonej Góry. Wszystko to jest już legendą.

Szylkin (Henryk), ur. 1 listopada 1928 r. w Santoce (mitologicznej, wielokrotnie przywoływanej w wierszach) na Wileńszczyźnie. Poeta, tłumacz poezji, prozaik. Jeden z tych, który tworzyli w połowie lat 50. (obok Janusza Koniusza, Tadeusza Jasińskiego, Zdzisława Morawskiego) podwaliny i mit lokalnego życia literackiego. Obecnie najstarszy, żyjący lubuski literat. Niegdyś bardzo aktywny, w oddziale ZLP przeważnie pełnił funkcję skarbnika. Jego dar organizacyjny był przydatny i skuteczny przy realizacji imprez pisarskich, np. spotkań autorskich. To, że wiele rzeczy dochodziło do skutku, to zasługa osobistej pracowitości i wieloletniej jego współpracy z Januszem Koniuszem. Po debiucie książkowym (Kolory wzruszeń, 1958) wydawał swoje zbiory sukcesywnie. Ostatnia jego książka Santoka ukazała się w 2008 r. Po tej aktywności zielonogórski autor zamilkł, a przy tym został nieco zapomniany. Można rzec, że jest poezja Szylkina w swej strukturze lirycznej raczej prosta, co nie znaczy, że wolna od mocnych doznań. Złożyły się na jej treść wzruszenia osobiste, egzystencjalne, uczuciowe. Potem przyszedł etap apokaliptyczny, w którym poeta wieści zagładę i grozę katastrofy cywilizacji w globalnym ujęciu. Nie bez wpływu był tu stan wojenny. A na koniec zaznaczył się w kilku jego książkach etap powrotu – sentymentalny, liryczny, faktograficzny do osobistej Itaki, Santoki, doliny czystej przyrody, uroczych zakoli Łokai, do krainy dzieciństwa, młodości, którą rokrocznie latem odwiedzał. Dużo tu sielskich krajobrazów, wspomnień dawnego polskiego życia na wileńskich, polskich kresach. Zniszczone ślady dawnego życia po latach poeta opisał. Tu też wątki i odniesienia religijne, patriotyczne i rodzinne splatają się z fascynacjami tamtejszą przyrodą. Są to ważne jego wiersze, często sonety. Poetycki żal zaś autentyczny. I wydaje się, że ten właśnie retrospektywny wysiłek można uznać za spełnienie artystyczne Henryka Szylkina.

 

Czesław Sobkowiak