Podróż do Paryża

Tego dnia pogoda była nadzwyczaj piękna. Ciemne sosny, skąpane w promieniach wiecznego słońca były poruszane przez delikatny powiew wiatru. Intensywna jasność sprawiała, że chciało się skakać z radości. Tegoroczne lato było naprawdę piękne. W tak uroczej porze roku można było oddać się wielu przyjemnościom, które pozwalały na oderwanie się od szarej codzienności. Tego otóż dnia rodzina Meyerów wyruszała w podróż do Paryża.
Szwajcaria słynie z wielu rzeczy: serów, zegarków czy banków. Rodzina Meyerów była jednym z ogólnie rozpoznawalnych elementów szwajcarskiej rzeczywistości. Dlaczego? Otóż nie słynęła z samego nazwiska, które nie wyróżniało się niczym szczególnym, jednak z piastowanych urzędów i medialności (szczególnie pani domu). Głową tej rodziny jest Peter Meyer, pięćdziesięciopięcioletni bankier, który jest dyrektorem Banku Narodowego. Jego żona – Ingeborg, znana skądinąd z telewizji, zajmuje się szeroko pojętą sztuką – z wykształcenia aktorka, z zamiłowania poetka. Ich syn Klaus pracuje w banku razem z ojcem. Państwo Meyerowie cieszą się niezszarganą opinią. Jednak to tylko pozory... Aktorskie umiejętności pomagają w maskowaniu niektórych, zagrażających przejrzystości ich wizerunku niegodziwości. W domu Meyerów milczenie przerywane było kłótniami. Relacje rodzinne opierały się na protekcjonalności rodziców względem ich syna. A i między nimi nie układało się tak, jak być powinno.
Klaus w ciągu swego młodego życia miał wiele planów. Od zawsze chciał mieszkać z dala od rodziców. Wiedział bowiem, że atmosfera, która panuje w domu, nie sprzyja mu. Nie chciał być jednym z elementów rodziny idealnej. Nieco inne zamiary względem syna miał Peter. W jego wizji (która została poniekąd wcielona w życie) Klaus miał być dziedzicem jego dorobku i osiągnięć. To właśnie na nim miała spocząć piecza nad bankiem. Młody Meyer sprzeciwiał się temu, miał inne cele w życiu. Nie zgadzał się z ojcem, jednak ze względu na pozycję ojca musiał przyjąć propozycję pracy w banku. Czuł się nieswojo. Życie bankowca nie było wpisane w jego naturę...
Ingeborg trzymała się na uboczu, żyła własnym, na pół wyimaginowanym, scenicznym życiem. Uważała się za człowieka z wyższymi celami. Realizowała się jako świetna aktorka i równie dobra pisarka. Peter wiedział, że w ciągu ich wspólnego życia doszło do kryzysu. Nie był ślepy na sytuację w małżeństwie, jednak obawiał się bezpośredniej konfrontacji... Rozwód nie wchodził w grę. Życie musiało toczyć się własnym, kłótliwym, pełnym sprzeczności rytmem. Nieraz dumał nad przeszłością. Miał w sobie coś z romantyka. Wieczorami, przy szklance whisky i zapalonym cygarze oddawał się nostalgicznym wspomnieniom, kiedy to miłość była czynnikiem ich łączącym. Przed oczyma miał te lata, kiedy zakochany spotykał się z pełną szalonych pomysłów panną Ingeborg. Rozważania zawsze kończyły się jednak smutnym wnioskiem, że uczucie, które kiedyś wywróciło ich świat do góry nogami, wygasło. Zniknęło.
Raz do roku państwo Meyerowie organizowali rodzinną podróż do któregoś z europejskich krajów. Takim sposobem udało im się zwiedzić naprawdę wiele ciekawych, godnych zobaczenia miejsc. Tego roku postanowili odwiedzić Francję. Podczas pobytu w Hiszpanii zwiedzali zabytki Barcelony i pobliskich, małych miasteczek. Będąc zaś w Pampelunie, oddali się oglądaniu pasjonującej corridy. Podczas ich najdłuższej podróży do Rosji zwiedzali Plac Czerwony, Mauzoleum Lenina oraz kiczowatą dla nich Cerkiew. Zaś z podróży do Polski w pamięci najbardziej utkwiły im Kraków i Wrocław. Jedno dość przerażające wspomnienie z Wrocławiem mieściło się tuż obok kościoła świętej Elżbiety, w sentencji Mors ianua vitae – śmierć bramą życia. Peter wyrył te słowa w swej pamięci, wiedział bowiem, że są one kluczowe dla zrozumienia sensu istnienia. W jego wieku człowiek ma prawo myśleć o nieciekawie rysującej się przyszłości. Szczerze mówiąc, temat przemijania, śmierci był mu bliski, ciekawość drugiej strony życia niezmiernie go interesowała.
Podróżowali zawsze pociągiem (sentyment z dzieciństwa, kiedy to Peter podróżował wraz z ojcem po Niemczech). Berno latem jest szczególnie piękne, wręcz magiczne. O tej porze roku wszystko wydawało się jeszcze bardziej zachwycające. W te stare kamienice, wyrafinowane budynki i cuda nowoczesnej architektury można by wpatrywać się całymi dniami. Linia kolejowa przebiega tuż obok budynku banku, w którym stary Meyer był dyrektorem. Peter skierował swe ostatnie spojrzenie na ten właśnie bank.
Kilometry mijały. Podróż toczyła się swoim powolnym rytmem. Klaus i Ingeborg byli zmęczeni. Cisza w przedziale stwarzała możliwość rozmyślania nad przyszłością. W głowie ojca rodziny kotłowały się myśli. Myślał o tym, co przyniesie los. Komu powierzy on swoje dziedzictwo, budowane przez lata, o które troszczył się i dbał z należytą, wrodzoną precyzją i troską? W testamencie, który planował napisać po powrocie z Paryża, głównym spadkobiercą miał zostać jego syn. Tuż obok, z głową opartą na ramieniu drzemał Wolfgang – kamerdyner domu Meyerów, którego zawsze zabierali w podróż ze sobą. Związany był z ich domem od niepamiętnych już lat. Zawsze towarzyszył Meyerom w podróżach. Stary, siwy człowiek, który wykazywał się jednak niezwykłym wyczuciem na sztukę, żwawymi ruchami i nieprzeciętną inteligencją.
W oczach rodziny był niezwykle cennym pomocnikiem, a czasem nawet doradcą. Cenili go za jego otwartość i nietuzinkowe pomysły. Prawdziwy przyjaciel rodziny. Mimo zamkniętych oczu, do uszu Wolfganga docierały zewnętrzne szepty Petera, który w gonitwie myśli nie kontrolował swego zachowania.
Po kilku godzinach podróży dało się słyszeć krzyk konduktora „przerwa! przerwa!”. Było już późno. Jasno świecące słońce zniknęło gdzieś za nieboskłonem. Świat okryła noc. Pociąg hamował. Pisk hamulców obudził Klausa. Peter wysiadł z przedziału i udał się na zewnątrz, by zapalić tak lubiane przez niego cygaro. Z kieszeni swej marynarki wyjął aromatyczne, kubańskie cygaro. W bezkresnej ciemności przerywanej odbłyskami nielicznych świateł rozbłysnął jasny płomień zapalniczki. Zbliżywszy ów płomień do zwiniętego tytoniu, z ust Meyera wydobył się gęsty, szary dym. Stał pewnie, rozkoszując się smakiem. Kolejne porcje dymu wydobywały się na świeże, nocne powietrze, w którym czuć było zapach starego pociągu. Po kilku minutach do ojca podszedł Klaus.
– Daleko jeszcze do Paryża? – zapytał.
– Blisko czterysta kilometrów – odpowiedział zdawkowo Peter.
– No to jeszcze parę ładnych godzin jazdy przed nami – zagaił młody.
– Tak, synu... Jeszcze trochę... do Paryża... – odpowiedział jakby zamyślony Meyer.
– O czym myślisz, ojcze?
– Nieważne, synu – ocknął się raptownie Peter. – Nieważne...
Stali obok siebie, każdy pogrążony w swoich myślach. Na niebie spomiędzy chmur zerkał ciekawie księżyc. Peter i Klaus wsiedli do pociągu. W ich przedziale zastali Ingeborg i Wolfganga. Ona – zamyślona spoglądała przez okno, zaś kamerdyner siedział grzecznie, wpatrując się w podłogę. Drzwi rozsunęły się, ukazując postać dyrektora, tuż za nim szedł jego syn. Zajęli swoje miejsca: Peter przy żonie, ich syn zaś przy Wolfgangu. Młody Meyer zaczął czytać książkę. Ingeborg z mężem rzucili niezobowiązujące spojrzenie na siebie, a po chwili na Klausa.
„Odjazd, odjazd!” – dało się słyszeć z zewnątrz. Pociąg mknął wzdłuż lasów, nie kończących się lasów, w których panowała błoga cisza. Noc zdawała się być cicha i ciepła. Nieświeże powietrze, jakie było w przedziale, doprowadzało Ingeborg do szału. Otworzyła okno, aby powiew świeżego powietrza mógł zagościć i tu. W oddali widać było małe, ledwo co widoczne światła. Chmury rozstąpiły się, ujawniając tym samym ostrą jasność księżyca. Gwiazdy teatralnie odbijały się w tafli mijanego właśnie jeziora. Ingeborg odetchnęła pełną piersią. Reszta podróżnych nie śmiała nic powiedzieć w tym jakże ważnym dla niej momencie. Nikt jednak nie przypuszczał, że ta noc będzie nocą przełomową, a zarazem tak straszną...
Droga mijała. Klaus postanowił przejść się po wąskim korytarzyku wagonu. Wstąpił do toalety. W przedziale panowała cisza. Zmęczeni podróżą i sobą usnęli. Na zegarze dobijała już północ. Nocą papierosy smakują lepiej – pomyślał Klaus. Uchyliwszy okno w pociągu, wyjął paczkę papierosów, wyjął jednego i zapalił. W powietrzu uniósł się dym. Pociąg wjeżdżał właśnie do tunelu. Nocami, kiedy nikt mu nie przeszkadzał, czuł się autonomiczny. Mógł wtedy podejmować decyzje, które sprawiały, że czuł się zadowolony. Podobnie jak ojciec, Klaus często oddawał się nocnym rozważaniom. Pogrążał się w planowaniu rzeczywistości wyjętej spod panowania ojca. Czuł się nieograniczony i wolny, starał się wtedy brać życie w swoje ręce. Wszystko mijało jednak rankiem, przy śniadaniu, kiedy to patrzył na twarz Petera...
Klaus wrócił do przedziału. Światło było zgaszone. Kiedy je zapalił, jego oczom ukazał się straszliwy widok. Peter Meyer, ten, który był jego stwórcą i panem życia, leżał martwy na podłodze. Z jego serca kapała na podłogę ciepła krew. Ingeborg i Wolfgang spali. Niezmąconą ciszę przerwał głośny krzyk Klausa. Matka i kamerdyner obudzili się. Ich oczom ukazał się smutny widok. Wielki dyrektor banku leży skulony jak niemowlę, z jego oczu uszedł już blask... Zdawał się patrzeć w wieczność. Młody Meyer czuł, jak przyspiesza bicie jego serca, a kolana gną się pod nim. Ingeborg zareagowała nieco wymuszonym płaczem. Dobry sługa Wolfgang miał kamienną, niewzruszoną twarz. Był zaskoczony i posępniały. Nikt nie odzywał się. Od momentu krzyku Klausa nie padło ani jedno słowo. Można było usłyszeć jedynie szlochanie żony...
Śmierć starego Meyera była ciosem dla idealnego wizerunku rodziny. Po jego zgonie musiało się wszystko zmienić. Los jest nieprzewidywalny, zaś w połączeniu z wiecznością jest nieobliczalny. Tragiczna sytuacja zrodziła jedno pytanie: kto jest mordercą? Czyżby Ingeborg? Klaus? Wolfgang? A może ktoś inny? Jeżeli tak, to kto? Każdy z nich miał jakiś powód, dla którego życie bez Petera byłoby dobrym rozwiązaniem. Ingeborg od dawna myślała, jakie będzie jej życie po śmierci męża. Układała nawet w głowie scenariusze na przyszłość... Przyszłość bez Petera, bez ograniczeń... Klaus mógłby być mordercą, miał wszak tyle powodów! Był jednak niewinny; to podczas jego nieobecności doszło do zabójstwa. Wolfgang? Ten stary, dobry Wolfi, który był na każde skinienie Meyera? Niemożliwe!
Śmiertelną ciszę przerwał Klaus.
– Kto mógł go zabić?
– O, synu... Cierpię tak mocno jak ty... Nie mogłabym go uśmiercić!
– Wolfgangu, a jak ty sądzisz? – zapytał młody Meyer.
– Odpowiedź jest dziecinnie prosta... – powiedział poważnie Wolfgang, śmiejąc się diabolicznie.
– Cóż to znaczy?! – oburzył się Meyer.
– Tak, mój drogi... To ja. Ja go zabiłem...
Klaus chciał coś powiedzieć, jednak zabrakło mu odwagi.
– Ty? Nasz przyjaciel, który od tylu lat z nami mieszkał i pracował?! – wykrzyknęła Ingeborg.
– Tak – rzekł odważnie – to ja!
– Dlaczego? – zapytała.
– Od długiego czasu obserwowałem, jaką wzajemną nienawiścią się darzycie. Nie mogłem pozwolić, żebyście męczyli się dalej. Za mocno kochałem Petera, bym mógł pozwolić na jego cierpienie. Nie mogłem już na to patrzeć, było mi go szkoda... Was też... On chciał tylko, aby wasza przyszłość była szczęśliwa, chciał mieć wszystko pod kontrolą. Stąd jego protekcjonalne zachowanie, jednak wierzcie mi, kochał was ponad życie. Widząc, jak ten porządek i planowanie wam przeszkadza, nie mogłem uczynić niczego innego, jak to, co zrobiłem...
– Oszalałeś?! – wykrzyknęła Ingeborg.
– Pytasz mnie, czy oszalałem? Powinnaś mi podziękować. Wszyscy wiemy, że od teraz życie potoczy się tak, jak miało to być pierwotnie...
Pociąg jechał powoli w stronę Paryża. Noc była nader spokojna. Bezkresna cisza kołysała gałązkami świerków, układając się do snu. Nocne ptaki nie przejmowały się ciszą. Świergotały najpiękniej, jak potrafiły. I tak mknął nieszczęsny pociąg, a w nim Ingeborg, Klaus, Wolfgang i truchło Petera. Milczeli, jednak czuli gdzieś w sobie ogromną ulgę i szczęście...

Maciej Kubiak