Ceśka mi się śniła, Swaty

Spotkaliśmy się przypadkiem, albo i nie. Dowiedział się, że przyjechałem.
Piłem kawę. Zaproponowałem. Chciał herbaty. Mocnej. Siorbnął ze dwa razy tego wrzątku, podniósł głowę, zatopił we mnie tępe spojrzenie. Z ciemnej pooranej twarzy patrzyły czarne, przygasłe oczy.
– Wiesz, Ceśka mi się śniła... – zaczął i zamilkł. Wpatrywał się we mnie. Dopiero po chwili: – W nocy przyszła do mnie. Myślołżem, że co chciała. Stanęła i stoi, i nic. Patrzy na mnie. „Co tak stoisz, siadaj”, mówię do niej, a ona nawet nie drgnie. Tylko wbjyła we mnie oczy i gapi się. „Siadaj”, mówię znowu. Stoi, uśmiecha się. Wiem, że pomarła. Chcę jej dotknąć, podsunąć fotel, w którym siadała przed telewizorem, ale nie mogę się ruszyć, nawet ręki podnieść. Swój głos tylko słyszę, coraz słabszy, jakbym ochrypł raptem. Ona już przestaje się uśmiechać, bieleje cała. Postała tak trochę, potem się odwróciła i wyszła, przez okno. Wiesz, co to może być, taki sen? Stare ludzie kiedyś sobie sny tłumaczyły, tylko nie pójdę ich pytać. – Uśmiechnął się pokracznie. – Rano wziąłżem dwie świeczki i poszedł na cmyntarz. I pytom się, co chce ody mnie. Palę jednego papierosa, drugiego. Czekom. Może da mi jaki znak. Zajrzołżem na grób ojca. Znowum wrócił. Palę kolejnego papierosa. „Tylem się za ciebie namodloł”, mówię do tego krzyża, do tych błyskających czerwono zniczy, do zwiędniętych już kwiatków, wieńców, bo to było ze dwa tygodnie po pogrzebie. Przez cały tydzień, dzień w dzień modlitwy, a to różaniec, a to w kościele ze dwa dni, byłżem nawet u spowiedzi. Ksiądz mało nie wypadł z konfesjonału, gdy mnie zobaczoł. Od Pierwszej Komunii tylem się nie namodloł co wtedy... – zamilkł nagle. Zaczerpnął powietrza. Po chwili ciągnął dalej: – Mówię do niej nad tym grobem, może i słyszała, kto tam wie, tego nie zbadasz. „Przychodzisz w nocy, spać mi nie dajesz, wstaję i myślę cożeś chciała; aż łeb od tego myślenia mnie boli. Przecież pogrzeb miałaś ładny, gadom jej, wieńce jak trzeba, i ksiądz ładnie odprawioł, i narodu się zeszło, cała wieś bez mała. Nakarmiołżem wszystkich, i po kieliszku, choć ksiądz wzbranioł, my wypili. Było jak u ludzi...”.
Zamyślił się wpatrzony we mnie.

Swaty

Siedziałem i paliłem papierosa, radio cicho brzdąkało. Nagle słyszę: „prr”. Ktoś podjechał. Furmanką, pewnie z daleka, myślę. Podszedłem do okna. Chłop schodzi z wozu i zabiera się do otwierania mojej bramy. Na ławce wspartej na kłonicach kobieta odświętnie ubrana. Fura wjeżdża na podwórze jak do siebie. Wyszedłem. Oboje idą w moją stronę. Stary wali śmiało jak sąsiad albo dobry znajomy, co to bywa raz po raz, a dziewczyna, myślę, że córka, trochę z tyłu, drobi kroki, pewnie się wstydzi. Mierzę ich wzrokiem – oni mnie. On wyciąga rękę, podaje swoje nazwisko – ja swoje. Mówi, że chciałby pogadać.
– To pogadajmy – powiadam i zapraszam ich do chałupy.
Idę przodem, w drzwiach puszczam ich przed sobą. Podsuwam krzesła, najpierw staremu, potem dziewczynie. Ten od razu siada, kręci wąsa; dziewczyna wierci się na krześle, rozgląda. Zrobiłem herbatę i czekam, co będzie dalej. Zaczynam miarkować, o czym mamy gadać, ale siedzę cicho. On też się nie kwapi; pociąga gorącą herbatę, jakby z tydzień nie pił. Młoda ukradkiem spogląda na niego.
W lodówce mam flaszkę wódki. Proponuję kielicha. Kiwa głową, że może być. Wychyliliśmy po jednym. Skrzywił się, wierzchem dłoni wytarł usta i zaczął:
– Moja córka – spojrzał z ukosa na dziewczynę, potem znowu na mnie – jest w ciąży z pana synem.
Tego się spodziewałem, niech to szlag. Złość mnie taka wzięła, hulał, hulał, teraz ma! Przyglądam się pannie, czy akuratna będzie synowa: z zadartym nosem, pyzata, może trochę za bardzo, dużo jej w sobie, jak na młódkę za dużo (podług mnie, starego) – nie bardzo mi się widzi. Ale dziecko w drodze – ojciec musi być. A że mi się nie widzi... przecież ja z nią spał nie będę. Odwracam głowę w stronę starego. Uśmiechnął się do mnie.
– Zaraz go obudzę – powiedziałem.
Zaskrzypiały wrota i zobaczyłem jego rozczochraną głowę z sianem we włosach. Gęba skwaszona, jakby dopiero zjadł cytrynę.
– Co się stało?! – Z pretensjami do mnie, że mu spać nie daję.
– Ano stało się, stało. Gości masz.
– Jakich gości?!
Widzę, że nie ma zamiaru wychodzić. Ociąga się, marudzi, że niedziela, że niewyspany.
– Gdy ci powiem jakich, od razu mocno staniesz na nogach.
Wybałusza oczy, spogląda na furmankę, na konia, koń na niego, on znowu na mnie. Pewnie łeb mu kołowacieje. Już nie mówi, że niewyspany, nie ogląda się na ciepłe jeszcze legowisko w sianie. Mówię, że dziewczyna z ojcem przyjechała.
– Jaka dziewczyna?! Po co przyjechała?!
– Chodź do chałupy, zobaczysz, sam się spytasz. Tylko się ubierz i wytrzep siano z włosów.
Wszedłem pierwszy. On stanął w drzwiach niepewnie, jakby miał uciekać, i bąknął pod nosem „dzień dobry”. Skinąłem ręką, by podszedł bliżej. Pytam, czy zna tę dziewczynę. Mowę mu chyba odjęło. Mruczy coś pod nosem, stęka, w końcu wydusił z siebie, że tak.
– Jest w ciąży – mówię.
Pytam, czy to jego dziecko. Spojrzał szybko na nią, potem na mnie.
– Tak – zamruczał obrażony.
– Bierz krzesło i siadaj.
Postawiłem trzeci kieliszek. Wypiliśmy.
– No, teraz trzeba pogadać o weselu.


Edward Derylak