Na Montelupich strzelano w tył głowy

Anioły nie płaczą. Nikt też nigdy nie widział anielskich łez. Ale kiedy kolor ich intensywnie błękitnych oczu zmienia się na szary, a ciągle rozświetlający twarz uśmiech znika, wiadomo już, że człowiekowi, którego miały strzec, grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.
Dzieci czują zagrożenie inaczej. Anioły mają do nich śmielszy dostęp, bo ze strony dziecka nie obawiają się fanaberii.
Tego wieczoru jedenastoletnia Jagusia, jak nazywali ją rodzice, długo nie mogła zasnąć. Taty od kilku dni nie było w domu, nawet mama opuszczała oczy, gdy dziewczynki wypytywały ją o los ojca. I choć miasto szykowało się już do snu, a ukochany kot Jagusi, Mruczek, spał już smacznie na kołderce w rogu łóżka, dziewczynka przewracała się z boku na bok, nie chcąc stracić okazji na powitanie taty, kiedy ten wróci po długiej nieobecności. Szmer rozmów z kuchni dotarł do jej uszu, potem zasmucony Anioł zaczął delikatnie nucić w jej głowie kołysankę. Dziewczynka walczyła jeszcze chwilę z ciążącymi coraz bardziej powiekami, ale ten śpiew był tak kojący i piękny, że straciła rozeznanie, czy to jeszcze jawa, czy już sen. Właśnie miała zamknąć oczy, gdy zobaczyła mamę wchodzącą do pokoju. Dziwna rzecz, mama była jakaś odmieniona, cała promieniała, otoczona jasną poświatą. Trzymała dłoń na swoim wielkim brzuszku, gdzie spała nienarodzona siostrzyczka Jagusi.
– To będzie braciszek – poprawiła ją mama aksamitnym głosem, gładząc z czułością okrąglutki brzuch.
Jakiś chłód ciągnął od strony przedpokoju. Coś groźnego czaiło się za drzwiami mieszkania. Jagusia czuła to całym swym wrażliwym, dziecięcym umysłem. Mruczek obudził się i zaczął prychać, cofając się w róg łóżka.
– Boję się – wyszeptała dziewczynka, podciągając kołderkę powyżej brody.
– Nie bój się, dziecko. – Mama cały czas uśmiechała się. – Przecież twój Anioł Stróż jest przy tobie.
– Ale właśnie... – zaczęła Jagusia, gdy jakiś szum w przedpokoju odwrócił uwagę mamy.
– O, może tata wrócił? – Kobieta odwróciła się i ruszyła w tamtą stronę.
– Mamo! – zawołała dziewczynka, ale odpowiedziała jej cisza.
Sekundę potem rozległ się okropny hałas i ktoś zaczął krzyczeć przeraźliwie. Dom zatrząsł się od tupotu ciężkich butów, ktoś ochrypłym głosem warczał:
– Trzymaj go!
Jagusia pomimo przerażenia złapała wystraszonego kota na ręce i zbliżyła się do otwartych drzwi. Chwilę zmagała się z paraliżującym ją strachem, ale w końcu wyjrzała na korytarz. Na podłodze, pod wieszakiem na ubrania leżała jej mama. Z boku, spod niej wypływała ciemna kałuża, zbliżając się powoli w kierunku bosych stóp dziecka. Pod wejściowymi drzwiami dwóch mężczyzn w czarnych płaszczach szamotało się z trzecim, przygniecionym do podłogi. Dziewczynka poznała go od razu.
– Tatuś! – krzyknęła, zasłaniając usta przerażonym Mruczkiem, który za wszelką cenę chciał wyrwać się z jej rąk.
Jedna z postaci dźwignęła się z klęczek. Gdy mężczyzna wyprostował się, głową prawie sięgał do sufitu. Odrzucił ręce na bok i spojrzał na dziecko stojące boso w koszulce nocnej na zimnej posadzce. Jagusia dostrzegła przekrwione, żółte ślepia, które wbiły się w jej umysł, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Otworzyła usta i zaczęła krzyczeć najgłośniej, jak się da. Jeszcze chwilę szarpała się z jakimiś dłońmi, aż wreszcie otworzyła raptownie oczy i zobaczyła nad sobą zatroskaną twarz mamy.
– Jagusiu – mówiła mama, głaszcząc ją po głowie – to tylko zły sen, dziecko, to tylko zły sen.
Wtedy rozległo się natarczywe pukanie do drzwi.
Dzieci czują niebezpieczeństwo. Anioły mają do nich śmielszy dostęp. Tej nocy jednak szatan zerwał się z Boskiego łańcucha, by wprowadzić się do mieszkania ciężarnej kobiety i jej trzech córek. UB założyło w kwaterze Józefa Ostafina regularny kocioł. Zbliżał się też nieuchronnie czas rozwiązania dla Kazimiery Ostafin.

***

Do Izby Przyjęć kliniki na Kopernika podjechał ciemny samochód. Była godzina druga w nocy, w Izbie Przyjęć pusto. Dwóch ubranych w długie skórzane płaszcze mężczyzn wyszło z auta. Jeden z nich obserwował, jak ciężarna kobieta z trudem wydostaje się przez drzwi z tylnej kanapy, nie próbując jej choć trochę pomóc. Drugi energicznym krokiem ruszył w stronę drzwi wejściowych do szpitala. Gdy wtargnął do środka, zaczął wykrzykiwać coś, wywijając trzymanym w ręku pistoletem. Zanim kobieta wygramoliła się z samochodu, sapiąc szybko i trzymając się za brzuch, lekarz i trzy pielęgniarki stali już, przecierając oczy w gabinecie lekarza dyżurnego przed ostro gestykulującym mężczyzną.
– Ta suka ma tu zdechnąć i jej bachor też! – ryknął funkcjonariusz UB do zdumionego personelu. – A jeśli ktoś jej pomoże, to wrócę tu i załatwię mu wieczną kwaterę na Montelupich, paniali?!
Zapadła cisza. Sen zniknął z powiek ludzi w białych fartuchach bezpowrotnie i definitywnie.
– Zrozumiano?! – krzyknął znów mężczyzna, wlepiając wzrok w lekarza dyżurnego. Ten niepewnie pokiwał głową na znak, że przyjął do wiadomości nieludzki rozkaz.
W tym momencie Kazimiera Ostafin dotarła do drzwi Izby Przyjęć. Sił wystarczyło jej tylko, by wejść do środka. Zaraz za drzwiami osunęła się zemdlona na posadzkę. Nikt z personelu nie ruszył w jej kierunku. Ubek przemaszerował słabo oświetlonym holem i wyszedł na zewnątrz, trzaskając drzwiami. Ciemny samochód odjechał z piskiem opon.
Pozorny spokój dyżuru w Izbie Przyjęć kliniki na Kopernika zastąpiło nieme przerażenie.

***

Józef Ostafin urodzony 7 marca 1894 roku w Sułkowicach, pseudonim „Chudy”.
Jeden z kierowników nielegalnej podziemnej organizacji WiN.
Żona Kazimiera, trzy córki.
Procesowi przewodniczy ppłk dr Romuald Klimowiecki.
Ławnicy: mjr Józef Małachowski i mjr Jan Zabłocki.
Protokolant od drugiego dnia rozprawy: chor. Mieczysław Żeberek.
Prokurator: ppłk Stanisław Zarakowski.
Obrońca z wyboru oskarżonego: mec. Wilhelm Immergluck.
Kara wnioskowana przez prokuratora – KARA ŚMIERCI.
Kara orzeczona przez sąd – KARA ŚMIERCI.
Sąd wziął pod uwagę duże napięcie złej woli ze strony oskarżonego Józefa Ostafina oraz polityczną rolę, jaką ten odgrywał w organizacji. W działalności oskarżonego widoczny był zamiar kontynuowania kierunku politycznego, jakiemu do wojny służył.
Decyzją z 6 listopada 1947 roku Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa ułaskawienia oskarżonego.

***

Najukochańsza moja Kazieńko i moje Dzieci.
...Jakżeż chciałbym Ci w czem pomóc, Kazieńko moja! Żyję Tobą i niedolą Twoją, a poza modlitwą o Twoje zdrowie nic więcej pomóc Ci nie mogę. Oby Bóg wysłuchał mnie i Dzieci nasze i wrócił Ci zdrowie, które jest dla mnie wszystkim, całem zadowoleniem i szczęściem mojem. Los mój i sytuacja moja nic mnie nie obchodzi. Pogodziłem się ze wszystkim. Jedynie choroba Twoja tak ciężka i przewlekła, przeszło rok trwająca, a z mojej winy, z mej pracy wynikła jest moim stałem zmartwieniem...

***

Krysia weszła do pokoju z kolacją i zauważyła fotografie rozłożone na pościeli przed leżącą w łóżku matką.
– Popatrz, córciu, jaki tata jest przystojny w mundurze legionisty. – Chora kobieta podała dziewczynie fotografię, uśmiechając się z trudem.
– To prawda, mamo – odpowiedziała Krysia, szykując leki przepisane przez doktora Kędrę. Nie spojrzała jednak na fotografię.
– Czy nie było jakiegoś listu od ojca? – zapytała jeszcze kobieta, kładąc się bez sił na plecach. Po ostatnim upuszczaniu wody z brzucha czuła się bardzo źle, gorzej niż zwykle.
Córka wyrównała sprawnym ruchem pościel i podała jej tacę z posiłkiem.
– Nie było, mamo, jedz.
Dziewczyna czuła, że coś dławi ją w gardle. Wyszła więc szybko z pokoju, zatrzymała się dopiero w kuchni, opierając się o parapet okna. Szarpiąc się z klamką, otworzyła szeroko okno i zaciągnęła się wilgotnym listopadowym powietrzem. Deszcz spływał po szybie, tworząc plamę na kuchennej posadzce. Krysia wpatrywała się w spowite mgłą podwórko jej miasta. Miasta, które odwróciło się od jej rodziny. W którym uwięziono jej ojca patriotę. Gdzie umarł jej nienarodzony braciszek, bo matka nie uzyskała pomocy położnych. Zakryła twarz dłonią i zaczęła płakać. Teraz zupełnie bezsilnie i szczerze.

***

Na Montelupich strzelano w tył głowy. Ppor. Henryk Michalik był w tym naprawdę dobry. Rzadko kiedy zużywał więcej niż jeden nabój, by zabić „kaesiaka”*. Wprowadził zwyczaj, by w czasie wykonywania wyroku przed ścianą na dziedzińcu więziennym zawsze stały dwie ciężarówki. Kiedy między nie wprowadzano skazanego, kierowcy ciężarówek zapuszczali silniki i dodawali gazu, by zagłuszyć huk wystrzałów.
Tego wieczoru, dnia 13 listopada 1947 roku o godzinie 19.10 ppor. Michalik wykonał swoją robotę profesjonalnie i bez fuszerki. Trzy kule, trzy trupy, jak się należy.
Czy widział wcześniej skazanego Ostafina Józefa na spacerniaku? Możliwe. Choć było to teraz bez znaczenia. Ważne było tylko to, by ilość kul zgadzała się z ilością „kaesiaków”.


Wszystkie nazwiska, daty i wydarzenia są zgodne z faktami dostępnymi w biograficznej książce Danuty Suchorowskiej Zbrodnia w imieniu prawa: Józef Ostafin, 1894-1947. Cytowano oryginalny list Józefa Ostafina do rodziny.

Andrzej Chodacki