Sieć

Dzwoniła znowu. Po raz setny może tego dnia wystukiwała kupione w internecie numery, roztaczając przed potencjalnymi kontrahentami wizje dobrodziejstw płynących z zakupu proponowanych przez nią usług.
Czy to były prawdziwe dobrodziejstwa, czy zwykłe oszustwo? Nie wiedziała. Ona miała tylko świeżym głosem, za każdym razem tak, jakby to był pierwszy klient, zachęcać do korzystania z reklamowanych propozycji. Radość rozmowy, entuzjazm młodości, wyrozumiałość dla chamstwa, łagodna perswazja dla tępoty. To były jej zadania na dziś. Jutro wszystko powtórzy się boleśnie od początku.
Ludzie, do których dzwoniła, zazwyczaj uprzejmie wycofywali się z rozmowy. Ona im dziękowała i oni dziękowali jej. Po obu stronach linii wiadomo było, że więcej się nie usłyszą. Tamci zaraz blokowali jej numer, ona przekładała stracony numer na listę do wtórnej sprzedaży innym firmom akwizytorskim.
Ten dzień, jak poprzednie, zbliżał się do równie bezsensownego końca. Przebijanie się przez sekretarki, by dotrzeć do osoby decyzyjnej w firmie, wysłuchiwanie marnych tłumaczeń, by zatuszować brak zainteresowania propozycją. A do tego wszystkiego jej dyplom z romanistyki i drugi z historii sztuki. Matrix, w który została podłączona, potrzebował tylko jej przymilnego głosu i debilnej potulności. Więc kolejny numer, kolejna odmowa, bariera myśli, pragnień, manipulacje, próba podtrzymania rozmowy i przerywany sygnał.
Człowiek, którego usłyszała na godzinę przed zakończeniem zmiany, zatrzymał ją na chwilę, potrząsnął kilkoma zdaniami, wyrwał z odrętwienia.
– Niech mi pani powie, ile to już lat dzwonicie do mnie, próbując sprzedać to czy tamto? – zapytał cholernie logicznie po wysłuchaniu jej wstępnej propozycji.
– Ja dzwonię do pana pierwszy raz, proszę pana… – próbowała wybrnąć, ale on przerwał, jakby wcale jej nie słuchał.
– Tyle już lat próbujecie mnie namówić na zakup koca gaśniczego, kredytu, kursu językowego, ignorując moje zapewnienia, że nie chcę – chwila przerwy, w czasie której stojąc, zachwiał się, próbując złapać równowagę. – Czy kiedykolwiek cokolwiek od was kupiłem?
– Nie wiem, proszę pana, jeszcze raz powtórzę, że dzwonię do pana pierwszy raz.
– A wie pani, co jest najgorsze? – Jego głos brzmiał teraz cicho, melancholijnie, jak głos kobiety gładzącej pukiel włosów na szyi. Pytanie zawisło tak dziwnie, że nawet dziewczyna z dwoma fakultetami, szkolona do owijania potencjalnych klientów marketingową siecią, nie wiedziała, co odpowiedzieć.
– Najgorsze jest to – ciągnął bezbarwnie, wybawiając ją z kłopotu – że jutro znów zadzwonicie, udając, że to pierwszy raz próbujecie wcisnąć mi ten koc, kredyt czy kurs. Czy pani nie jest tym zmęczona?
Chwila ciszy zapadła pomiędzy rozmówcami. Ona była zmęczona, choć przecież miała być świeża, jakby to był jej pierwszy telefon tego dnia.
Zmęczony był także on. Odeszła żona, problemy z potencją zauważył już po dwóch tygodniach spania z sekretarką, a kryzys zaciskał powoli sznur na gardle jego firmy. ZUS wszczął dochodzenie z powodu niepłacenia składek jego pracowników, księgowa nawet nie starała się zatuszować malwersacji firmowych pieniędzy, a z powodu lawin przepadł mu wyjazd na narty w Alpy. I ten ostatni akt destrukcji, ostatnia kropla goryczy przelała kielich.
– Wybaczy pani, ale ta rozmowa nie ma sensu, wiem, że to nic nie da, nawet jeśli poproszę, żeby pani skasowała mój numer z państwa bazy danych – zamilkł na chwilę, wiedząc, że ona już nic nie powie.
Ta cisza trwała już jakiś czas, gdy usłyszał jej głos.
– Przepraszam pana.
Jego brwi uniosły się, rysy wyostrzyły, jakby nie dosłyszał, przycisnął komórkę mocniej do ucha.
– Słucham? – zapytał z niedowierzaniem, rozluźniając nieco sznur na szyi.
– Przepraszam pana i kasuję pana numer – odpowiedziała dziewczyna i przerwała połączenie. Zdjęła z głowy chomąto telefonicznych macek, które od miesięcy oplatały jej mózg.
A on zdjął z szyi powróz i zszedł ze stołka.
Usiadł ciężko na skórzanym, dyrektorskim fotelu.
Objął twarz dłońmi i zaczął płakać.


Andrzej Chodacki