Przemyt - sposób na życie

Wszystko jest jak rzut monetą: raz się uda, drugim razem nie. Bohaterowie tego reportażu mieszkają w jednej z miejscowości na pograniczu polsko-niemieckim. Przemyt jest dla nich jedyną możliwością zarobienia pieniędzy. Czy drogą bez powrotu? Czas pokaże.

– W życiu trzeba stawiać wszystko na jedną kartę – mówi Mango, wysoki przystojniak, którego oczom nie oprze się ponoć żadna dziewczyna. – Albo wóz, albo przewóz. Do tej pory zawsze mi się udawało. Nas obchodziło tylko jedno: przerzucić towar na drugą stronę Nysy i zostawić go w umówionym miejscu. Nazajutrz, gdy towar był odebrany, każdy dostawał po sto marek za przeniesienie stu sztang fajki. Jedna noc i zarobek ponad milion siedemset tysięcy złotych na czysto.

Ryzyko

Do interesu wkręcił go pochodzący z centralnej Polski chłopak jego siostry. Miał już własną grupę wielbłądów i sam załatwiał towar.
– Najbardziej bałem się niemieckich zolli. Raz trafiliśmy na nagonkę, musieliśmy porzucić towar i uciekać z powrotem na polską stronę. Nigdy w takim tempie nie forsowałem Nysy. Kumpel nieomal utonął. Szef stracił towar za czterdzieści milionów, my nie otrzymaliśmy swej działki. Najgorzej było jesienią, forsowanie lodowatej wody i marszobieg w mokrych łachach półtora kilometrów w głąb Rzeszy. W drodze powrotnej marzyłem tylko o ciepłym łóżku.

Na własną rękę

Mango wkrótce postanawia się uniezależnić. Odnawia znajomość ze starym kumplem ze szkoły, który dwa lata pracował w Niemczech. Ma tam znajomości, załatwia zbyt. Razem kupują starą ładę i wspólnymi siłami ją remontują.
– Stare auto, jeśli nas skasują, straty będą znacznie mniejsze. Nie chcemy ryzykować i narażać jego nowej corsy.

Nowa metoda

Razem postanawiają przerzucać fajki samochodem. Zaczyna się od kilkunastu sztang, z czasem rzuty towaru są coraz większe.
– Najbardziej zagrażają nam niemieccy zolle. W razie wpadki kasacja auta i towaru, kajdanki i pucha, lecz czego się nie robi dla pieniędzy.
Na towarze mają podwójną przebitkę. Fajkę kupują od rosyjskich dilerów. Płacą od dziesięciu do dwunastu marek za sztangę, a po drugiej stronie Nysy kasują od dwudziestu czterech do nawet trzydziestu marek, w zależności od odległości od granicy – im dalej, tym towar jest droższy.

Pieniądze

– Najbardziej lubię przeliczać pieniądze w swoim portfelu – ciągnie Mango. – Mogę to robić godzinami.
Na początku się trochę nimi zadławia. Imprezy w dużych miastach, najdroższe knajpy, hotele, ładne dziewczyny i wykwintne alkohole. Po kilku dniach – pusta kieszeń i kac moralny. Potem główkowanie, skąd wziąć pieniądze na zakup towaru. Ostatnio trochę zmądrzał, kupili sobie nawet dobre auto, jednak nie myśli serio o przyszłości i żyje dniem dzisiejszym.

Praca

– To jest mój zawód – kontynuuje Mango. – Po wyjściu z woja zapisałem się do RUP jako bezrobotny. Zakład, w którym pracowałem, już nie istnieje. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę jeszcze gdzieś pracował. Chcę jeszcze zrobić kilka dobrych rzutów i pomyśleć o własnej firmie. Niedawno byłem w Krakowie, przy Dzwonie Zygmunta pomyślałem sobie życzenie, jednak dotknąłem go prawą ręką. Teraz nie wiem, czy się spełni.

Nie wszystkim się udaje

Jaman, krępy, krótko ostrzyżony młodzieniec o twarzy rosyjskiego gangstera, w rzeczywistości bardzo spokojny i zrównoważony chłopak.
– Razem z trzema kumplami na własną rękę rzucaliśmy fajki przez Nysę. Ja z jednym kolesiem przenosiliśmy fajki przez rzekę. Dwóch pozostałych zgarniało towar po drugiej stronie. Dwa razy nam się udało. Za trzecim razem kolesie przyjechali za późno. Towar z umówionego miejsca zniknął. Ktoś go po prostu zapierdolił. Nie wiem, czy niemieccy zolle, czy inna grupa przemytników. Ktoś w każdym razie sobie popali. We czterech straciliśmy towar za trzydzieści milionów. Wszystko jest jak rzut monetą,
raz się uda, innym razem nie – spokojnym głosem stwierdza mój rozmówca, obracając w palcach jednomarkowy bilon. – Teraz nie mam nawet na piwo, znów trzeba zaczynać od nowa.
Jaman ma dziewczynę, z którą chodzi cztery lata. W przyszłości zamierzają się pobrać. Zarobione pieniądze chce włożyć w adaptację pomieszczeń gospodarczych na mieszkanie, gdyż teraz mieszka z rodzicami i starszym bratem.
– Jeśli mi się uda, to skończę z tym, jak się ożenię – mówi, jakby chciał się usprawiedliwić. – Mam fach w ręku, jestem dobrym mechanikiem i znam się na samochodach, zawszę znajdę robotę w jakimś warsztacie. Jednak na razie moje plany wyraźnie się oddaliły.
Spytany, czego życzyć mu na przyszłość, odpowiada spokojnie bez namysłu:
– Szczęśliwego powrotu na polską stronę.

grudzień 1995


Adam Bolesław Wierzbicki