Lustro

Stojąc przed lustrem i goląc się, myślałem o moim życiu. Podążając za ruchem maszynki, zagłębiałem się coraz bardziej w analizę swego zachowania. Niestety, nie doszedłem do zbyt ciekawych wniosków… A dzień miał być taki normalny, jak to przy niedzieli. Jednak nie, zawsze coś stanie mi na przeszkodzie świętowania Dnia Pańskiego… Ale dlaczego przy goleniu? Dlaczego właśnie w tym momencie mój niesforny mózg postanowił spłatać mi figla i zaczął bez mojej najmniejszej ingerencji myśleć o własnym życiu?
Twarz pokryłem gęstą pianą. Przez pewien czas wyglądałem jak Święty Mikołaj. Z każdym pociągnięciem ostrza stawałem się coraz mniejszy, coraz bardziej gładki, dziecinny. Stoję na progu trzeciej dekady życia. Do tej pory nie osiągnąłem niczego, co byłoby godne uwagi. Moczę maszynkę pod ciepłym strumieniem wody… Skupiam się, aby nie dopuścić do zacięcia. Nie znoszę widoku krwi! Stroję najrozmaitsze miny, aby maszynka miała dobre przyłożenie. Czasami zazdroszczę kolegom, którzy nie muszą się golić. To takie głupie zajęcie, mimo to muszę je od czasu do czasu wykonywać…
Rozmyślanie przy toalecie – jakby nie można było tego przesunąć na wieczór, kiedy w spokojnym otoczeniu można usiąść, zapalić papierosa i wtedy oddać się kontemplacji. No nic. Myślałem o wielu rzeczach. Przerażający jest dla mnie fakt, że niewiele jest rzeczy, które opanowałem w jakimś stopniu… Kładzenie paneli, małe prace remontowe, naprawa samochodu czy prosta hydraulika stanowią dla mnie zagadkę.
Wielu z moich znajomych ma to szczęście, że potrafi założyć na przykład wycieraczkę samochodową, potrafi ułożyć sobie życie po swojemu, nie ma problemu ze znalezieniem dziewczyny. Ba, część z nich ma już żony, dzieci, żyją razem i mają się dobrze. A ja? Ja pomimo braku dziewczyny, a tym samym żony i dzieci, będąc wolnym strzelcem, osobą, która ma czas na różne dość przyjemne rzeczy, nie potrafię wziąć życia w swoje ręce. Jestem niezdarny, upupiony, zbyt pochłonięty przez książki i inne głupoty…
Przez myśl przemknęła mi przyszłość, jednak postanowiłem nie poruszać tego tematu. Boję się przyszłości, boję się życia. Nie jestem przygotowany… Dlaczego? Przecież staram się o względy dziewczyny, którą kocham. Już nawet jej rodzice mnie polubili. Kiedy rozmawiałem z jej ojcem, dowiedziałem się, że jestem lubiany w ich domu. Rodzice kobiety mojego życia, z którą jednak nie jestem, w pełni mnie zaakceptowali. Szkoda, że moja luba jest innego zdania… Kiedy byłem na małym spacerze z jej ojcem, przyznał mi, że chciałby, abym to ja był mężem jego córki. Powiedział, że jest pewien mojego sukcesu w życiu zawodowym, że widzi, że nie jestem głupi i dam radę utrzymać siebie i lubą na dobrym poziomie. I później ta wódka nad ranem… Do szóstej rano siedziałem z nim i popijając Smirnoffa, rozmawiałem o przyszłości mojej i jego córki. To bardzo dziwne uczucie, kiedy w zasadzie obcy ludzie mają więcej wiary w ciebie niż ty sam. Niestety, tak to już jest… Kocham ją, jednak trzy lata znajomości to dla mnie za mało. Nie jestem pewien. Ta ciągła niepewność! Niezdecydowanie, wieczne niezadowolenie i stagnacja. Chociaż nie, jak jestem pod wpływem alkoholu, potrafię przejść do działania… Jak wtedy, we Francji. Moje marzenia erotyczne (których mam niezliczoną ilość) urzeczywistniły się w pewnym stopniu. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy kobiece piersi… Mało tego, dotykałem ich, w dłoni czułem ich idealną strukturę, kształt, ciepło… Romantyczny wieczór przepełniony alkoholem, dziewczyna na moich kolanach, która nie bała się mi zaufać… Tkliwy dotyk jej dłoni, kilka pocałunków, podniecająca intymność tłumiona przez zamroczenie wódką… Słodkie zakamarki, dające uczucie spełnienia i wytchnienia… To tylko jedna noc, jedna spośród tylu set przeżytych! A gdzie reszta tych nocy? Tych cholernie samotnych, pustych nocy, podczas których nieraz układałem idealne scenariusze mojego życia? Gdzie zabawy, głupia młodość, gdzie błędy, za które powinienem żałować?
Niekiedy mam wrażenie, że nie jestem stworzony do życia… Wieloletnie osamotnienie mogło zaowocować tylko w jeden sposób – pisanie stało się odskocznią od przygnębiającej codzienności. Jednak rzadko bywam natchniony. Nie przejawiam też talentu, a poziom moich prac pozostawia wiele do życzenia. Stojąc w toalecie, kontemplowałem również istotę pisania, talentu, tworzenia… Pisać pod natchnieniem – nigdy tego nie doświadczę… Czym jest więc owo natchnienie, które przychodzi znienacka, burzy postawione ściany i nakazuje budować od nowa? Natchnienie nie istnieje. To, co większość twórców nazywa natchnieniem, jest w rzeczywistości tylko prowokacją skłaniającą do napisania, do stworzenia dzieła. W życiu twórcy najistotniejszą cechą jest zdolność obserwacji. Jeżeli jest się dobrym obserwatorem, to inspiracja przychodzi sama. Skąd wziąć pomysł na wiersz? Znikąd. To pojawia się bez ingerencji autora. Słowa układają się same, zaś twórca pomaga im tylko w egzystencji, zapisując je na papierze. Wymyślanie na siłę, zmuszanie się do napisania czegoś jest rzeczą niemoralną. Naturalnie, artysta może ingerować w materię zwaną słowem, nadając jej odpowiednią stylistykę, ma prawo kształtować ją w pewien indywidualny dla każdego sposób, jednak nie powinien dawać życia czemuś, co jest w procesie twórczym nienaturalne.
I znowu daję sobie wyraz tego, że nie jestem człowiekiem wartym uwagi. Nawet to, co kocham, nie zostało przeze mnie opanowane w dobrym stopniu. Kim więc jestem? Wydawałoby się proste pytanie, trywialne, podstawowe… Jednak zadając je sobie, mam problem z uzyskaniem odpowiedzi. Jestem dwudziestojednoletnim mężczyzną, który… Mężczyzną? To stwierdzenie podlega polemice. Wszak kim jest mężczyzna? Jest człowiekiem zdecydowanym, pewnym siebie, który ma w życiu cele. Odznacza się silnym charakterem, dynamicznością, spontanicznością. Lubi uprawiać seks, a popęd jest wyznacznikiem jego charakteru. Lubi przebywać ze znajomymi, rozmawiając przy tym o samochodach, ilości kobiet, które zdobył, i o tych, które są nie do zdobycia. Zna się na naprawach sprzętów wszelakiej maści, jest odpowiedzialny i sumienny. Więc jestem dwudziestojednoletnim chłopakiem, który stoi przed lustrem i goli twarz. Uczę się. Nie mam dziewczyny, ale walczę o nią. Nie mam w życiu celu. Jestem wygodny, leniwy, pasywny, nie uprawiałem seksu, lubię papierosy. To chyba tyle. Nie potrafię opisać siebie dokładniej.
Dużą odwagę wykazałem, przyznając przed sobą, że chcę zapuścić włosy oraz że lepiej pracuję w nocy niż za dnia. To było dla mnie bardzo ważnym momentem – przyznanie się przed samym sobą. Tak żeby nikt nie słyszał, cichutko, gdzieś w głębi mnie poczułem ulgę i zadowolenie. Zrzuciłem namiastkę kajdan, które narzucają mi znajomi, rodzina, społeczeństwo, normy religijne i społeczne. Przez całe życie robiłem coś pod dyktando innych osób. Wmawiano mi niejednokrotnie, że rano, zaraz po porannej toalecie człowiek jest najbardziej twórczy i pracuje mu się najlepiej. Wierzyłem w to. Żyłem według wskazówek wszechwiedzących nauczycielek, księży… Potrafiłem się przezwyciężyć i w wieku dziewiętnastu lat powiedzieć, że ja, J., czuję się najlepiej w nocy. Wtedy wszystko jest lepsze, łatwiejsze, prostsze…
A gdyby tak mieć jakąś ukrytą tożsamość? Być kimś innym, stworzyć dla siebie teatralną rolę, dla której sceną byłoby życie? Zrealizować swoje kwestie, być w stu procentach nienaturalnym, sztucznym, wymyślonym… Zachować jedynie wygląd fizyczny, zmienić psychikę, zwyczaje – na potrzeby roli… Intrygujące! Jednak kim mógłbym się stać? W kogo miałbym się wcielić?
Mój bohater nazywałby się Jan. Jasiek. Byłby młodym, przystojnym studentem, który cieszy się życiem. Zdobywa kobiety, nie przejmuje się konsekwencjami. Jest aktywistą, uprawia przygodny seks gdzieś na dyskotekach, popala marihuanę, wyjeżdża ze znajomymi na wakacje, jest spontaniczny, próbuje smaków życia... Ach, gdyby to było możliwe!
Ja jednak stoję przed lustrem i golę się. Widzę chropowatość mojej skóry. Chwila nieuwagi i ciach! Zaciąłem się… Stróżka czerwonej gęstej krwi miesza się z bielą piany. Drąży korytarzyk, spływa ku szyi. Nie poczułem nawet bólu. Spokój zaburzyła mi ta mała, czerwona linia. Wtedy spłukałem pianę. Nabierając wodę oburącz, zbliżyłem dłonie do twarzy. Poczułem ciepło. Po zmyciu piany uniosłem głowę. Zmoczyłem przy tym włosy. Wziąłem ręcznik i wyprostowałem się. Ocierając się, spojrzałem w lustro. Ujrzałem swoją twarz. Wyglądała okropnie. Zobaczyłem w nim starca – pełnego zmarszczek, bruzd, ran. Okrutny grymas rysował się na moich ustach. Nie było tam cienia szlachetności. Tylko zmęczenie, życie i ta czerwona smużka krwi… Nie wystraszyłem się tego widoku. Znałem go dokładnie, każdy szczegół był mi bliski. Wewnętrznie tak się właśnie czuję. Osamotniony starzec, dziwak ze szramami na gębie.
Tak oto lustro jest odzwierciedleniem mojej duszy. Trwaliśmy w bezruchu: ja i ja z odbicia. Oczy nie miały blasku, były mdłe, bez wyrazu. Serce biło mi coraz szybciej i sam nie wiem, czy ze smutku, czy z radości, czy z zupełnie innego powodu. Po kilku minutach wróciłem do siebie i w lustrze widniała moja dzisiejsza twarz. Odwiesiłem ręcznik, na którym oprócz mokrego śladu wody widniały czerwone plamy krwi. Osuszyłem ręce. Poprawiłem szybko włosy i nie spoglądając w odbicie, zgasiłem światło.

 

Maciej Kubiak