Puste przestrzenie

Gdy byłem dzieckiem, budziłem się bardzo wcześnie i nudząc się w łóżku, myślałem o różnych dziwactwach. Najchętniej wyobrażałem sobie rozmaite pomieszczenia – szkołę, sklep, przychodnię, kościół – w momencie tuż zanim wstąpi do nich pierwszy intruz gatunku ludzkiego. Fascynował mnie ten niepokojący spokój rzeczy nietkniętych, nieobserwowanych. Zdawały się posiadać pewną ulotną (i właśnie dlatego tak niezwykle drogocenną) autonomię, z której zostawały błyskawicznie obdarte, stając się obiektem pochwały, krytyki, użytku, sprzedaży. Biurka, przy których nikt nie siedzi, korytarze nieskalane niczyim krokiem, scena bez widzów, konfesjonał bez grzesznika. Każdy przedmiot miał swoje własne, niepowtarzalne oblicze, natomiast ludzie, którzy wkraczali do opuszczonych świątyń dopiero pod sam koniec niemego przedstawienia, zlewali się w szumną szarą masę, pędzący donikąd tłum, pozbawiony twarzy i serca. Właściwie to nie wiedziałem nawet, jak wyglądają. Czułem tylko, że są gdzieś tam za drzwiami, pod oknem, na schodach – jednym słowem: gdzieś blisko – i zaraz wtargną do bezbronnego raju moich codziennie niecodziennych fantazji, a ja będę musiał schować piżamę pod poduszką i rozpocząć nowy dzień.
Miałem trzynaście lat, kiedy zakochałem się w Malwinie – drobnej szatynce o pięknych niebieskich oczach, zwilżonych miękkim, świetlistym smutkiem. Mieszkała w małym miasteczku niedaleko mojej wioski. Jeździłem – nie – leciałem tam na rowerze, niezmiennie wyprzedzanym przez tętno, a po upływie siedmiu skąpanych w euforii minut trzymałem w ramionach moją pierwszą dziewczynę. Co robiliśmy, prócz rzeczy oczywistych w naszym wieku i stanie? Na przykład nadawaliśmy cyfrom ludzkie cechy. W ósemce dopatrywała się dwóch całujących się trójek, a w piątce – jedynki w ciąży.
– I z kapturkiem – dodawałem, bawiąc się jej włosami.
– Tak! – zgadzała się płomiennie. – W ciąży i z kapturkiem!
I zdawało mi się, że wszystko wokół nas – wonny wiosenny wiatr, drżące gwiazdy, srebrzyste jezioro – śmieje się razem z nią.
Spacerowaliśmy też często przez park, docierając do najbardziej utajonych jego zakątków. Zdarzyło nam się raz niechcący zobaczyć w akcji miejscowego ekshibicjonistę, przed którym kipiące gniewem matki demonstracyjnie chowały swe niesforne, zdziwione dzieciątka. Nie było ku temu żadnego powodu, gdyż chwiejący się biedak wywoływał raczej litość niż strach. Zresztą, który maluch zdołałby odszyfrować rytmiczne ruchy nieśmiałego, skomlącego i przeważnie nietrzeźwego garbusa, którego zachowanie różniło się od powszechnie uznanych wyczynów uśmiechniętych panienek na ostatnich stronach popularnych gazet jedynie tym, że jego trudy pozostawały bez wynagrodzenia? W końcu jacyś „prawdziwi faceci”, znudzeni maltretowaniem żon i dzieci, pobili go i przepędzili z miasta.
– Szkoda mi tego pana – powiedziała, usiłując przegonić natrętnego komara, nie zabijając. – Ogólnie… wszystkich szkoda, prawda?
Patrzyła na mnie tak, jakby od mojej odpowiedzi zależała słuszność jej słów.
– Prawda.
Spotykaliśmy się przez całe lato, szczególnie w skwarne w tamtym pamiętnym roku, prawie codziennie, aż pewnego popołudnia rodzice powiadomili mnie, że jakimś cudem wszystko się udało i zimą przeprowadzamy się do Stanów. Wtedy dopiero, zraniony tym obwieszczeniem niczym podstępną zatrutą klingą, rozpaczliwie zacząłem przypominać sobie te wszystkie urywki poważnych dorosłych rozmów, które niby słyszałem – pewnie, że słyszałem – idąc po rower, jedząc kolację, grając w piłkę, ale za nic nie potrafiłem (a może nie chciałem) połączyć „wujka Karola z New Jersey”, „ciekawej propozycji”, „świetnego stanowiska” i „wyjątkowej szansy” w jeden katastrofalny obrazek.
Moją pierwszą reakcją był oczywiście stanowczy i bezkompromisowy sprzeciw. Powiedziałem, że usiądę na kanapie i nigdzie się z niej nie ruszę, a rodzice niech robią, co chcą, mnie to nie obchodzi. Wiedziałem, że to niemożliwe. Wiedziałem, że będę musiał się poddać, bo nie miałbym ani gdzie, ani za co mieszkać – i w ogóle, co to za powód: dziewczyna z sąsiedztwa? Wiedziałem też, że z zewnątrz mój osobisty dramat ma wszystkie cechy komedii, skazany więc jestem na absolutną, kuloodporną samotność, której nikt nigdy nie zrozumie i nie podzieli.
Nie wiem, co było najgorsze: nasza pożegnalna randka czy gorączkowo-bezsenne czekanie na nią. Śmieszne to i smutne, ale nie da się uniknąć ostatniego spotkania. Co z tego, że nie urządzając żadnych oficjalnych pożegnań – uśmiechnięcie się i ściskanie dłoni – skoro mimo wszystko będzie to właśnie ta chwila, kiedy człowiek, który stał się częścią waszego życia, na zawsze je opuści? Później możecie nie wytrzymać i jeszcze się zdzwonić lub wręcz spotkać… Któreś z tych spotkań i tak będzie ostatnie.
Pamiętasz, jak poszliśmy na twój ulubiony pomost, gdzie dwa miesiące wcześniej tak uroczo tłumaczyłaś mi, że kiczowata może być pocztówka z zachodem słońca, ale nie sam zachód, bo Bóg na nikim się nie wzoruje? A pamiętasz, jak znaleźliśmy w wodzie małą plastikową skrzynię i robiliśmy jakieś głupie zakłady, próbując odgadnąć, co się znajduje w środku, a potem wyciągnęliśmy ją, otworzyliśmy – i okazało się, że jest pusta? Myślałem, że umrę, gdy spojrzałem na zegarek i zobaczyłem te cholerne cztery zera. Nadal nie wiem, jak i po co przeżyłem. Pocałowałaś mnie, a ja niezgrabnie wręczyłem tobie minipuzzle z ponurą małpką. Powiedziałaś, że jak zatęsknisz za mną tak strasznie, że straszniej już się nie da (tak powiedziałaś), to będziesz je układać i płakać, ale z radości. Pamiętasz?
Postanowiliśmy nie pisać do siebie i chyba dobrze zrobiliśmy, bo zabijać się trzeba z miejsca, a nie jak mucha w smole. Dlatego nie zamierzam opowiadać ci, co się ze mną działo w tym czasie (zabawne: mówię tak, jak gdyby minął tydzień). Tylko jedno muszę ci wyznać. Uspokajając i przekonując mnie do swojej niewątpliwej nadrzędnej racji, rodzice ciągle powtarzali ograny argument, iż przeżyję jeszcze mnóstwo małych i wielkich miłości – i powiem ci, że nie zaprzeczałem tym przykrym prawdom, wierzyłem w nie poniekąd, chociaż wcale mnie nie pocieszały.
Ale oto minęło czterdzieści lat, odkąd po raz ostatni spojrzałem w twoje smutne niebieskie oczy, na ciepłym drewnianym pomoście, pieszczonym przez leniwe wieczorne słońce – i nie spotkałem drugiej ciebie. Żaden inny uśmiech nie sprawił mi tyle przerażającej radości. Żadne spojrzenie nie przekuło mnie tak namiętnym, oczyszczającym bólem. Kobiety, w których miałem zaszczyt lub nieszczęście zagościć – zwyczajne i ekscentryczne, skromne i zarozumiałe, wierne i rozwiązłe – wywietrzały z mojej pamięci niczym dym hinduskich kadzidełek (gorzkawe preludium do tyleż męczących co bezskutecznych ćwiczeń z miłości tantrycznej). Zastanawiając się, cóż takiego miałaś w sobie, czego im brakowało, doszedłem do paradoksalnego wniosku. Nic. I właśnie to Nic ciągnęło i ciągnie mnie do siebie (czyli do ciebie) z całą elektryzującą mocą spóźnionej „eureki”. Byłaś po prostu tym, kim byłaś, i nie śmiałbym obarczyć twego magicznie nieprzejrzystego wnętrza zbędnym ciężarem jałowych przymiotników. Nawet ten smutek, który samowolnie wyczytywałem z twoich oczu, o niczym tak naprawdę nie świadczył, bo przecież rzadko się smuciłaś, aczkolwiek wesołą dziewczyną
również bym ciebie nie nazwał. Każdą kobietę, w której zakochiwałem się w ciągu tych czterdziestu lat, da się streścić w krótkiej zjadliwej recenzji. O mojej byłej żonie mógłbym napisać habilitację z zakresu zaburzeń narodowo-patriotycznych. O tobie umiem jedynie milczeć.
Wciąż mówi się, że aby wzbudzić czyjeś zainteresowanie, a tym bardziej żądzę, trzeba mieć w sobie niezdefiniowane (i mocno przereklamowane) „to coś”. Guzik prawda. Gdybym miał wyłonić jedną nadrzędną skazę, niezmiennie przygnębiającą mnie w tych wszystkich wymuszonych, poplątanych związkach, z małżeńskim włącznie, to posługując się pospolitą metaforą, musiałbym przyznać, iż największą udręką była dla mnie wcale nie próżnia wewnątrz naczynia, lecz wręcz przeciwnie – jego zawartość.
Przywodzi mi to na myśl słynną przypowieść, w której do starego Mistrza przychodzi młody uczeń i natychmiast zaczyna opowiadać mu o swoich spostrzeżeniach, osiągnięciach, wątpliwościach. Mistrz tymczasem wlewa gościowi herbatę do filiżanki, aż zostaje ona wypełniona, a następnie kontynuuje, przelewając napój na stół i podłogę. Błyskawiczne oburzenie ucznia spotyka się, jak na przypowieść przystało, z niewzruszoną, wyważoną puentą Mistrza: „Twój umysł jest jak ta filiżanka. Dopóki go nie opróżnisz, żadne moje słowo do ciebie nie dotrze”. Kobiety, które znałem (nikczemne zastępstwa ciebie, mój niezastąpiony oryginale!), były po brzegi pełne przeróżnych poglądów, planów, marzeń, czasami autentycznych, częściej – zapożyczonych od rodziców, znajomych, pisarzy, psychologów. I nieważne, jakie to były poglądy: słuszne czy fałszywe, głębokie czy banalne, pokrywające się czy sprzeczne z moimi. Zasmucał mnie sam fakt tego, że są, gdyż swą bezpłodną wichurą zanieczyszczały lśniącą powierzchnię niewysłowionej tajemnicy zwanej Duszą. I nie mówię tylko o kobietach, ale również o sobie. Zachęceni przez cały ten medialny cyrk dookoła, wszyscy pragniemy czymś zabłysnąć, pokazać, że jesteśmy, że coś sobą reprezentujemy. Dlaczego? Po co? Będąc obok ciebie, nie czułem się ani inteligentny, ani fajny, ani dobry. W ogóle nie czułem siebie, a jednak akurat wtedy żyłem naprawdę. Później już tylko istniałem.
Poradnikowy morał uczy nas, iż doceniamy szczęście wyłącznie w trybie retrospekcyjnym. Nie zgadzam się. Mnie to przynajmniej nie dotyczy. Byłem absolutnie i perfekcyjnie szczęśliwy na tamtym pomoście. Więcej ci powiem: podświadomie przeczuwałem, że szczęście to nigdy się nie powtórzy i jak widać, intuicja mnie nie zawiodła. Jakże mógłbym więc nie docenić tego deszczu błogosławieństwa, który spadł na mnie niczym nieproszona zbawienna prawda o życiu i śmierci? Zatem doceniać, na pewno doceniałem, tyle że nie rozumiałem w pełni sensu tego, co mnie spotkało. Teraz rozumiem. Dlatego też tak bujną, nieoswojoną tęsknotę wywołują we mnie te kruche poranne wspomnienia, pejzaże bez ramy, portrety bez twarzy – puste przestrzenie, które za wszelką, niekiedy zbyt wysoką cenę chce się wypełnić, dopóki nie stanie się jasne, iż nic nie zastąpi ich czystej, cudownej, wiecznej pustki.

 

Andriej Kotin