Fotografia

Stare, czarno-białe. Z takimi śmiesznymi, koronkowo wydzierganymi brzegami i ramką. Chyba z lat 50. Lekko zwinięte, pożółkłe.
Na zdjęciu dziewczyna. Ma może 15, może 16 lat. To prawdopodobnie lato, bo dziewczyna ubrana jest we wzorzystą sukienkę bez rękawów. Na sukience ni to kwiaty, ni to esy-floresy. Pomimo pozbawienia fotografii barw, łatwo się domyślić, że wzór jest intensywny, może czerwony?
Dziewczyna stoi wśród wysokich traw, sięgających jej niemal do bioder. Nie jestem pewna, czy to rzeczywiście trawa, czy zboże. Chociaż nie, kiedyś zdjęć nie robiło się w zbożu – to byłoby przecież głupie i niedorzeczne. Bo i po co?
Jest popołudnie. Światło pada pod kątem już niższym niż w połowie dnia – cień dziewczyny jest dłuższy. Ona sama stoi niemal tyłem do fotografa – widać jej prawy półprofil. Patrzy na coś, na kogoś? A może jest po prostu zamyślona i wzrok zatrzymał się gdzieś między bytem a niebytem, daleko od niej samej, a może w samym jej środku? Włosy spięte w ciasny kucyk, lekko skręcona szyja, poważna twarz. Nie widzi fotografa, nie wie, że uwięził ją w tej pozie na wieki. Możliwe, że po chwili się ocknęła i niezadowolona odeszła dalej, nie chcąc być znów złapana w stopklatkę. A może się ucieszyła, że i jej autor zdjęcia poświęcił chwilę, bo być może przyszli tu większą grupą, a ona była niemal niewidoczna i tak bardzo chciała, aby i ją zauważono…
Kto był fotografem? Ojciec? Nie… To ojcu zwykle robiono zdjęcia. Uwielbiał to i pozował z niemałą wprawą, dumny, wyprostowany, zawsze z tym irytującym samozadowoleniem na twarzy.
Starszy brat? Kto wie? Może przyjechał na kolejne wakacje i znów podrzucił dziewczynie bratanków pod opiekę. Nie mogła wyjść nad rzekę, na spacer, do koleżanek na dziewczyńskie wieczory. Wiecznie z tymi dzieciakami, całe lato… Uwiązana, nieszczęśliwa i samotna. Nie, to nie brat – on zawsze niemal natychmiast wyjeżdżał z powrotem do swojego domu. Z ulgą.
Matka dziewczyny nie lubiła spacerów. Była wciąż zmęczona, zniechęcona, wyobcowana. W ciągłej tęsknocie za życiem, które miało się jej przydarzyć, a trafiło się komuś innemu. Gdy już ją zmusili, szła zawsze z tyłu, zastanawiając się, czy ktokolwiek zauważy jej zniknięcie, gdy cichcem zawróci do domu. Tym bardziej nie była zainteresowana robieniem dokumentacji tych niechcianych wypraw.
A może wyjątkowo tego lata dziewczyna poszła na łąkę z rówieśnikami? Ktoś miał aparat, postanowili ten jeden dzień uwiecznić. Może zdjęcia robił
ktoś, na kim dziewczynie szczególnie zależało lub wręcz przeciwnie – to jemu zależało na niej, ale go nie dostrzegała…
Stoi wyprostowana, lewą ręką za plecami trzyma się za łokieć prawej. Jest tam tak wyraźnie i jednocześnie tak wyraźnie jest nieobecna. Zastanawia się czy już wie? Czy już widzi swoje przyszłe życie? Że poślubi człowieka, który nigdy nie obdarzy jej uczuciem. Że sama, chcąc wyrwać się spod tyranii ojca, własnym dzieciom zgotuje prywatne piekło, choć przecież nigdy tego nie chciała, kochając je na swój własny, pokręcony i niezrozumiały dla nich sposób. Że zostanie sama, ledwo skończy 40 lat,
a smutek i żal do całego świata zacznie ją powoli zabijać. Że bruzdy na twarzy będą coraz głębsze, nadając jej coraz smutniejszy i z każdym dniem bardziej surowy wyraz. Że odejdzie niepogodzona z tym, co wyszykował jej los…
Wie czy nie wie? A może właśnie marzy o wielkiej miłości, szczęśliwym domu… Ma przecież do tego prawo, tak samo jak ma prawo być naiwna i nieprzygotowana do bolesnej konfrontacji z życiem.
Znam tę dziewczynę. Choć poznałam ją dopiero wiele lat później, gdy z jej dziewczęcych marzeń zostały zgliszcza, po których z uporem chodziła, próbując odszukać choćby cień nadziei – gdzieś zatraconej, zmiażdżonej codziennością nie do zaakceptowania. Gdy już wyglądała zupełnie inaczej niż na tym zdjęciu. Poszarzała, zaniedbana, zmęczona kobieta.
Moja matka…


Aldona Reich