Pas Oriona

Jest mroźna lutowa noc. Śnieg ledwie przyprószył drzewa w parku. Cienką warstwę leżącą na trawnikach przecinają ślady ludzkich i ptasich stóp. Niczym nie skalaną biel ma tylko skute lodem jezioro. Ale jedynie dalej, bo blisko brzegu widoczne są smugi po ślizgających się dzieciach i miejsca wydeptane przez wędkarzy. Wieś śpi. Od czasu do czasu zaszczeka pies, ale niechętnie, bo mróz zabiera oddech i lepiej skulić się w budzie niż prowadzić towarzyskie pogawędki.
Centralne miejsce w pogrążonym we śnie parku zajmuje pałac. W blasku księżyca łatwo zauważyć jego jasną bryłę przykrytą dwuspadowym dachem. W oknach klatki schodowej widać światła. Poza tym wszędzie panuje ciemność. Ciemno jest też w małej sali znajdującej się w sześciobocznej pałacowej wieżyczce. Do każdego z boków przystawione jest metalowe łóżko i przyporządkowana mu szpitalna szafka. Wydaje się, że mieszkające tu dzieci śpią. Na jednym z łóżek, tuż przy drzwiach, leży dziewczynka. Ręce ma wyciągnięte wzdłuż boków. Głowa wsparta na wysokiej poduszce, oczy są szeroko otwarte i błyszczące. Z napięciem wpatruje się w nocne niebo, dobrze widoczne w dużych, pozbawionych firan i zasłon oknach. Wreszcie znajduje poszukiwany gwiazdozbiór i pogrąża się we wspomnieniach.
W sali rozlega się ciche popłakiwanie. Dziewczynka obraca głowę. To Stasia. Jest bardzo chora. Męczą ją straszne bóle głowy. Nawet po lekach mijają powoli. Czasem dziesięcioletnia Stasia płacze z tęsknoty za domem. Ewa podnosi się i podchodzi do łóżka koleżanki.
– Posuń się. Przytulę się do ciebie. Łatwiej zaśniesz.
– Nie. Idź po pielęgniarkę – prosi Stasia. – Boli. Nie mogę już wytrzymać.
Jakby na dowód tych słów ciałem chorego dziecka zaczynają wstrząsać torsje. Ewa schyla się i wyjmuje spod łóżka metalową miskę. Podstawia ją Stasi i szybko idzie do dyżurki. Najpierw przemierza dużą salę, w której stoi w dwóch rzędach kilkanaście łóżek. Potem musi przejść obok sypialni pełnej maluchów. Stamtąd też słychać pochlipywanie. Ewa zagląda do małych dzieci i widzi pielęgniarkę uspokajającą dwuletniego chłopczyka.
– Siostro, Stasia źle się czuje. Zwymiotowała.
– Już idę, tylko najpierw muszę zajść do zabiegowego.
– Ale ona zabrudziła piżamę.
– To pójdź do jej szafki na korytarzu i zobacz, czy ma jakąś czystą.
Ewa przemierza długie pałacowe korytarze. Drży z zimna i ze strachu. Wydaje jej się, że w tym obcym, chłodnym pałacu jest zupełnie sama. Żarówki świecą bardzo słabo, a boazerie na ścianach dodatkowo pochłaniają światło. W ciemnych wielkich oknach kolejno odbija się sylwetka jedenastoletniej dziewczynki w żółtej piżamie. Zielone oczy czujnie patrzą w każdy kąt, usiłując dostrzec, czy nie czai się w nim jakieś niebezpieczeństwo. Wreszcie dociera do miejsca, gdzie korytarz się rozszerza, tworząc niewielki hol. Stoją tu szafki, w których są rzeczy dzieci niemieszczące się w salach. Nikt ich nie zamyka na klucz, więc Ewa bez do każdej sztuki ubrania jest imię i nazwisko koleżanki, zamyka szafkę i szybko wraca do sali. W drodze powrotnej ogląda się co chwila. Wyobraźnia podsycana półmrokiem i pałacową architekturą tworzy straszne obrazy. W końcu dociera do pokoju w wieżyczce i z ulgą zamyka za sobą drzwi.
Prawie jednocześnie zjawia się pielęgniarka. Po cichu rozmawia ze Stasią, potem zapala światło i pomaga jej się przebrać. Z metalowego pudełka wyjmuje igłę, mocuje ją na strzykawce, później przebija cienkie wieczko pojemnika z lekarstwem, wciąga je do strzykawki, dodaje płyn ze szklanej ampułki i po przetarciu wacikiem, wbija igłę w pośladek chorej. Siedzi przy niej jeszcze chwilę, głaszcząc uspokajająco gęste, szorstkie włosy dziecka. Kiedy dostrzega, że lek zaczyna działać i Stasia zasypia, wstaje, zabiera metalowe pudełko i miskę, gasi światło i wychodzi. Pozostałe obudzone wcześniej dziewczynki również pogrążają się we śnie. Ewa też próbuje. Obraca się na bok twarzą do ściany i przymyka powieki. Ale sen nie przychodzi. Znowu kładzie się na plecach i szuka wzrokiem swoich gwiazd. To te same, które widać z okna sypialni znajdującej się tylko pięć kilometrów stąd. Wyobraża sobie swój uśpiony dom. Mamę i młodszego brata, dziewczynę do pomocy – Krysię i sukę Sabę na legowisku pod kuchennym piecem. Uśmiecha się, bo w wyobraźni widzi, jak Saba przez sen pomrukuje i leciutko rusza łapami, jakby biegła.
Jednak po chwili wpatrzone w gwiazdy oczy smutnieją. Ręce bezwiednie zaciskają się na pościeli. Ewa myśli o minionym dniu. Skończył się drugi miesiąc pobytu w sanatorium. Jutro poniedziałek, od nowa zastrzyki, pobieranie krwi, niemiła przełożona pielęgniarek, zmuszająca codziennie do jedzenia obrzydliwej słodkiej, pełnej kożuchów zupy mlecznej z ryżem i wmuszająca na obiedzie szpinak, choćby zbierało się na wymioty. Sobotnia zbiorowa kąpiel bez odrobiny intymności. Nie, wcale nie jest tak źle. Czasem jest całkiem miło. Rozmowy z Jagodą, śliczną przyjaciółką z dużej sali, objazdowe kino, spacery, zajęcia w świetlicy i dni, kiedy dyżur ma pani Gabrysia. Uczy piosenek, śpiewa kołysanki, rozmawia o tym, co kogo boli. Rozwesela, widząc smutną minę. Nie jest źle, ale nocą przychodzą do głowy te gorsze chwile. Wtedy szuka trzech gwiazd w Gwiazdozbiorze Oriona. Patrząc na nie, wyobraża sobie, że jest w domu. Ale dzisiaj to nie pomaga. Na wspomnienie minionego dnia za gardło łapie kurcz. Dzisiaj były odwiedziny. Nikt nie robi problemu, jeśli ktoś przyjedzie w zwykłą niedzielę, ale oficjalnie na odwiedziny jest wyznaczona jedna w miesiącu. Ewa ma już za sobą drugą taką niedzielę. Miesiąc temu pod koniec stycznia nie mogła się doczekać dnia wizyty. Przez trzy tygodnie nikt do niej nie przyjechał. Ale to się zdarzało też innym dzieciom. Szczególnie tym, które miały rodziców daleko. Po wcześniejszym niż zwykle obiedzie kolejno wszystkie dzieci były wołane do świetlicy na spotkanie z rodzicami. Ewa zrywała się za każdym razem, słysząc kroki wychowawczyni. Nikt do niej nie przyjechał.
Nie mogła w to uwierzyć.
Mija luty. Dziś były kolejne odwiedziny. Tak, jak miesiąc wcześniej, siedziała sama w pustej sali. Na kolanach trzymała książkę, ale przez godzinę nie przewróciła ani jednej kartki. Kiedy usłyszała, że otwierają się drzwi do dużej sali, serce drgnęło. Nie było wołania, tylko kroki wychowawczyni sprawdzającej pokoje. Zbliżały się do półotwartych drzwi salki w wieżyczce. Jeszcze chwila i zobaczy ją. Samą. Przesunęła się cicho w kąt łóżka. Po chwili kroki oddaliły się. Odetchnęła z ulgą.
Teraz Ewa leży, wpatrując się w trzy gwiazdy. Z kącików oczu ku poduszce płyną łzy.
– Jeszcze dwa tygodnie – myśli. – Niedługo będę w domu.
Wreszcie zmęczona obraca się na bok, otula kołdrą i zasypia.

* * *
Noc jeszcze się nie skończyła. Zaledwie kilka kilometrów od parku i stojącego w nim pałacu leży wieś. W mroźnym powietrzu intensywnie błyszczą gwiazdy. Wśród bezlistnych drzew i krzewów stoi dom z drewnianym gankiem. W kuchennym piecu wygasł już ogień. Ciepło jest tylko w dużej sypialni, gdzie słychać oddechy śpiącego chłopca i kilkunastoletniej dziewczyny. Niedaleko okna stoi duże podwójne małżeńskie łóżko. Jedna jego część jest zasłana. Nikt tam nie śpi. Na drugiej leży kobieta. Choć jest bardzo późno, ona położyła się dopiero przed chwilą. Na sen zostały jej tylko cztery godziny. Musi wstać wcześnie, wydoić krowę, wystawić mleko do mleczarni, napalić pod kuchenną płytą, zagotować wodę, sparzyć śrut w wiadrach i nakarmić nim świnie, pozbyć się lodu z kurzego garnka na wodę, nakarmić drób, obudzić Krysię, umyć się, ubrać porządnie i, mimo mrozu i lodu na drodze, wyruszyć rowerem do pracy w pobliskim miasteczku.
Chociaż jest strasznie zmęczona, nie może zasnąć. Całą minioną niedzielę, jedyny wolny od pracy zawodowej dzień, spędziła poza domem. Chciała odwiedzić Ewę, ale w tygodniu dostała pismo z internatu, gdzie mieszkał najstarszy syn, by obowiązkowo stawiła się na spotkanie z kierownikiem. Ta sprawa była ważniejsza, więc wstała o czwartej rano i poszła przez ciemną wieś, a potem drogą przez łąki na małą stacyjkę, skąd miała wyruszyć dalej. Przyszła na ostatnią chwilę, ale pociąg się spóźniał. Trzy ściany kolejowej wiaty słabo chroniły przed podmuchami lodowatego wiatru. Postawiła na betonowej podłodze torbę ciężką od przygotowanego dla syna jedzenia. Mimo ciepłego płaszcza mróz przenikał do szpiku kości. Palców u rąk i stóp prawie nie czuła, więc raz po raz poruszała nimi, by całkiem nie zesztywniały. Wreszcie daleko na wschodzie zobaczyła światła nadjeżdżającego pociągu. Po kilku minutach znalazła się w pustym wagonie.
Jadąc, rozmyślała o swoich starszych synach. Janek już drugi rok uczył się w odległej o prawie sto kilometrów szkole średniej z internatem. Niestety, często była wzywana z jego powodu. Wesoły i ruchliwy z natury, z trudem podporządkowywał się regulaminom. W dodatku uczył się tylko tego, co lubił – przedmiotów zawodowych. Inne nie interesowały go zupełnie. Z powodu różnych przewin i słabych ocen co rusz pozbawiano go stypendium. Dla matki, której zawsze brakowało pieniędzy, był to poważny problem. Dzisiaj zapewne jechała w podobnej sprawie. Kto wie, co znowu zbroił.
Marian też wybrał szkołę z internatem, ale położoną zupełnie gdzie indziej. Mimo że był tam dopiero pół roku, już pojawiły się problemy. Rozgniewany, nie umiał się opanować. Zadarł z chłopakami z miasta.
Wszystko byłoby inaczej, gdyby żył Wojtek. Chłopcom brakuje ojca – myślała wtulona w kąt przy oknie.
Pociąg zatrzymał się. Wysiadła. Za pół godziny miała przesiadkę. Zmieniając co chwilę rękę niosącą torbę, dotarła do budynku stacji. Usiadła na twardej drewnianej ławce w poczekalni. Ciepło i zmęczenie spowodowały, że zasnęła. Obudził ją głos z megafonu zapowiadający przyjazd pociągu. Zerwała się i wyszła szybko na peron. Zimny wiatr natychmiast zabrał całe nagromadzone ciepło. Aż się skuliła pod jego podmuchem. Parowóz już wtaczał się na stację. I w tym pociągu wagony były prawie puste. W niedzielę mało kto musiał jechać do pracy. Znowu usiadła przy oknie. Wpatrywała się w ciemność i dalej myślała o swoim życiu. Nigdy nie było lekkie. Miało jednak swój szczęśliwy rozdział. Piętnaście lat z Wojtkiem. To prawda, że były naznaczone ciężką pracą i strachem o jego chore serce, ale były też dzieci, radość wzajemnej bliskości i budowania wspólnego bytu. Niespełna trzy lata temu Wojtek umarł. Zdrzemnął się na chwilę po obiedzie i już się nie obudził. Została sama z dziećmi i z mnóstwem różnych kłopotów. Renta po mężu była tak mała, że musiała wrócić do pracy. A i to nie starczało. Od czasu do czasu sprzedała jajka, mleko albo wyhodowaną świnię. Ale jak chłopcy poszli do internatów, było jeszcze ciężej. Poza tym bardzo ich brakowało w małym gospodarstwie. Młodsze dzieci były zbyt małe, żeby zastąpić swych starszych braci w pracy na polu lub w obejściu.
Pociąg stanął. Było już jasno. Jeszcze tylko kilometr pieszo i była na miejscu. Tam rozmowa ze skruszonym Jankiem i z wychowawcą w internacie. Tym razem groźba usunięcia ze szkoły. Wybłagane darowanie winy. Krótkie sam na sam z synem i droga powrotna. Znowu pociąg, przesiadki i smutne myśli.
Był już wieczór, kiedy wróciła do domu. Szybko się przebrała i poszła zobaczyć, czy Krysia potrafiła zadbać o zwierzęta. Potem kolacja, rozmowa z Tomkiem i ułożenie go do snu. Później jeszcze długo ślęczała nad książkami i zeszytami, by przygotować się na jutro do pracy w szkole.
Teraz leży w łóżku i nie może zasnąć. W głowie natrętnie stukają koła pociągu. Z łóżka, gdzie śpi najmłodszy chłopiec, dobiega kaszel. – Znowu się przeziębił – martwi się kobieta. – Czemu on jest taki poważny? Przecież ma tylko sześć lat. Powinien się bawić, chodzić do kolegów, a on obserwuje ptaki, spaceruje z Sabą, ogląda książki o zwierzętach, pyta o las, o ojca… Znowu nie pojechałam do Ewy. Zawsze coś stoi na przeszkodzie. Całe szczęście, że choć ona ma ciepło, czysto i o nic nie musi się martwić.
Kobieta wpatruje się w gwiazdy za oknem. Na niebie wyraźnie widać Gwiazdozbiór Oriona – wielkiego łowcy, spiętego w talii trzema gwiazdami – Pasem Oriona. To Wojtek, zapalony myśliwy, powiedział jej, jak się nazywa. Może tak jak Orion wędruje ze swoim psem gdzieś daleko? Wciąga rękę ku pustemu posłaniu. Poduszka już dawno straciła jego zapach, ale wtula w nią twarz i zamyka oczy.
 
* * *
Mróz puścił. Marcowe słońce topi resztki śniegu. Betonową drogą przez las idzie Ewa z mamą. Niosą dużą torbę z rzeczami dziewczyny. Dwa kilometry do głównej trasy i przystanku autobusowego mijają szybko. Matka opowiada, co zdarzyło się w domu przez ponad dwa miesiące, kiedy nie było tam Ewy.
– A co u ciebie? Jak ci tam było?
– Dobrze. Poznałam dużo koleżanek. Z jedną wymieniłyśmy adresy i będziemy do siebie pisać.
– Tęskniłaś do domu?
– Trochę.
– Wiesz... Ja nie mogłam się wyrwać, żeby ciebie odwiedzić. Ciągle mam tyle pracy. Ale na pewno nie do wszystkich dzieci przyjeżdżali rodzice?
– Nie. Nie do wszystkich.
Na przystanku zatrzymuje się biało-niebieski autobus. Po chwili rusza. Wysiądą na kolejnym przystanku i pójdą do domu, niosąc razem ciężką torbę.

Zofia Mąkosa