Strona medalu

Chciałbym cię przeprosić. Gdybym nie był takim chciwym, głupim kutasem, to pewnie siedzielibyśmy sobie dzisiaj tutaj. Inaczej. Pilibyśmy wino. Słuchalibyśmy jazzu. Inaczej.
Ale, oczywiście, nie. Zwyciężyło to, co gorsze. Zwyciężyło to, co silniejsze. Więc zwyciężyło to, co gorsze, czyli miałkie, czyli powszechne, czyli żadne. Zwycięstwo, więc przegrana.
Śmierdzi smażoną rybą, przypaloną, smażoną rybą i starymi ziemniakami zanurzonymi w oleju. Tanie, sprane obrusy, zasłonki à la cepelia i sztuczne kwiaty w dzbanuszkach kontrastują z cenami high live. Dochodzi czternasta, więc pięćdziesiąt i dwieście wędzonego węgorza. Czterysta od Warszawy, dziesięć do wypłaty i cztery w Zakopanem jeszcze. Piętnaście rat do zera, siedem do czterdziestki, starsze siedem, młodsze dwa, ona pierwsza.
Dlaczego tutaj tak syfi rybą, skoro po dziewięć za sto? Obok siedzą Niemcy. Głośno. Nawet kiedy się nie odzywają i nie są obok. Więc pięćdziesiąt.
Gdybyś tu był, to byś się nieźle uśmiał.
Mój respirator leży przede mną. Co chwilę sprawdzam w nim baterię. I tak od sześciu lat. Teraz z większym lękiem niż wcześniej. Więcej wiem o świecie, więc bardziej mnie przeraża.
Gdybyś znał mój lęk przed tym przedmiotem.
– Przepraszam do cholery, nie wiem, czy pani zauważała, ale czekam na frytki jedenaście minut, a i tak przyniesie je pani albo bez keczupu, albo bez soli i to zimne. Czy ja, kurwa, może za dużo wymagam, płacąc po dziewięć za sto!? W Warszawie już byś... by pani nie pracowała.
Przepraszam – myślę, kiedy już odchodzi. Ludzie patrzą na mnie. Facet sześćdziesiąt – sześćdziesiąt pięć klaszcze i mówi: dobrze pan powiedziałeś! Młodzież dzisiaj, proszę pana, to taka, że szkoda gadać, chodzą te dziewuchy z gołymi tyłkami, że ręce opadają.
W tym wieku to już opadają – myślę. – Za twoich czasów nawet rodziły we włosiennicy – myślę.
– Chuj by to wszystko – mówię. Mój respirator...
Pamiętasz, kiedy dostałeś od Piotra karton książek z piwnicy po jego bracie, co wyjechał do Holandii? Cztery Zajdle, dwanaście Lemów, jeden Asimov, dwóch Strugackich, trzy Le Guinki, osiem Sheckleyów, łącznie dziewięćdziesiąt sześć książek. Była zazdrocha i grubo wśród kumpli. Ty miałeś swój respirator, który podtrzymuje przy życiu.
Nieźle byś się ubawił, widząc mój.
Leży przede mną na tandetnym obrusie. Matowy, czarny. Śmierdzi smażoną rybą, ale mu to nie przeszkadza. Nic mu nie przeszkadza i wszystko o mnie wie. Wszystko słyszy. Jest narzędziem mojej pracy. To jemu mówię, że kocham, przez niego i dla niego. I nie mam złudzeń, że jest inaczej. Nie mam nadziei. Jego dotykam, żeby porozmawiać z dziećmi, z biurem. Czytam w nim o sobie. I nie stać mnie na jego odłączenie. Kiedy jest przy mnie żyję, zarabiam, jestem. Rozmawiam z nim więcej niż z kimkolwiek innym. Moim respiratorem jest mój iPod. Jakub, kurwa, miałeś rację.
Deszcz się wzmaga. Właśnie teraz, czy co? W życiu z tej smażalni nie wyjdę. A ty gdzie jesteś? – Nieważne. Przyjdziesz, zawsze mnie znajdziesz. Wyciągniesz jak szkielet z tego zasranego węgorza. (Ryby mają szkielet? A może ości składają się na coś innego?).
Kto smaży tu to cholerstwo, ja pierdolę! Czy poza kilkoma warszawskimi restauracjami naprawdę w tym kraju nikt nie potrafi porządnie podać i doprawić ryby? To jest takie kurewsko skomplikowane jak drzewo genealogiczne Mody na sukces? Upierdolę sobie tylko koszulę i tyle będzie. Pizda wielka chodzisz w szelkach.
Przynajmniej tyle, że wódka klasa sama w sobie.
Padało. Kiedy wszystko było jeszcze możliwe, a tak zwany świat stał tak zwanym otworem, padało. Wiał silny wiatr ze wschodu – ze wschodu jak w Wyjściu z cienia. Ludzie chodzili ponumerowani jak w Całej prawdzie o planecie Ksi. Domy były szklane jak w Paradyzji. Świat wymagał i oczekiwał. Ode mnie. Świat czekał. Padał deszcz. Ty wiedziałeś, Jakub, że to błąd, że to ostatnie miejsce, gdzie warto wchodzić, nawet na chwilę, nawet po to, żeby schować się przed deszczem, wiatrem, mrozem. Czymkolwiek, kimkolwiek. Nie wchodzi się do biura poselskiego partii. Nie posłuchałem cię.
Najpierw w pierwszy dzień, po wejściu, normalna rozmowa, uprzejmi ludzie. Darmowa kawa z ekspresu wysokociśnieniowego, żadne zalewane wrzątkiem fusy. Perspektywa rozszerza się, widać właściwych ludzi na właściwych miejscach, nowe komputery, legalne oprogramowanie, perspektywa rozszerza się. Widać lepsze jutro, lepszy świat, pracę zespołową, szczęśliwych obywateli – jeszcze nie, jeszcze wtedy naprawdę, jeszcze na serio, kurwa poważnie – jeszcze z tego wszystkiego nie lałem, serio, serio – świat się układał.
Potem było darmowe ksero, darmowy internet, darmowa kawa z ekspresu wysokociśnieniowego, żadne zalewane wrzątkiem fusy, materiały z biura na uczelnię, pismo – jeden numer, drugi.
– Alicja, wiem, że miałem przyjść, ale z chłopakami z biura idziemy na taką imprezę integracyjną. Wiesz, kto tam będzie?
Nie słyszałem jej. Czegokolwiek by nie mówiła, cokolwiek mówiła, jakkolwiek i tak nie miało to najmniejszego znaczenia.
– Alicja, wiem, że miałem przyjść, ale z chłopakami z biura idziemy na taką imprezę integracyjną. Wiesz, kto tam będzie?
– Nie idź, kochanie, umarła mi matka, przejechał mnie tramwaj, zabiłam ojca.
– Alicja, wiem, że miałem przyjść, ale z chłopakami z biura idziemy na taką imprezę integracyjną. Wiesz, kto tam będzie?
– Ja cię kocham, ale nie masz dla mnie czasu, mieliśmy obejrzeć film, odkładasz to już czwarty raz.
– Alicja, wiem, że miałem przyjść, ale z chłopakami z biura idziemy na taką imprezę integracyjną. Wiesz, kto tam będzie?
– Ja odchodzę.
– Wiesz, kto tam będzie?
– Nie będzie mnie, kiedy wrócisz. Ale ty już nie wrócisz, prawda?
Popatrzyłem na jej cycki i nie dosłyszałem. Jedno zdanie, które miało zreferować ją całą, przyćmione zostało przez dwa potężne melony i muzykę w integrującym nas klubie. Tak zapoznałem się z moją obecną żoną Ireną, Jakub. Zdanie to brzmiało:
Kocham się śmiać i dobrze bawić.
Kocham się.
Kocham się.
Kocham się.
Śmiać i dobrze bawić.
Bawić. Bawić! Bawić!
Ba ba ba ba ba bawić, jaaaaaazzzzdaaaaaaaaa!!!
Elektro weszło w stan wyższej konieczności. Lasery rozstrzeliwały salę. Poniósł mnie polityczny melanż.
Irena Bogalewska była uroczą dziewczyną o długich, wówczas blond, włosach rozrzuconych na hotelowym łóżku, popsutej górnej szóstce i motywacyjnym usposobieniu objawiającym się dopingowaniem: Dalej! Tak! Dasz radę! Właśnie tak!
Jej motywujące skandowania idealnie pasować mogły jako hasła na dowolny plakat wyborczy.
Jan Kowalski – Dasz radę!
Jan Kowalski? – Właśnie tak!
Irena była dziewczyną, którą dzisiaj nazwałbym silnie umocowaną politycznie.
20 czerwca, między 14.00 a 14.48 rozegrała się najważniejsza rozmowa w moim życiu. Adam Bogalewski – wicedyrektor, poseł, gigant, brat Ireny. Na spotkanie wybrał jedną z najdroższych restauracji w Warszawie. Oczywiście po to, żebym nie wiedział, co i jak zamówić, oczywiście po to, żebym nie mógł uregulować swojego rachunku. Wydawał mi się wtedy szarmanckim, arystokratycznym politykiem nowej klasy i jakości. Dopiero później zrozumiałem, że to nie szarmanckość, a pogarda dla tych, którym się nie udało to, co jemu. Dopiero później zrozumiałem, jak bardzo miał na wszystko wyjebane.
– Wiesz, dlaczego cię tutaj zaprosiłem? – spytał, podtrzymując kciukiem podbródek.
– Domyślam się, że chciałeś porozmawiać – bardziej spytałem, niż stwierdziłem.
– Nie. Nie do końca. Chciałem ci kilka rzeczy uświadomić. Zaoszczędzić czas, energię. Pokazać skrót. Żeby niedomówień w przyszłości nie było – mówił w sposób wyrobiony, ze swadą, charyzmą, prawie naturalnym wdziękiem często towarzyszącym osobom, które na wiele stać.
– Okej...
– Żenisz się z moją siostrą, i dobrze robisz. I mądrze, i taktycznie, i wszystko okej. Jak coś zrobisz nie tak, wiesz, że cię nie ma, prawda?
Zmrużył oczy i wykrzywił usta jak w grymasie, półuśmiechu, półsprawdzająco, pół żartem, pół śmiertelnie serio, czy na pewno właściwie odczytuję jego intencję, czy dokładnie go rozumiem, czy wpasowuję się w sposób ścisły w program jego myślenia. To pół na pół było ważne jak sam skurwysyn, bo kiedy by robiło się 48 do 52, Bogalewski byłby już gotów wydłubać rozmówcy łyżką oczy, rzucić się do krtani, zagryźć, zdeptać, zemleć i wypluć.
– Dobrze – kontynuował. – Trzymasz się mnie blisko. Zawsze, kiedy ci powiem. Comprendo?
– Si – odpowiedziałem.
– Dobrze. Dzisiaj pójdziesz ze mną, spotkamy się ze Sznycalskim.
– Ale on jest z...
– Z Warszawy – poprawił mnie. – On jest z Warszawy, to jedyna rzecz, która nas interesuje. Jest z Warszawy jak my, prawda? Oglądasz champions league?
– Tak.
– Konkretny klub czy po prostu lubisz piłkę?
– Lubię Bayern, mój kumpel...
– A to już nieważne jest. Teraz i w ogóle. Polityka to kluby. Możesz sobie lubić barwy Bayernu, ale grasz w Milanie, rozumiesz? Chuj mnie, ciebie i innych obchodzi, że jest pasek zielony, niebieski, czy chuj wie co na koszulce. Myślisz, że Ronaldo, jak idzie na boisko, to zastanawia się, dla kogo gra i kiedy powstał jego klub? Surfuje sobie jak po markecie, wkłada do siaty sobie, ile wlezie, tyle że przy kasie to jemu płacą, a nie on. Grasz w pomocy.
– To znaczy?
– To znaczy, że pomagasz mi we wszystkim, co ci powiem, robisz, co ci powiem i tak też właśnie myślisz. Co myślisz?
– Ty mi powiedz.
– Właśnie. Obroniłeś się już?
– Tak. Tydzień temu.
– Za tydzień zaczynasz pracę.
– Gdzie?
– Nie gdzie, tylko za ile.
– Ile...?
– Średnia krajowa.
Co? Ja? – pomyślałem. Zatkało mnie.
– To jest...
– To jest początek.
– Co będę robił?
– Już ci powiedziałem. Masz słuchać.
– Okej, ale ja mam pomysły. Chociażby...
– Dobrze. Dobrze. Dlatego tu jesteś. Miałeś dobre pomysły, jesteś kreatywny, więc się do mnie dostałeś. Ale teraz będziesz miał inne pomysły.
– Chciałbym jednak mieć wpływ...
– Kurwa, to sobie kup kajak! Czepek, wiosła i spływ Dunajcem do Szczawnicy! Wprowadzam cię, bo jesteś narzeczonym mojej siostry i masz szansę coś osiągnąć w życiu. Żyjemy w feudalnej Polsce, więc nie pierdol mi tu o jakichś swoich fochach i pierdach! Jesteś jebanym Billem Gatesem? Jeśli jesteś prawdziwym geniuszem, to nas nie potrzebujesz, mnie nie potrzebujesz, bo sobie poradzisz sam. Nawet w Polsce. Ale ty... Ty jesteś tylko zdolny. Niestety, po prostu tylko zwyczajnie zdolny. I bez nas nie osiągniesz nic. Nieważne, czy bez nas z Milanu, czy bez nas z Bayernu. Tylko zdolny możesz wypierdalać do Norwegii czy innej Holandii na zmywak i jak bociek na zimę wracać, żeby kupować coraz droższe leki dla starzejących się rodziców. Comprende amigo?
– Comprende.
– Bądź zdolny, punktualny, uczciwy. I nie bądź za zdolny. Nie próbuj ciągnąć za sobą peletonu. Nigdy.
– Zdolny, punktualny, uczciwy. Okej. Uczciwy. Znaczy lojalny.
– Mówiłem, że jesteś zdolny. Rozumiesz?
Tak. Rozumiem. Mam dwadzieścia cztery lata. Zaczynam proces transformacji. Przemieniam się w motyla, mistrzu Machiavelli – pomyślałem. Wydawało mi się, że wygrałem los na loterii.
– Ja swoje zdanie to mam bynajmniej. Normalnie żal mi cię! Jakaś żenada, kurwa, to jest! Żenua jakieś, człowieku!
Jakub, ty to słyszysz? Jeden kurwiszon, omyłkowo przez kulturalnych ludzi nazywany kobietą, drze się na facecika, który coś tam skacze sobie do niej w sandałkach ze skarpetkami i wąsikiem pod tytułem Polska B. I wiesz co, Jakub? Ty byś tego nie zrobił. Z całym tym swoim Zajdlem, Lemem i Le Guinką, co to opisują światy nieistniejące, ty byś ten ich obrazek schował w sobie.
Co jak co, ale wódkę mają tu zacną. Zmrożona, a słodka jak ogień.
Ty byś nic nie powiedział, Jakub. Introwertycznie zawłaszczyłbyś obraz tej parki i być może zamieszkałaby ona na Planecie zła w twojej głowie, ale co z tego? Albo zobacz – idzie taka Matka Powieszonych i zbiera po parę złotych. Może byś ją wsparł dobrym słowem i co jej to da? A ja? A ja kurwa mogę. Bo ja, kurwa, jestem.
– Ale może ja zasługuję na coś więcej od życia? Może ja mam jakieś aspiracje – kontynuował kurwiszon omyłkowo przez kulturalnych ludzi nazywany kobietą. Wywaliła ręce na boki i wachluje nimi jak pojebana. Kurwa, człowiek-nietoperz w centrum Zakopca poluje na smażoną rybę, czy jak? Zawsze mi się trafi jakiś przebój, jak mam tylko chwilę dla siebie.
Patrz, Jakub, no patrz, jak to się robi po rządowemu.
– Może pani zamknąć japę? Jak słyszę żal, żenua, żenada i inne żet z kropką, to już wiem, że mam do czynienia... – no i mi się czknęło...
– No z kim? – zapytał poirytowany facio w krótkich spodenkach, sandałkach, skarpetkach, spocony – na oko w dziewięćdziesięciu procentach.
– No z kim? – zgodnie jak od dnia ślubu, którego nie było, zawtórował kurwiszon omyłkowo przez kulturalnych ludzi nazywany kobietą.
Wstałem, podszedłem do nich, stanąłem między nimi i oboje, po przyjacielsku, bratersko uścisnąłem.
– Z wyborcami! – powiedziałem z możliwie największą empatią, na jaką było mnie stać.
Zbaranieli.
– To znaczy? – zapytał wąsik.
– Znaczy – odpowiedziałem z namaszczeniem. – Nawet nie wiedzą państwo jak wiele. Złapałem koszulkę wąsika i poprawiłem na nim. Była przesiąknięta potem.
– Squisitamente – powiedziałem. – Znakomicie.
No i co, Jakub? Zdziwko, co nie?
– Gdyby chciała pani aspiracje rozwijać w Warszawie – tu jest moja wizytówka. Jestem radnym. Pomogę. Radny, radny, lecz zaradny.
– Nic tak nie umacnia przyjaźni jak małe prezenty i drobne przysługi – jak mawia jeden z moich licznych przyjaciół – dodałem i uśmiechnąłem się.
Podziękowali, poszli.
Trzeba zmieniać świat. Kochać ludzi.
O, rozchmurza się. No i pozytywnie... Pozytywnie...
A co, jeśli do rady nadzorczej wezmą Klawika? Irena będzie wściekła.
– Obiecałeś, obiecałeś mi, że zabierzesz mnie na Majorkę. Od ślubu tam nie byłam, a i tak za podróż poślubną płacił mój tata! Nie będę latać do Tunezji jak jakaś sekretarka! Sorry, kolego. Miałeś być zastępcą dyrektora – i co? Wszędzie, w całej Polsce zastępcami zostają ludzie z nadania, a ty? Politolog! Klawik jest po historii i jest w ambasadzie portugalskiej! Wierzba z kolei...
– Kurwa... Będzie afera jak smok, jeśli wezmą Klawika.
Frytki zimne, no i jasne, bez keczupu. Ja pierdolę, co za kraj.
Może by se tak, łowce pasać? Chodzić w tym śmiesznym kapelusiku góralskim z tymi takimi lampasami, syr robić? Co, Jakub, śmieszne, nie? Śmieszne.
Trochę to wszystko... pojebane.
Najbardziej smutne jest to, że wczoraj... wczoraj świat był duży. Oni mogli go zmienić.
– Poproszę jeszcze jedno piwo – powiedziałem do przechodzącej obok kelnerki.
– Jasne czy ciemne?
– Bez znaczenia – odpowiedziałem.
– To jakie pan woli?
– Łamane. Jest pani naprawdę góralką czy to tylko strój?
– Tak, góralką. Mamy jasne lub ciemne.
– Jak się to nazywa? – wskazałem na coś takiego przyczepionego przy gorsecie.
– Kaletki – odparła. – Na jakie piwo się pan zdecydował?
– Nie mam zdania.
– Gdyby się pan zdecydował...
– Ja już się na nic nie zdecyduję.
Uśmiechnęła się uprzejmie, wymijająco. Była w pracy. Już musi iść. I pójdzie. Za dwie, cztery, sześć godzin pójdzie do domu i ściągnie kaletki. Założy jeansy. Albo i nie.
I nie będzie już w pracy. Będzie góralką. Albo i nie.
Wczoraj świat był duży. Oni mogli go zmienić. Do nich można było się zwrócić. Oni mogli odtrącić lub przytulić.
Dzisiaj oni to my.
Świat jest mały. To Heniu. To Zbyszek. Heniu nie jest panem doktorem, jest chujem. Zbyszek nie jest ambasadorem, jest tym, który wyrżnął wszystkich swoich politycznych kolegów.
Wszystkie światy Lema, Ursuli Le Guin, Zajdla i Sheckley’a skurczyły się.
Zwiadowca, astronauta przemierzający samotnie kosmos, z misją niedokończoną na...
– Jakub, do cholery! – Irena wpadła do smażalni i pokonała slalomem stoliki z prędkością strusia pędziwiatra. – To ja z dzieciakami cię szukam, a ty tu siedzisz sobie w najlepsze i wódeczkę popijasz.
– Mogłaś zadzwonić.
– Nie mogłam, zasięgu tutaj nie mam.
– Mówiłem ci, żebyś operatora nie zmieniała.
– Jakub, ty już lepiej nic nie mów, dobrze? Wyglądasz, jakbyś ze stypy wrócił. Umarł ci kto?
– Tak. Albo i nie.
– Znowu jesteś napruty, jeszcze szesnastej nie ma.
– Chyba mogę kiedyś odpocząć, co?
– Chciałabym już być w domu – kawa z ekspresu wysokociśnieniowego, żadne zalewane wrzątkiem fusy.


Strona medalu Przemysława Grzesińskiego to ostatnie opowiadanie z cyklu zatytułowanego Brama, w którego skład weszło osiem utworów. Każdy z nich może być odczytany odrębnie jako samodzielny tekst, jednak dopiero lektura całości ukazuje prawdziwe intencje autora. Brama jest bowiem rodzajem obrachunku pokolenia urodzonego w latach 80. z przeszłością i teraźniejszością. Kreowany przez autora bohater to wnuk pokolenia Kolumbów, o których Tadeusz Różewicz mówił jako o „ocalonych”, „prowadzonych na rzeź”, „krzyczących w nocy”. To pokrewieństwo dotyczy nie tylko świadomego wykorzystania motywów i obrazów z pierwszego powojennego tomiku poety Niepokój (otwiera go wiersz Róża), ale jest przede wszystkim podjęciem próby wypowiedzi w imieniu generacji młodych spustoszonych wewnętrznie przez swoje czasy. Okazuje się bowiem, że nie tylko koszmar wojny może stać się przyczyną zachwiania wszelkich wartości, lecz pozornie bezpieczny dla nich czas pokoju. Zdawać by się mogło, że pokolenie, które czas wojennej Apokalipsy zna jedynie z podręczników historii, nie powinno mieć trudności w odróżnianiu prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści – bowiem powtórne oddzielenie światła od ciemności zostało już dokonane, przywrócone. Co zatem się stało, że transmisja spuścizny wartości i dorobku kulturowego została zachwiana? Jaki popełniono błąd, że młode pokolenie nie chce, nie może, czy nie potrafi ich przyjąć?
Autor Bramy nie daje odpowiedzi na te pytania. Głos jego bohaterów to głos tych młodych, których oskarża się o sprzeniewierzanie się odwiecznym prawom, o nieznajomość historii i tradycji, młodych nastawionych konsumpcyjnie do świata, wyzutych z wszelkich zasad, nieodczuwających żadnych więzi z minionym, dla nich już archaicznym i niezrozumiałym czasem. I zarazem to głos tych „ocalonych” z pożogi upadku wartości, którzy jednak nie potrafią odnaleźć swojego miejsca wśród rówieśników wyznających z rozbrajającą szczerością: „Mam dwadzieścia cztery lata i… jestem, jaki jestem”.

Przemysław Grzesiński