Małe prozy

Vermeer
Wszystko lub prawie wszystko (muszę zrobić to zastrzeżenie), co chciałbym powiedzieć o życiu, dokładniej – o ludzkiej pracy i powadze egzystencji, wyraża obraz Nalewająca mleko (1660), o którym słusznie Szymborska napisała, co napisała. Przenikająca to dzieło holenderskiego malarza tkliwość i namacalność życia nie ma sobie równej nigdzie indziej. Nie będę tu prawił eseju, nie chcę się ważyć na jakiekolwiek wymądrzanie. Inni są od tego i do tego. Ale zamilczcie, zamilczmy na chwilę, zatrzymajcie się, przyjrzyjcie się tej postaci – prostej dziewczynie, temu pomieszczeniu, w którym uwieczniona przez Vermeera, właśnie z taką uwagą i spokojem przelewa mleko z kamionkowego dzbanka do kamionkowej misy.

Krowa

Różne mnie spotykały i ciągle spotykają doświadczenia. Jeszcze spotykają. Więc żyję. Myśli, zachwyty, nagrody chwili, mgnienia doznań, których tylko ja jestem udziałowcem. Dotykają mnie również rzeczy, na szczęście rzadko, dość przykre. Ale coraz lżej je znoszę, już potrafię nawet z uśmiechem sobie z nimi radzić. Oczywiście, każde pochlebne słowo, np. o wierszu, sprawia mi przyjemność. Jakiemu twórcy by nie sprawiało. Mam taki wiersz, który lubię wśród swoich wierszy, pt. Krowa. Nie mówi on o złu świata, jego tajemnicach, imponderabiliach, ludzkiej moralności lub przemijaniu, nie jest efekciarski pod względem metaforyki czy też porównań, poza tym jest dość krótki. Chodzi w nim tylko o krowę. Tę, którą latem, jesienią w dzieciństwie pasałem na trawiastych rowach wśród jaromierskich, szerokich pól. Słuchając skowronka i świerszcza. Smakując miękkie ziarno w kłosach. Przed wieczorem każdego dnia wracałem z krową przez wieś do domu. Bose stopy zanurzały się po kostki w piasku, dość często chłodnym. I przy niej snułem rozmaite chłopięce tęsknoty i marzenia. Dużo ich było. Kiedyś, dość niedawno, jakby mimowolnie napisałem o niej ten wiersz. Spodobał się on Jackowi, Kazikowi, Januszowi, Kasi, Halince, Mietkowi. Wiem to od nich. Może i komuś jeszcze. Cieszy mnie taka wrażliwość, odczytanie i przyznanie racji temu wszystkiemu, co już bardzo zamierzchłe.

Pisanie

Męka pisania. Czy ma być tylko na doraźny użytek czynioną obserwacją, obrazem emocji, zapisem, uogólnieniem bieżących doświadczeń, czy też szeroką, uniwersalną wizją? Mądrością, osądem czasu, apelem. Może buntem? W moim przekonaniu najlepiej, gdyby mogło być tym wszystkim po trochu. Wielką odpowiedzialnością. Czy to dzisiaj możliwe, to już inne zagadnienie. Rytm epoki zdaje się dopuszczać tylko cząstkową rejestrację pędzących zdarzeń. Czasami nasuwa się myśl, że pisanie jest, może nawet powinno być, mimo bieżących odniesień, budowaniem czegoś w rodzaju domu, kształtem coraz pełniejszym, bogatszym, wyposażonym we wszystkie rzeczy, sprawy człowieka i natury, doświadczenia, marzenia, by człowiek mógł w ich przywołaniu odnaleźć siebie, rozpoznać swój oddech, swoją codzienność. I mieć poczucie, że nie został zostawiony samemu sobie, gdy obecnie niemal wszystko, cała machina rzeczywistości, sprzymierza się przeciw niemu.

Poezja
Nigdzie nie wychodzę. Nie jadę dokądkolwiek. Bo dokąd i po co. Piję herbatę. Patrzę na ściany. Już zrobiło się wiosennie, trochę więc zgrabiam liście wokół domu i cały czas myślę o poezji. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Gdzie jest ukryta poezja? Cały dzień to za mało, by na to odpowiedzieć.

Ale
Pomyśl, że to wszystko bajka. Piękne wyobrażenia o tym, co niby ma szansę. Jeszcze jakieś myśli i sprawy w miarę łagodne. Chleb, woda, lekarstwa. Jednak coraz więcej miejsc na świecie, to już tylko piekło i przekleństwo. Coraz bliżej.

Szpitalna wiadomość
Doszła szpitalna wiadomość, że młody jeszcze (sporo młodszy ode mnie) M.Z. po kilku tygodniach pobytu w klinice hematologii w Poznaniu został przywieziony do szpitala w Zielonej Górze. Mocno wychudł. To jego ostatni etap. Jednoosobowy szpitalny pokój. Hemoglobina dramatycznie spada. Nie da rady już nikt mu pomóc. Na progu wiosny jednym przychodzi obumarcie, a innym nowe życie. Odchodzącemu mocno uderzy z tego powodu dzwon.

Spotkanie w wiejskiej świetlicy
Wieczorem poszedłem do świetlicy w Zawadzie na spotkanie z niejakim W.J., sławnym człowiekiem z Jasła, który opowiedział całe swoje życie. Przynajmniej określoną jego wersję na użytek spotkania. Oczywiście zawsze przedstawiamy jakąś wersję swojego życia. Tę najbardziej wygodną. Ale on starał się niczego nie ukrywać, szczerze odsłaniał swoje wczesne odejście od Boga, pustkę duchową, bunt młodzieńczy, który przekształcił się w straszne uzależnienie od narkotyków. Korespondowało to spotkanie poniekąd z rozpoczynającym się okresem Postu. Publiki było nawet dużo. Opowiedział jak to przez 20 lat codziennie ćpał, brał, co tylko się dało, jak na tę złą drogę sprowadzał innych, jakiego zła się dopuszczał, bezeceństw, złodziejstw, ilu młodych z jego powodu już nie żyje. Ile matek płakało. Mówiło mu się dobrze. Dokonywał czegoś w rodzaju samoobnażenia wedle zasady i mniemania, że im szczerzej i wręcz detalicznie, i więcej ekshibicjonizmu, tym lepiej. Nie widział niczego niestosownego, by wywlekać całą ohydę podmiotowego brudu i deprawacji. Niby przezwyciężoną, ale jednak miałem wrażenie, że chwilami przed publiką jakby delektował się swoim życiorysem, swoim oratorstwem, rubasznością i rutyną, i chyba czuł nawet satysfakcję z tego, że tyle ma strasznych rzeczy do powiedzenia, których nikt nawet nie potrafi sobie wyobrazić. Widać było, że koniecznie chce na słuchaczach wywrzeć wrażenie. Oczywiście, dotknął dna, piekła narkotykowego głodu, pustki, ciemności, rozszarpywania duszy, lęku, nędzy życia, zimna, cierpienia, samotności, bólu ciała, bezgranicznego upodlenia. Człowieczej rozpaczy. Granicy życia. Nie kłamał. To na pewno. Ale, gdy o tym mówił, nie widać było w nim ani wstydu, ani jakiegoś rodzaju poczucia winy czy wyrzutów sumienia, a raczej pobłażanie. I jeszcze ta rubaszność w wyglądzie. Wszystko to razem zgrzytało. To było roztaczanie wizji człowieka upadłego, stojącego nad przepaścią, cuchnącego śmiecia, kpiącego z religii, z Kościoła, z księży, którego nagle, jednym aktem cudownej łaski, z brudu i prochu, i wszelkiej możliwej nędzy, za sprawą jednego przysłowiowego pstryknięcia podnosi z dna do nowego życia sam Bóg. Tylko Bóg. Zwycięzca i Wybawca. Dokonuje cudu uzdrowienia i uwalnia go od wszelkiego niepokoju, i pozwala się oczyścić, i wyzwolić z grzechu. O tym wszystkim traktuje też książka, która spotkaniu towarzyszyła. Towarzystwo, któremu przewodniczyli dwaj kapłani, przyjmowało każde jego słowo z nabożną powagą, jak natchnione, jedynie prawdziwe i co tam jeszcze. A ja, muszę przyznać, czułem się nie za bardzo. Nie podobała mi się taka demonstracja osiągniętego jakoby szczęścia. Gdyby miał obowiązywać taki model dochodzenia do prawdy i dobra, to byłoby fatalnie. Więc raczej drażniła mnie ta łatwość demonstracji. W.J. udało się stać kimś innym, wejść w inną skórę, i teraz tyle mu wystarcza, więc w kółko to opowiada. Cała jego manifestacja, niemal jak show jakiegoś guru, wyglądała w moich oczach wielce dwuznacznie. I aż kusiła do uproszczonych interpretacji. A przecież zdarzyło się coś niezwykle skomplikowanego i dyskretnego. Wielka wina i jej odpuszczenie. Wędruje teraz W.J. po parafiach, zapraszany, wieziony, kwaterowany, karmiony, w każdej opowiada to samo, wręcz bez zająknienia, mówi, niektórzy mają łzy w oczach, daje świadectwo ku przestrodze w różnych środowiskach, z dokładnością do jednego słowa i przecinka, jakby to była jego wyznaczona mu przez Opatrzność rola. Kiedyś podobną rolę pełnił w środowisku niewidomych Michał Kaziów. Do tamtej i do tej historii nie sposób podejść obojętnie. Na pewno. Chce się zadawać pytania. Nawet wiele. Dałem więc różnym swoim zastrzeżeniom wyraz. Nie dlatego, żeby sugerować, iż ta historia jest zmyślona lub nieistotna, nie miałbym prawa. Każde zbliżenie do metafizyki uzmysławia powagę zagadnień. Ale ewidentnie brakowało mi w tych wyznaniach wyraźnego śladu pokory lub wyznaczenia sobie jakiejś pokuty czy pragnienia zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy. Powinno być powiedziane coś więcej, jeśli było to coś więcej. A może wszystkiego się nie da. Więc niesłuszne są te moje zastrzeżenia. Kiedy wstałem i mówiłem o swoich wątpliwościach, to wywołałem niemal zgorszenie. Zaczęły tu i ówdzie podnosić się niechętne mi głosy ledwo skrywanego oburzenia. Jeden z kapłanów wyraźnie srożył twarz, co zdradzały czynione gesty i mimika. Psułem mu swoimi pytaniami i wątpliwościami scenariusz tego spotkania. A następnego dnia przypadkowo spotkana pani R.J, skądinąd miła osoba z Zawady, wręcz przypuściła na mnie atak. I tyle z tej dramatycznej opowieści wynikło. A co wynikło naprawdę, tego nie wie nikt. Tylko jeden Bóg.

Sen
Gdy zasypiałem, nocne niebo było czyste, pogodne. Wielki Wóz na północnej stronie, a na południowej mocno świecił księżyc. W nocy śniły mi się wysokie, dorodne, zielone pędy młodych pomidorów. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że już takie wyrosły o tej porze, pod koniec lutego.

Wczoraj niespodzianka
Wczoraj, po kilku dniach powszedniego upadania, moje życie trochę się podniosło. Do południa jeszcze było fatalnie. Obawiałem się, że nie stać mnie na uczestniczenie w święcie lokalnej literatury. Dopiero około południa cokolwiek moje samopoczucie uległo polepszeniu. Jechałem jednak do Biblioteki żeby jechać. Raczej bez przekonania. Nie czułem większych chęci, by tam być obecnym, bo nie potrafiłem tego uzasadnić. Jeszcze zadzwonił Mietek i wysłuchałem z aprobatą jego słusznego zdania o nagradzaniu książek. Po drodze na domiar złego spotkało mnie przejście z policyjnym patrolem, co dodatkowo wpłynęło na moje ja. Groźba dużego mandatu wisiała w powietrzu. Ale jakimś cudem wymigałem się, a raczej policjanci odstąpili od ukarania mnie. Druga odsłona tego małego cudu spotkała mnie w Bibliotece Norwida. Kiedy już wręczono Fedorowiczowi nagrodę za jego prozę, omówioną przez Sergiusza Sternę-Wachowiaka, a nominowanym – po egzemplarzu dyplomu, byłem pewien, że rozdawnictwo zostało zakończone. Nagle doszło moich uszu, że organizacja Rotary International postanowiła mi przyznać nagrodę specjalną. Wezwany do jej odbioru wstałem z krzesła nieco zdezorientowany i w pierwszej chwili nie potrafiłem spomiędzy rzędów wyruszyć w kierunku sceny, jakoś tak czułem, że to może nieprawda. Niespodzianka była jednak faktem. Jej pokrzepiające przesłanie wynikało z załączonej do dyplomu koperty, z której zawartością zapoznałem się dopiero w domu. I wypiłem kieliszek wódki. Suma tysiąca złotych nie robiła oszałamiającego wrażenia, lecz wspierała mnie, gdyż czekały od tygodnia na biurku różne rachunki do uregulowania. A tu pieniądze spadły z nieba. Poranne niechęci i sceptycyzm uległy więc przewartościowaniu. Więc to prawda, póki dzień, póki życie, nie można przewidzieć, co nas spotka. Ale czy to przyzwoite otwarcie przyznawać się, że taki wpływ na moje samopoczucie miało kilka banknotów?

Zrobiło się po Czwartku
Zrobiło się jakoś tak cicho, jakoś pusto, z nikim, do nikogo, już bez nastroju, bez telefonowania, bez dopytywania, dzielenia się, komentowania. Byli, poszli sobie. Zniknęły Jolki, Kasie, Janusze, Władki. Nikt nie uśmiecha się. Kwiaty jakby ich nie było. Poezja brzmiała i nie brzmi. Mroki nie rozjaśniły się. Cóż po święcie słowa, jedynym w roku święcie w tym mieście, po nagrodach, niespodziankach, uścisku rąk miejscowej władzy, po błyskach fotograficznych aparatów, po wypitym winie, wypalonych cienkich papierosach. W gazecie tekst na pół paznokcia, mały, maleńki, maksymalnie maciupeńki, drobna tylko notka, lichota wciśnięta na sam dół, bez jednego zdjęcia, by jak najmniej zmieścić i nie dać się zauważyć. Nawet ćwierć zdania od siebie. Zacząłem wstydzić się za Gienka, że on to swoim (kurz) bez zastrzeżeń podpisał. I że tak chciał. Jak najmniej.

Wieczorem śmierć domowego zwierzątka
Paulina wróciła z pracy późnym wieczorem. Najpierw zapaliła światło w altanie, potem w przedpokoju, a następnie w swoim pokoju. Nagle wybiegła na korytarz i ciszę domu wręcz rozdarł jej głośny szloch przechodzący w rozpaczliwy krzyk. Dlaczego królik nie żyje? – powtarzała raz za razem. Trzęsła się, drżała, nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Poderwałem się z krzesła i zaraz przytuliłem do siebie moją córkę, by jej w tym szokującym przeżyciu pomóc. Królik leżał w klatce martwy, wyciągnięty na sianku, dotknąłem go, zdawał się być jeszcze trochę ciepły. To tylko zwierzątko, próbowałem tłumaczyć. Paulina regularnie karmiła króliczka, czyściła klatkę co kilka dni, wypuszczała na pokój, by sobie pobiegał, ja dokładałem wiązki siana. Zrobiło się nam smutno. Był wieczór. No cóż. Starałem się ostateczność tego momentu maksymalnie, jak potrafiłem, racjonalizować. Nie miałem wyjścia. No bo co można uczynić, gdy śmierć już jest faktem.

Czesław Sobkowiak