Uśmiech projektanta, czyli nieupoważnionym wstęp wzbroniony

Czasem przestroga bywa największą zachętą. Wszak zamierzam zdradzić najgłębsze tajemnice mojego rzemiosła (tyleż zamierzchłego, co fascynującego), więc żywię szczerą nadzieję, że mnie nie zrozumiecie. Ale należy zachować ostrożność. Mówią, iż dobry labirynt powinien być męką dla gości, zaś ulgą dla architekta, nieprawdaż? Ja natomiast z każdym kolejnym zdaniem boję się, czy nie powiedziałem za dużo, i coś czuję, że pod koniec pęknę niczym Bóg Nietzschego, któremu patetyczny ponurak zarzucał zgubną miłość do ludzi. A przecież prawdziwy projektant niezmiennie zachowuje zimną krew, z obojętnym uśmiechem spoglądając na zniewolonych więźniów swej nieubłagalnej fantazji. Tak, właśnie taki chcę być.
Dobry tatuś, czule i ostrożnie prowadzący niewinne dzieciątko przez ciemny las iluzji, pełen okrutnych pokus i niebezpiecznych pułapek? Przykro mi, ale pomyliliście adresy.
Jeżeli zaś szukacie taniej mitologii, plastikowych objawień i pozytywnego myślenia, to muszę sprostować jedną rzecz. Owszem, nie widzę architektury ani żadnej innej sztuki bez szczypty mistycyzmu. Ale należy zachować ostrożność. Muszę być poniekąd bezwzględny, również wobec samego siebie. A zatem żegnaj, mistyko!
Choć z drugiej strony nie chcę, by mój labirynt stał się zbyt przejrzysty i przytulny niczym domek letniskowy pod ostrzałem demaskujących słonecznych strzykawek. Sęk jednak w tym, że słońce zarówno wskazuje drogę, jak i oślepia. „Zbliżamy się do końca, jak Ikar do słońca”, zrymowała kiedyś, walcząc z nierównym oddechem, pewna londyńska szamanka, którą dane mi było rozdziewiczyć. Dlatego zalecałbym rozpocząć lekturę od ostatniego zdania, a później czytać wstecz, wspinając się ku zbawiennym szczytom błogosławionej wieloznaczności. Ale należy zachować ostrożność. Czasem zachęta bywa największą przestrogą.

Andriej Kotin