Nasz Disneyland

Od kilku miesięcy znów był bez pracy. Dni zlewały mu się w jedną, ciągłą i szarą egzystencję, a ciało przejawiało dziwną niemoc do robienia czegokolwiek. Zamknięty w przestrzeni swojego małego mieszkania powoli pogrążał się w apatii. Wychodził rzadko, tylko wtedy, gdy brakowało mu papierosów lub gdy miał ochotę na ruskie pierogi w przydworcowym barze mlecznym. Wszystkie twarze ludzi napotkanych podczas tych krótkich spacerów potwierdzały jego przekonanie o beznadziejności i bezsensie życia. Ich smutne spojrzenia, bezbarwne ubrania i ciche szepty odbierał jednoznacznie. Nawet na twarzy urzędniczki w miejscowym urzędzie pracy, do którego zgłaszał się co miesiąc w celu pobrania zasiłku, widział szybko zbliżający się koniec tej ziemskiej udręki.
Kolejnego dnia, akurat w momencie, gdy zamierzał uciąć sobie drzemkę na swojej wąskiej, czerwonej kanapie, ktoś natarczywie zaczął dzwonić do drzwi. Nie miał ochoty otwierać i widzieć nikogo, więc ociągał się ze wstaniem w nadziei, że intruz da sobie w końcu spokój. Dzwonek stawał się, wbrew przewidywaniom, coraz bardziej agresywny. Poirytowany naciągnął więc na siebie stary, leżący na krześle podkoszulek i stanął przy drzwiach. Gdy otworzył, przywitał go dobrze znany śmiech, należący do jednego z kumpli.
– Cześć, Krzysiu! Wpuścisz mnie do środka? – zapytał gość, wciąż się śmiejąc.
– No… cześć Rafał… – powiedział cicho. – Wchodź i rozgość się – wymamrotał wreszcie po zbyt długiej chwili, otwierając szeroko drzwi i przepuszczając kolegę.
Rafał, szczupły i niski facet, wręcz tryskał energią i humorem. Wszedł do jedynego pokoju w mieszkaniu, rozejrzał się po nim i usiadł na obwieszonym ubraniami krześle.
– Nieźle się urządziłeś – stwierdził.
– Nie bądź śmieszny! Nic wielkiego ta kawalerka, ale zawsze to własny kąt – opowiadał Krzysztof, siedząc na kanapie. – Nie starcza mi teraz nawet na opłaty…
– U mnie też nie najlepiej. Kilka miesięcy już nie mieszkam w domu – stwierdził Rafał z grymasem na twarzy.
– A gdzie nocujesz? – zapytał zdziwiony gospodarz, wyjmując tanie papierosy.
Rafał poczęstował się i zaciągnął mocno przed odpowiedzią.
– A wiesz… tu i tam… Z roboty też mnie zwolnili – wymamrotał na koniec.
Krzysztof zamilkł i spojrzał przez balkonowe okno. Na dworze powoli zapadał zmrok. Po chwili zaklął siarczyście i głośno.
Wstał i poszedł do kuchni nastawić czajnik na herbatę. Gdy wrócił do pokoju, Rafał poprawił się na niewygodnym krześle. Uśmiechnął się i zaczął mówić.
– Nie jest tak do końca źle. Spotkałem ostatnio kumpla i zaproponował mi robotę na Ukrainie. Do końca nie wiem, co to będzie, ale płaci dobrze. Razem z delegacjami będzie nawet kilka tysięcy miesięcznie.
– Kilka tysięcy? – zdziwił się Krzysztof.
– No, wyliczyłem około siedmiu do ośmiu tysięcy. Popracuję kilka miesięcy i wrócę. Będę mógł już spokojnie żyć. Wynajmę sobie mieszkanie lub chociaż pokój i będę szukał pracy na miejscu – z przejęciem mówił Rafał.
Usłyszeli gwizd czajnika. Krzysztof wstał i pokręcił z niedowierzaniem głową. Wyszedł do kuchni, by zaparzyć herbatę. Po chwili wrócił i postawił gorący napój na stole. –
Jeśli będzie tak, jak mówisz, to jest to niezła oferta. Będziesz miał szansę trochę odżyć – stwierdził, trzymając szklankę w dłoni i dmuchając na gorącą herbatę. – Choć suma wydaje mi się trochę kosmiczna.
– Nie wierzysz? Nawet nie wiesz, ile zarabiają niektórzy ludzie – odparł zirytowany Rafał i wyjął z paczki kolejnego papierosa.
Widząc złość na twarzy kolegi, Krzysztof zmienił temat. Pijąc ze smakiem herbatę, opowiadał o filmie, który kilka dni temu oglądał po północy w telewizji. Był trochę zaskoczony, bo poczuł, że ta niezapowiedziana wizyta rozluźniła go trochę i dodała odrobiny energii. Przez chwilę poczuł nawet, że jest w stanie coś ze sobą zrobić: poszukać pracy, spotkać się na kawie z ładną koleżanką lub po prostu pospacerować bez celu po parku.
Po dwóch godzinach wizyty, wypiciu dwóch herbat i wypaleniu połowy paczki papierosów, kolega nadal siedział na tym samym krześle. Przestał jednak już mówić. Zaczął z pasją przełączać pilotem kanały telewizyjne.
– Nie wiedziałem, że lubisz seriale – stwierdził Krzysztof zdegustowany i leniwie rozłożył się na kanapie, obserwując kontem oka niezapowiedzianego gościa.
– Czasami lubię je oglądać – odpowiedział z uśmiechem Rafał.
Długie minuty spędzili w milczeniu, wpatrując się w ekran i śledząc bujne fabuły polskich seriali. Znużony gospodarz przymknął oczy, przytulił się do poduszki i w końcu zasnął.

Wczesnym rankiem obudziło go mocne pukanie do drzwi. Kolejny raz ktoś z premedytacją próbował zakłócić jego spokój i niemoc wykonywania monotonnych, codziennych czynności. Lekko przebudzony stwierdził, że tym razem nie ustąpi. Złapał leżący nieopodal łóżka kapeć i rzucił nim w kierunku drzwi.
– Wynocha! – krzyknął i przewrócił się na drugi bok.
Po chwili pukanie ustało. Na klatce schodowej ktoś obrzucił go cicho wyzwiskami.
Nie zamierzał dzisiaj szybko wstawać. Będzie spał i śnił o lepszych czasach, lepszych chwilach i lepszych ludziach. O rzeczach, które ostatnio pojawiały się tylko w marzeniach.

Następne dni i tygodnie po zaskakującej wizycie nie skłoniły go do żadnych pozytywnych działań. Chwilowy przypływ energii już dawno ustąpił miejsca zagnieżdżającej się w jego umyśle niechęci do życia. Większość czasu spał, w przerwach przyrządzając posiłki i bezmyślnie gapiąc się w telewizor. Jedynym wydarzeniem w tym czasie była wiadomość od administracji budynku, w którym mieszkał, o kolejnym niezapłaconym czynszu za mieszkanie. Przyjął ją obojętnie i powrócił do swoich „zajęć”.

Było szare, deszczowe popołudnie. Szedł powoli chodnikiem. Z głową schowaną pod kapturem omijał powstające kałuże. Dzisiaj musiał stawić czoło swojej słabości. Otrząsnąć się i poprosić rodziców o finansowe wsparcie. Wiedział, że nie będzie łatwo, ale musiał to zrobić, jeśli nadal chciał utrzymać swoją kawalerkę – jedyne miejsce, gdzie czuł się dobrze. Jego własny azyl.
Właśnie przechodził obok osiedlowego sklepu, przy którym kręciła się grupka żuli pijąca tanie wina. Postanowił wejść i coś kupić. Starczyło mu tylko na małą bombonierkę w kształcie serca i butelkę coli. Gdy wychodził, jeden z meneli odłączył się od reszty i podszedł do niego.
– Cześć przyjacielu, kup mi coś do picia – powiedział zachrypniętym głosem, łapiąc go za ramię.
– Właśnie wydałem wszystkie pieniądze, nic nie mam – odparł Krzysztof, trzymając zakupy w ręce.
Niski człowiek, o czerwonej twarzy i przekrwionych oczach zachwiał się i zamyślił.
– Przyjacielu, jeśli chcesz, to dołącz do nas – odparł po chwili, wskazując ręką grupę stłoczoną pod prowizorycznym daszkiem.
– Nie, dzięki. Spieszę się – odparł rozbawiony i ruszył w stronę pobliskich bloków.
Mieszkanie pachniało gotowaną kapustą, której aromat roznosił się po każdym zakamarku trzypokojowego mieszkania. Matka, jak zawsze, krzątała się po ciasnej kuchni, przygotowując jedzenie, a ojciec siedział w fotelu i oglądał dyskutujących w telewizji polityków. Rodzice domyślali się intencji tej wizyty, ale zachowywali spokój, czekając na jego ruch. Zanim przejdę do konkretów – pomyślał Krzysztof – zjem najpierw obiad.
Po pochłonięciu ciepłej zupy i wielkiego schabowego z kapustą odsunął się od stołu i podziękował. Dawno nie nasycił się tak dobrym jedzeniem. Matka spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Podała mu szklankę letniego kompotu.
Wypił i zaczął mówić o swojej sytuacji. O tym, że nie czuje się dobrze, ale walczy wciąż sam ze sobą. Że wkrótce zamierza znaleźć pracę, aby w końcu odbić się od dna i nadal mieszkać w swoim mieszkaniu. Potrzebował tylko trochę pieniędzy na najpilniejsze potrzeby.
Rodzice słuchali go w milczeniu i kiwali ze zrozumieniem głowami. Już wiedział, że po raz kolejny nie odmówią mu pomocy.
Gdy po godzinie wizyty nakładał buty w przedpokoju, ojciec wcisnął mu zwitek banknotów do ręki. Matka pojawiła się chwilę później z zawiniętym na wynos jedzeniem. –
Synku, zajdź do tego sklepu, o którym ci mówiłam, może tam będzie praca – powiedziała z troską w głosie, podając mu siatkę.
Pocałował ją na pożegnanie, uścisnął ojca i wyszedł.

Trzy dni później odebrał telefon. Dzwonili w sprawie pracy. Po wizycie u rodziców wysłał swój życiorys do sklepu, o którym mówiła matka. Nie sądził, że cokolwiek z tego będzie, ale zrobił to dla spokoju własnego sumienia. Teraz umawiał się z kobietą o miłym, spokojnym głosie na rozmowę kwalifikacyjną. Miał się stawić jutro w samo południe. To jest nowina, którą należy uczcić – pomyślał, kończąc połączenie. Cały pozostały dzień spędził, pijąc zimne piwo i oglądając telewizję.

Czysta koszula i ciasno zawiązany krawat drażniły jego, przyzwyczajone do luźniejszego ubioru, ciało. Kroczył korytarzem wyłożonym szarą wykładziną w kierunku biura, które wskazała mu drobna blondynka przy wejściu. Przyszedł dwadzieścia minut wcześniej, żeby się rozejrzeć i nie spóźnić na tak ważne spotkanie. Przed biurem nie było nikogo, więc zapukał delikatnie do drzwi i wszedł. Młoda, wysoka brunetka w uniformie nieokreślonego koloru przywitała go z uśmiechem i wskazała krzesło.
– Proszę usiąść – powiedziała i przewróciła na biurku kilka kartek. – Złożył pan do nas swoją ofertę. Dlaczego chciałby pan u nas pracować? – zaczęła standartowo, poprawiając jedną ręką swoje srebrne okulary.
Krzysztof zaczął odpowiadać i poczuł, jak czysta koszula przykleja się do jego ciała. Znał te pytania. Słyszał je wielokrotnie na podobnych rozmowach, ale nigdy nie czuł się dobrze, odpowiadając na nie.
– Co pan wniesie do naszej firmy? – zahuczało mu kolejne pytanie.
Jego umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Przypomniał sobie kilka artykułów o rozmowach kwalifikacyjnych, które przeczytał w internecie. Powoli odpowiadał na pytania, starając się nie przesadzać z superlatywami na swój temat. Kobieta nadal uśmiechała się i sprawiała wrażenie osoby zadowolonej z osiągniętych rezultatów.
– A jakie ma pan cele na przyszłość? – zapytała, pochylając głowę do przodu, w jego stronę.
Zamilkł na chwilę. Nie spodziewał się tak osobistego pytania na rozmowie o pracę w sklepie. Odwrócił wzrok od jej twarzy i spojrzał na obraz wiszący na ścianie.
– Chciałbym założyć rodzinę i godnie żyć – odpowiedział w końcu.
Po chwili grzecznie mu podziękowała.
– Proszę poczekać kilka minut na zewnątrz, poproszę pana – powiedziała.
Wyszedł na korytarz z ulgą. Koszula i spodnie przykleiły się do jego ciała, a czoło zdobiły spływające kropelki potu. Wytarł się jednorazową chusteczką i usiadł na krześle. Czuł, że poszło mu dobrze. Odpowiedział zadowalająco na wszystkie pytania i pomyślał, że powinien dostać tę pracę. Oczywiście, jeśli dopisze mu jeszcze odrobina szczęścia i spodoba się wymagającej brunetce.
Wpatrywał się w kanty swoich wyjściowych, materiałowych spodni, gdy zza uchylonych drzwi ukazała się sylwetka przepytującej go niedawno kobiety.
– Zapraszam pana ponownie – powiedziała.
Usiadł wygodnie na krześle, poprawił krawat i spokojnie czekał na decyzję.
– Po analizie pana danych i rozmowie chętnie przyjmę pana do naszej firmy – oznajmiła spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
Na twarzy Krzysztofa pojawił się uśmiech. Ile czasu musiał czekać na takie zdanie. Myślał, że już nigdy nie nadejdzie taka chwila.
Kobieta jednak nagle spoważniała, przechodząc do sedna rozmowy.
– Mogę zaproponować panu pensję w wysokości dziewięciuset złotych brutto, plus premia – oznajmiła stanowczo.
– Dziewięćset złotych? – wyrwało mu się głośno z zaskoczenia.
– Tak – potwierdziła. – Przyjmuje pan takie warunki?
Przez chwilę nie odpowiadał. Siedział osłupiały i zdezorientowany.
– Tak, przyjmuję – wymamrotał w końcu.

Wychodził z budynku ze spuszczoną głową. Najchętniej narzuciłby na głowę kaptur, żeby odizolować się od otaczającego go świata, ale miał na sobie eleganckie ciuchy. Nie chciał patrzeć na nikogo, nie chciał widzieć tych szyderczych uśmiechów na twarzach mijających go przechodniów. Jego marzenia o pracy spełniły się, ale kwota miesięcznej pensji zupełnie zwaliła z nóg. To było zaledwie podwójne wynagrodzenie bezrobotnego. Jak myśleć o założeniu rodziny z taką kwotą w kieszeni?!
Wyjął z paczki papierosa i zapalił. Na niebie pojawiła się mała, czarna chmura i powoli zaczął kropić deszcz. Po kilku minutach marszu znalazł się przed witryną klubu hazardowego. Wiedział, że często przychodził tam Rafał. Postanowił wejść do środka.
Atmosfera klubu była przesiąknięta zapachem tytoniu i alkoholu. Przy automatycznej ruletce siedziało dwóch starszych mężczyzn i zniszczona kobieta. Wszyscy palili papierosy i sączyli piwo z puszki. Wśród stojących przy ścianie jednorękich bandytów stał skupiony Rafał. Jedną ręką trzymał puszkę, a drugą z impetem wciskał przyciski pokera. Podszedł do niego i przywitał się.
– Cześć! Jak leci?
Rafał przestał na moment wciskać przyciski i zmierzył wzrokiem odświętnie ubranego Krzysztofa.
– Może być – rzucił bez uśmiechu.
– Myślałem, że jesteś na Ukrainie – ciągnął dalej Krzysztof.
– Coś ty. Nic z tego nie wyszło – usłyszał w odpowiedzi. – Wywieźli nas na miesiąc do pobliskiej wiochy i zapłacili pięć stów. – Masz pożyczyć piątkę?
– Nie mam, ale mogę poczęstować cię papierosem.
– Tak, zapalmy. Co innego nam pozostało… – stwierdził Rafał, odrywając się od gry.

Marcin Radwański