Gniazdo sikorek(fragment wspomnień)


Aresztowanie ojca

17 września 1939 r. sowiecka armia wkroczyła na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej.
Dla Romka to dzień wyjątkowy, dzień jego urodzin. Z tej okazji matka zrobiła duży tort z rysunkiem czekoladowego misia, napisem i pięcioma płonącymi świeczkami. Powiedziano mu, żeby je zdmuchnął, ale płomyki tak ślicznie migotały, że na prośbę solenizanta, zdjęto świeczki dopiero, jak zupełnie wypaliły się. W tym dniu bracia ani razu nie nazwali go mazgajem ani skarżypytą. Bolek zamiast pocałować dotknął swoim policzkiem policzka brata i głośno cmoknął w powietrze. Janek ścisnął tak mocno, że Romek zakrztusił się kęsem urodzinowego tortu. Rodzice nie żałowali czułych uścisków i pocałunków.
W czasie jedzenia tortu i picia herbaty tato wniósł zapakowany w srebrny papier trzykołowy rowerek z siodełkiem ze skóry i prawdziwym dzwonkiem. Najpierw jeździli po pokoju starsi bracia, wyrywając sobie pojazd. Władek musiał interweniować, gdy chłopcy zaczęli włazić jeden na drugiego i usiłowali razem dosiąść rowerka. Romek długo nie spał. Jeździł dookoła stołu. Gdy się zmęczył, hałasował dzwonkiem, głaskał połyskującą ramę i kierownicę zakończoną czerwonymi gumkami. Tego wieczoru w oknach gajówki długo nie gasło światło.
Następnego dnia, przed obiadem, przyszło dwóch mężczyzn w cywilu. Jeden wysoki z prostokątnym wąsikiem pod nosem. Drugi niski, szczupły z podkręconą grzywką.
Rozmawiali po rosyjsku. Gdy dowiedzieli się, że gospodarz ma przyjść na obiad, usiedli przed domem na ławce. Gospodyni nalała im do kubków herbatę i otworzyła słoik z konfiturami.
Rozalia, przeczuwając najgorsze, przywołała psa i rozkazała.
– Szukaj dzieci!
Azor zrozumiał komendę. Szybko ruszył we wskazanym kierunku. Przemknął obok siedzących mężczyzn. Zdziwieni zachowaniem psa, odwrócili za nim głowy. Gdy pies zniknął w zaroślach, dalej łyżkami jedli konfitury, siorbiąc, popijali gorącą herbatą. Rozalia kontynuowała przygotowanie obiadu. Romek z bezpiecznej odległości obserwował nieznajomych. Blondyn zawołał cienkim głosem:
– No i co, szkrabie? – Chłopiec zaczął się wycofywać. – Nie bój się, chodź tu! – Romek zrobił kilka kroków tyłem. Potknął się, upadł. Mężczyźni śmiali się, dzwonili łyżkami o dno słoika, wygrzebywali resztki konfitur. Nie zauważyli, jak podniósł się z ziemi i zniknął między pryzmami podkładów kolejowych. Romek postanowił sam poczekać na tatę. Siadł na leżącym pniu odartym z kory. Podparł brodę o podciągnięte kolana. Patrzył na drogę. Po niebie przesuwały się chmury. Zasłoniły słońce. Gdy poprawiła się widoczność, zobaczył tatę, który szedł obok roweru. Zeskoczył z pnia i pobiegł mu naprzeciw. Objął ojca za szyję. Władysław posadził go na ramę i usiadł na siodło. Wjechali na podwórze.
Mężczyźni wstali. Kubki odstawili na ławkę. Wąsacz pokazał ojcu jakiś dokument.
Blondyn obmacał go od karku do stóp. Wyjął z kieszeni Władka portfel z dokumentami i podał koledze.
Weszli do domu. Wąsacz stanął przy drzwiach. Blondyn został przed domem. Chłopiec, pokonując strach, minął mężczyznę w progu, wszedł do środka. Ojciec jadł obiad przy stole. Matka pakowała do brezentowej torby bieliznę, ubranie, ręczniki oraz osobno do chlebaka jedzenie. Władek jedną ręką trzymał widelec, drugą tulił do siebie stojącego obok syna. Matka postawiła na stole przygotowane do zabrania rzeczy. Siadła obok męża. Mówili przyciszonym głosem. Do pokoju wszedł mężczyzna z grzywką. Nie zważając na niedojedzony obiad, zapiszczał:
– No, grażdanin, pojechali!
Rozalia szlochała. Władek pocieszał ją. Wyszedł z domu dopiero, gdy usłyszał przez otwarte drzwi warkot samochodu. Pod ganek podjechał gazik. Za kierownicą siedział młody kierowca w mundurze, a obok niego, również w mundurze, oficer NKWD. Nagle funkcjonariusze przebiegli na drugą stronę samochodu. Jednocześnie sięgnęli do kabur po broń. Zza rogu domu wyszedł duży, czarny pies, a za nim zziajani starsi synowie gajowego. Azor podszedł do gospodarza, usiadł przed nim z uniesioną do góry głową. Aresztowany, zanim wsiadł do samochodu, wziął Romka na ręce. Tulił Janka i Bolka. Przygarnął mokrą od łez twarz Rozalii. Przytuleni stali przez jakiś czas w milczeniu. Mężczyzna z grzywką podszedł do stojącej grupy. Położył dłoń na ramieniu gajowego. Gdy usłyszał ciche warknięcie psa, zdjął rękę z ramienia i cofnął się o krok. –
No, chwatit! – powiedział. Władek postawił Romka. Uściskał po kolei synów i żonę. Podszedł do siedzącego Azora, ujął dłońmi jego głowę, potarmosił za uszami. Wycofując się w kierunku samochodu, popatrzył na żonę, która trzymała najmłodszego na ręku, starszych chłopców wolnym ramieniem tuliła do boku. Gdy Władysław wsiadł do samochodu, wąsacz schował do kabury pistolet i usiadł obok aresztowanego. Z drugiej strony Władysława usiadł funkcjonariusz z grzywką. Warknął silnik. Z rury wydechowej wydobyły się kłęby dymu. Ruszyli. Zanim wyjechali na drogę, matka z synami pobiegła do zwalonego drzewa. Władek odwrócił się w ich kierunku. Machał ręką do czasu, aż samochód zniknął w tumanie kurzu.
Gdy kurz opadł, zobaczyli pustą jak otchłań drogę.

Niespodziewane odwiedziny

Rozalia miała nadzieję, że aresztowanie Władysława to jakieś nieporozumienie, które lada dzień wyjaśni się. Mąż wróci i wszystko będzie jak dawniej. Ale czas mijał, a Władek nie wracał. W nocy nie spała, modliła się, płakała. W dzień przed dziećmi starała się być pogodną, wesołą, uśmiechniętą. Organizowała jak zwykle wspólne zabawy z synami. Przejęła obowiązki w gospodarstwie po mężu. Ślady po nieprzespanych nocach tuszowała.
– Władek wszystko przewidział – mówiła do siebie, przypudrowując przed lustrem zaczerwienioną twarz. – Nakupił kosmetyków, narąbał tyle drewna na opał, że nie spalę tego do wiosny. Zlikwidował konto bankowe i zostawił wyjęte z banku wszystkie oszczędności. Zachowywał się przed aresztowaniem jak jasnowidz! Czy on wiedział, co ma się wydarzyć? I nic mi nie powiedział! – Przybliżyła twarz do swego odbicia. – Co ty wygadujesz i do kogo? Sama do siebie mówisz?
Nagle ktoś delikatnie zapukał w szybę. Kobieta ostrożnie podeszła do okna. W świetle księżyca zobaczyła mężczyznę w cywilnym ubraniu. W jednym ręku trzymał wojskowy plecak, drugą dawał jakieś znaki. Rozpoznała go. To znajomy męża z Sarn. Wpuściła go do środka. Był brudny i zarośnięty. Podała mu miednicę z wodą, mydło, ręcznik. Zabrała się do podgrzewania jedzenia.
Gość umył się, usiadł przy stole, gdzie czekała na niego miska gorących pierogów. Mówił, nie zważając na ściekający po brodzie tłuszcz z bekonowej zasmażki.
– Połowę pracowników leśnych aresztowano – nie przerywał jedzenia. – Ja i kilku moich kolegów z Nadleśnictwa postanowiliśmy ukrywać się. Stało się to jednak coraz trudniejsze. Enkawudziści, wspomagani przez miejscowych ochotników, Ukraińców, Rosjan, Żydów, a nawet Polaków jak psy myśliwskie, przeszukują wsie, tereny leśne. Po zlokalizowaniu kryjówek, wywlekają złapanych i wywożą.
– Tutejsi pomagają? – zdenerwowała się Rozalia. – Wierzyć się nie chce!
– Przykre, ale prawdziwe. Władka aresztowano jeszcze we wrześniu. Czy coś się pani dowiedziała o nim?
– Od kogo miałam się dowiedzieć?
– Radzę pojechać do Sarn, dam adres, tam pani pomogą. Przy okazji przekaże im pani wiadomość dla mojej żony. Muszę wyjść przed świtem. Czy pozwoli pani, że zetnę brodę i ogolę się?
– Bardzo proszę. Przyniosę męża przybory do golenia i nożyczki.
Niespodziewany gość ogolił się, podziękował, zarzucił na ramię plecak załadowany żywnością i zniknął w gęstwinie lasu.

Kuzyneczka Kasia

Następnego dnia Rozalia przygotowała paczkę. Dzieci zostawiła pod opieką córce cioci Kamili z Budek Snowidowickich, siedemnastoletniej Kasi Jakubowskiej, szczuplutkiej, ślicznej panience.
Starsi chłopcy, korzystając z nieobecności mamy, postanowili urozmaicić pobyt młodziutkiej opiekunce. Wprowadzali w czyn, ich zdaniem, znakomite pomysły. Na początek zamknęli ją w lochu, gdy zanosiła mleko z rannego udoju. W porze obiadowej schowali się na strychu. Nie reagowali, gdy wołała na obiad.
Tego, co spotkało Kasieńkę po kolacji, nikt nie mógł przewidzieć. Janek znaleziony w szufladzie flakon francuskich perfum, prezent mamy od ojca na kolejną rocznicę ślubu, wylał na głowy braci. Bolek pomadką do ust narysował na dużym lustrze podobiznę kuzynki. Podobną jak dwie krople wody. Sportretowana nie doceniła jego talentu. Zdenerwowana chwyciła stojącą pod piecem miotłę i natarła na zaskoczonych chłopaków. Odparli atak. Instynktownie chwycili za brzozowe witki i pociągnęli z całej siły. Kasia zachwiała się, upadła na ławę, na której stała niecka z zakwaszonym ciastem na chleb. Drewniane naczynie rozpadło się na dwie części. Półpłynna masa rozlała się po podłodze. Zanim dziewczyna zdołała się pozbierać, winowajcy wyskoczyli przez otwarte okno i nie wrócili do powrotu mamy.
Gdy zrobiło się szaro na dworze, Kasia postanowiła szukać chłopców.
Romek bał się wyjść na podwórko, ale bał się też zostać sam w domu. Wlazł na piec i beczał do powrotu Rozalii. Ucichł dopiero, gdy znalazł się w bezpiecznym uścisku mamy. Z minami niewiniątek zjawili się starsi synowie.
Rozalia w Sarnach nie znalazła męża. Powiedziano jej, że był, ale został przewieziony do innego więzienia. Nic więcej nie chcieli powiedzieć. Gdy zaproponowała im za wiadomość paczkę, radzili spróbować w Równem.
Zapakowała nową paczkę i postanowiła następnego dnia jechać rannym pociągiem.

Smażone ziarna słonecznika

Katarzyna za żadne skarby nie chciała zostać z chłopakami. Przytuliła Rozalię i powiedziała:
– Ciociu, przepraszam, ale ja naprawdę nie mogę sobie z nimi poradzić.
– To ja cię, Kasiu, przepraszam za wszystkie przykrości, które cię spotkały.
Rano o brzasku wyszły razem na stację kolejową. Tu pożegnały się. Każda pojechała w swoją stronę. Informacja była dobra. Rozalia odnalazła więzienie, w którym siedział mąż. Przyjęli paczkę, ale nie zgodzili się na widzenie. Nie pomogły łzy i błagania. By się pozbyć natrętnej Polki, postraszyli:
– Wynoś się, bo następnym razem nie przyjmiemy paczki.
Poskutkowało.
Wracając do domu, zastanawiała się, co tym razem chłopcy nabroili. Była mile zaskoczona. W domu panował idealny porządek. Napiekli placków ziemniaczanych.
Zjadła je, mimo że były mocno przyprawione i przypalone.
Następną paczkę zrobiła jeszcze większą, bogatszą. Włożyła do środka smażone na patelni duże ziarna słonecznika. Dziś paczkę przyjęli, ale na widzenie nie zezwolili, bo:
– Politycznym więźniom widzenia nie przysługują. Naczelnik więzienia może w wyjątkowych okolicznościach zezwolić na jednorazowe widzenie. Teraz naczelnika nie ma, wyjechał i nie wiadomo, czy wróci – usłyszała wyjaśnienie jednego ze strażników.
Mimo niepewności postanowiła czekać. Wpuszczono ją do pomieszczenia obok wartowni. Usiadła na brzegu drewnianej ławki przy oknie wychodzącym za mury więzienia. Na przeciwległej ścianie, tuż pod sufitem, wisiał portret wąsatego wodza, oprawiony w ramkę pod szkłem. Patrzyła na uśmiechniętą twarz, nienagannie przystrzyżony wąsik, na kołnierz ozdobiony naszywkami wyobrażającymi liście dębu, na wiszącą pod brodą gwiazdę i pierś ozdobioną szeregiem orderów.
„Uśmiechasz się, draniu! Czym tobie zawiniliśmy, że tak nas skrzywdziłeś? Co ty narobiłeś? Obok za ścianą siedzi mój Władeczek, pewnie martwi się, a ja nie mogę go zobaczyć, przytulić, pocieszyć”.
Nagle ławka drgnęła. Ktoś usiadł na drugim jej końcu. Przerwał kobiecie monolog do portretu. Spojrzała w jego stronę. Był to młody strażnik. Lat około dwudziestu, krótko przystrzyżony szatyn, twarz opalona. Oczy przysłaniał błyszczący daszek służbowej czapki. Jedną rękę podłożył pod głowę opartą o ścianę, drugą wyjmował z kieszeni spodni ziarnka słonecznika, wkładał do ust, po wyłuskaniu łupiny wypluwał daleko na podłogę. Nie przerywając łuskania słonecznika, zapytał po rosyjsku: –
Władysław to twój mąż? – Przytaknęła i podniosła się z ławki. – Siadaj, nie ruszaj się i słuchaj. – Wróciła na ławkę. – Twój mąż to bardzo dobry człowiek, dał mi ziarna słonecznika. Dawno nie jadłem tak smacznych. – Podsunął się bliżej, ściszył głos. – Ty nie czekaj na naczelnika. Popatrz w okno. Widzisz szopę? Ukryj się za krzakiem. Stamtąd zobaczysz spacer więźniów. Uprzedzę męża, ale on cię nie zobaczy.
Za drzwiami usłyszeli hałas wchodzących strażników. Młody wartownik zerwał się z ławki. Podszedł do kobiety zaskoczonej jego przemianą. Chwycił za kołnierz palta.
Patrząc jej prosto w twarz, zaklął i wycedził przez zęby:
– Czy zrozumiałaś, co ja do ciebie mówiłem?
Wywlókł przed wartownię i z całej siły popchnął, wrzeszcząc.
Von, ty suko!
Rozalia przewróciła się w kałużę. Błoto prysnęło na boki. Starsi strażnicy śmiali się. Najbliżej stojący poklepał go po ramieniu. Kobieta podniosła się i zobaczyła, że jedno oko na wykrzywionej twarzy młodzieńca mrugnęło dwa razy. Odwzajemniła się. Otrzepała się z błota, szybkim krokiem ruszyła pod szopę.

Więzienny spacer
Stała przytulona do drewnianej ściany. Czekanie dłużyło się. Zmarzła. Otuliła twarz szalem, zamknęła oczy i myślała o Władku.
– Aresztowano go za co? – pytała siebie i nie znajdowała odpowiedzi. – Jest przecież dobrym, uczciwym człowiekiem.
Zawsze pomagał innym. Gdy zaczął się o nią starać, podobał się jej. Wysoki, przystojny, starannie ubierał się, zawsze ogolony. Ubiegało się o nią kilku sympatycznych kawalerów, ale żaden nie odznaczał się taką jak on dobrocią, którą okazywał każdemu.
Rozalia była sierotą. Nie miała nikogo, by zapytać o radę. Musiała sama dokonać wyboru. Ciotka Krystyna, u której spędziła dzieciństwo, radziła jej, by wyszła za mąż za bogatego. Rozalia uważała, że bogactwo to nie wszystko. Napatrzyła się na życie swojej opiekunki, która wyszła za bogatego, starszego mężczyznę, którego nie kochała. Rozalia przyrzekła sobie, że wyjdzie za mąż tylko z miłości. I tak się stało. Z każdym dniem, gdy poznawała Władka, pozostali kandydaci zupełnie przestali ją interesować. Chociaż do końca nie była pewna, czy ten, którego pokochała, poprosi ją o rękę. Władek wciąż zwlekał, bo obawiał się, że mu odmówi, a tego by nie przeżył. Wolał upewnić się, że jest kochany z wzajemnością.
Oświadczył się w sposób mało wyszukany, ale zrobił to szczerze i przekonująco. Wiedział, że Rozalia uwielbia zapach fiołków. Wręczył jej bukiecik ulubionych kwiatów. Nie dobierał słów, powiedział krótko, zwyczajnie:
– Chcę być z tobą. Wiem na pewno, że cię kocham. Czy zostaniesz moją żoną?
Rozalia objęła go za szyję, przytuliła twarz do jego policzka po to, by ukryć wzruszenie, radość i łzy. Szeptem powtórzyła jego słowa.
– Chcę być z tobą. Wiem na pewno, że cię kocham. Będę twoją żoną.
Na więziennym placu zrobił się ruch.
Przerwała wspomnienia. Szalem wytarła łzy, które popłynęły jak przed laty. Z budynku wyszli strażnicy z karabinami. Po nich pojedynczo w odstępach więźniowie. Utworzono obracający się krąg, który zajął większą część placu. Od strony szopy, mężczyźni ubrani w mundury służby leśnej przechodzili tuż przy ogrodzeniu. Byli tak podobni do siebie, że na początku nie poznała męża. Dopiero za drugim okrążeniem, gdy zdjął czapkę i otarł się o siatkę. Przyśpieszyło bicie serca. W ostatniej chwili powstrzymała okrzyk:
– Władeczku kochany! Widzę cię, tu jestem! Tęsknimy za tobą, wracaj do domu! Bez ciebie nie dam sobie rady!
Przy następnym okrążeniu, gdy zbliżał się do ogrodzenia, manipulował coś przy czapce, dawał znaki, że to on. Nie musiał tego robić. Gdy raz zobaczyła go, nie odrywała od niego oczu, razem z nim krążyła wokół więziennego placu.
Koniec progułki! – koło zatrzymało się.
Więźniowie zaczęli wchodzić do środka. Władysław przed drzwiami budynku stanął. Spojrzał w stronę krzaków zasłaniających szopę. Nic nie zobaczył, ale uśmiechnął się, bo wiedział, że patrzy na niego jego kochana Rozalka. Ruszył z miejsca dopiero wtedy, gdy popchnął go więzienny strażnik.
Wracała do domu bardzo szczęśliwa. Widziała go. Przez cały czas miała przed oczami obraz męża w wygniecionym, brudnym, zielonym mundurze. Nawet nie zareagowała na pobojowisko, jakie zastała w domu. Chłopcy bawili się w pociąg. Wywrócony do góry nogami stół – to parowóz. Położone rzędem krzesła wyobrażały wagony. Gdy weszła do pokoju, wypychali się z „lokomotywy”. Żaden nie chciał odstąpić roli maszynisty. Na podłodze leżał rozebrany do ostatniej śrubki zegar ścienny. Spadł, gdy pociągali za łańcuszki z ciężarkami. Po powieszeniu zegar nie cykał, dlatego postanowili naprawić go. Byli bardzo zdziwieni, że matka zamiast krzyczeć na nich, przytuliła ich do siebie. Umyła, położyła do łóżek, przykryła starannie, pocałowała jak zwykle na dobranoc.
Tej nocy nie płakała. Modliła się w intencji męża, dzieci i tego więziennego anioła, który obrzucił ją wyzwiskami, wywlókł na więzienie podwórko i popchnął do błota.

Pijany anioł
Rozalia nie mogła doczekać się następnej wyprawy do więzienia. Niosąc ogromny, starannie zapakowany pakunek, nie czuła zmęczenia. Strażnik kontrolujący zawartość paczki, zapytany o obecność naczelnika, powiedział, że naczelnik więzienia jest, tylko nie wiadomo, czy zgodzi się przyjąć.
Zgodził się. Rozalia pełna nadziei szła do biura pod opieką dwóch strażników. Jeden z nich to ten sam, dzięki któremu zobaczyła męża w czasie więziennego spaceru. Przed drzwiami do gabinetu wsunęła im w płóciennym woreczku pachnące ziarna słonecznika. Natychmiast zawartość przełożyli do kieszeni. Jeden z nich zapukał do drzwi.
Po dobitnym „Wojdzitie pożałusta!” wszedł do środka. Zamknął za sobą drzwi. Przez kilkanaście sekund trwała cisza. Po niej głośny monolog naczelnika, gęsto przeplatany siarczystymi przekleństwami. Gwałtownie uchyliły się drzwi. Rozalia została sam na sam z naczelnikiem. Na nosie miał rogowe okulary. Przez grube szkła, prawie dotykając nosem blatu biurka, przeglądał bezładnie rozłożone dokumenty.
– Ty chcesz zobaczyć się z mężem? – podniósł wzrok znad papierów. Podszedł wolno do przerażonej kobiety. Przyglądał się uważnie jej twarzy przez soczewki okularów jak przez lupę. – Dziś to niemożliwe.
Stała zahipnotyzowana jak pod wzrokiem bazyliszka. Był w średnim wieku. Miał różowe policzki, granatowy nos, nad zapadniętymi głęboko oczami gęste brwi. –
Zrozumiałaś? – stanął przy oknie z podpartymi rękami na biodrach. Rzucił przez ramię: – Żegnam!
Podeszła do niego i stanęła tuż za plecami. Zastanawiała się jak ponowić prośbę. Uprzedził ją.
– Zobaczysz go następnym razem.
Ponieważ nie ruszyła się z miejsca, patrząc w okno, krzyknął:
– Do widzenia!
Wybiegła z gabinetu. Nie powstrzymała obficie spływających łez. Czekał na nią tylko jeden znajomy strażnik.
– To sadysta, on nikomu nie daje zezwolenia na widzenia – powiedział pocieszającym głosem. Gdy ruszyli powoli długim korytarzem, mówił szeptem do jej ucha. – Za piętnaście minut kończę służbę, czekaj na mnie przy szopie. Na dworzec pójdziemy razem.
Do dworca szli w pewnym oddaleniu od siebie, tak jakby się nie znali. Przed stacją młodzieniec przyśpieszył kroku, minął kobietę, zatrzymał się przed dworcem. Gdy go mijała, dotknął palcami jej łokcia.
– Koniecznie bądź pojutrze rano.
W umówionym dniu pierwszy pociąg do Równego odwołano. Pojechała następnym. Znajomego strażnika spotkała przed dworcem. Wracał już ze służby. Czuć było od niego samogonem.
– Spóźniłaś się! – był pijany, ale mówił do rzeczy. – To nic, zanim zaniesiesz paczkę, idź szybko na drugą stronę więzienia. Stań między słupem telegraficznym a murowanym budynkiem. Tam zobaczysz się z mężem. Nie podchodź blisko ogrodzenia. – Zachwiał się i upadłby, gdyby nie uchwycił się słupa.
Przybliżył do jej twarzy ziejące alkoholem usta.
– Ty nie żdi svojevo muża, on nie vierniotsa. Bolsze niczego nie mogu tiebie skazat. Nikomu nie govori o tom, czto ja tiebie skazał. Kak skażesz, oni mienia… – przeciągnął dłonią po swojej szyi. – Pomnij... I proszu.. Jeśli możesz... Izwini… Nam vsiem... – dokończył, bełkocąc.
Jeszcze chwila, a usiadłby na ziemi. Chwyciła go pod rękę, pomogła stanąć na nogach. Zdążyła powiedzieć.
– Dziękuję! – chciała jeszcze coś dodać, wrzasnął:
– Spiesz się! – zatoczył się i wmieszał w tłum śpieszących na dworzec pasażerów.
Resztką sił dobiegła do wskazanego miejsca z przytuloną do piersi paczką.
Rozebrani do połowy mężczyźni wyciągali ze studni wodę, zawieszonym na łańcuchu, drewnianym wiadrem. Nalewali wodę do misek, stawiali na ziemi, myli się, pomagając sobie wzajemnie. Nad myjącymi się unosiła się para, zza której zjawiali się coraz nowi więźniowie, a po umyciu znikali w obłoku mlecznej zasłony. Zwróciła uwagę na mężczyznę z niebieskim ręcznikiem na ramieniu, który postawił miednicę tuż przy siatce.
– Tak, to on! – ucieszyła się. – Tu jestem – szepnęła.
Mąż, nie patrząc w stronę żony, mydlił się i mówił półgłosem:
– Dzieci zdrowe?
– Zdrowe, tylko...
– Nie wiem, czy jeszcze się zobaczymy. Kocham was...
– I my cię kochamy, Władeczku!
– Nie rozmawiaj z nikim o naszych sprawach, nie ufaj nikomu. Dbaj o dzieci i o siebie. Niech Bóg ma was w swojej opiece. Muszę już iść. Ty też już idź.
Spłukał namydloną twarz. Trzymał w rękach miednicę z wodą. Patrzył przez chwilę na żonę. Miał łzy w oczach, których nie było widać, bo spływały razem ze ściekającą wodą. Wylał zawartość miednicy i zniknął za kurtyną pary. Rozalia zalała się łzami. W gardle ścisnęło. Nie mogła nic wyksztusić na pożegnanie.
Zaczęła się wycofywać. Spojrzała jeszcze raz za siebie. Zobaczyła pozostawioną paczkę. Powoli wróciła po nią. Nachyliła się, ujęła dłońmi i w tej pozycji pozostała. Tuż za siatką, odwrócony do niej przodem, stał z karabinem w ręku strażnik. Mężczyzna wypluł z ust niedopałek papierosa. Powiesił na ramieniu karabin i zaczął rozpinać rozporek. Zamknęła oczy i trwała tak do czasu, aż ucichł plusk moczu. Rozwarła powieki. Zobaczyła plecy strażnika. Kończył zapinać rozporek. Teraz była bezpieczna. Poszła zanieść paczkę. Była rozdygotana ze strachu i zimna oraz szczęścia, że znów widziała męża i zamieniła kilka słów.
„Czy jeszcze go zobaczę?” – pomyślała, stojąc przy strażnikach, kontrolujących paczkę.
To było ostatnie widzenie.
Następnym razem nie przyjęli paczki, powiedzieli, że więźnia przewieziono w inne miejsce. By czegoś dowiedzieć się, próbowała przekupić paczką. Bez powodzenia. Zrezygnowana, oddała paczkę pierwszemu z brzegu mężczyźnie, który przywieziony ciężarówką razem z innymi, oczekiwał na „zakwaterowanie”.
Kilkakrotne próby uzyskania informacji o mężu nie przyniosły żadnych rezultatów.
Myślała, że – jak krążą pogłoski – może więźniów wywieźli do Związku Radzieckiego.

Roman Garbowski